<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Historia Archives - NOTABENE.WORLD</title>
	<atom:link href="https://notabene.world/nb/category/historia/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://notabene.world/nb/category/historia/</link>
	<description>Przekaz. Wartości. Wspólnota.</description>
	<lastBuildDate>Wed, 24 Dec 2025 13:09:24 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.9.4</generator>

<image>
	<url>https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2022/01/cropped-unnamed-1-1.jpg?fit=32%2C32&#038;ssl=1</url>
	<title>Historia Archives - NOTABENE.WORLD</title>
	<link>https://notabene.world/nb/category/historia/</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
<site xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">201241819</site>	<item>
		<title>Czy Herling-Grudziński był punkowcem?</title>
		<link>https://notabene.world/nb/czy-herling-grudzinski-byl-punkowcem/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Maciej Ziętara]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 18 Dec 2025 23:00:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[NOTABENE 1985-2025]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://notabene.world/nb/?p=16594</guid>

					<description><![CDATA[<p>W tym samym czasie w „Żeromskim” wydawaliśmy gazetę „Notabene”. Naszą mentorką była profesor łaciny Małgorzata Kruszelnicka. Dawała nam wolną rękę, co przynosiło różne efekty, czasem mocno grafomańskie. Twórcą i pierwszym redaktorem „Notabene” był Konrad Cedro; w 1986 roku od Konrada przejęliśmy z Andrzejem Przychodnim redagowanie gazetki. Pisali do niej głównie uczniowie klasy „A” – o profilu klasycznym, ale do współpracy zapraszaliśmy uczniów innych szkół kieleckich, a nawet studentów (dość wspomnieć o Tomku Mercie, który studiował wtedy polonistykę na UW).<br />
<br />
 „Notabene” drukowaliśmy w cementowni „Nowiny”. Jeździliśmy do tej zapomnianej już fabryki białego pyłu, pokrywającego z milimetrową dokładnością okoliczny las, z Agnieszką Olszowy. Numer trafiał do typa, który przeglądał gazetkę i stemplował imprimatur. Cenzorowi wręczaliśmy butelkę żytniej wódki. Gazetka szła do druku w 300 egzemplarzach, co dziś wydaje się przyzwoitym nakładem. Nie mieliśmy pojęcia, że komunizm dogorywa, gnije od środka, a cenzorowi z Nowin jest całkowicie obojętne, co chcą wydrukować jacyś gówniarze z liceum. Jednak „Notabene” ze stemplem cementowego tajniaka nie budziła wątpliwości partyjnej wierchuszki „Żeroma”. W gazetce przechodziły nie tylko mgliste aluzje do dyktatury ciemniaków, ale też teksty zakazanego barda – Jacka Kaczmarskiego.<br />
<br />
Kiedy zatem dowiedzieliśmy się, że Gustaw Herling-Grudziński jest naszym „starszym kolegą szkolnym”, narodził się pomysł, żeby opublikować chociaż kilka jego tekstów w „Notabene”. Mam wrażenie, że w Kielcach o GHG mało kto wówczas słyszał, podobnie jak o punk-rocku. Dla mnie Herling, którego znałem z wydawnictw drugoobiegowych, był symbolem kontestacji komunizmu, choć na innym poziomie niż piosenki Dezertera czy Siekiery. Należał do głównych wrogów Sowietów, reżimu i cenzury. Zatem z jednej strony „Inny Świat” Herlinga, z drugiej – „Babilon upadł” Brygady Kryzys.</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/czy-herling-grudzinski-byl-punkowcem/">Czy Herling-Grudziński był punkowcem?</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Punk-rockowe płyty do Kielc nie docierały. „Klub płytowy” w Wojewódzkim Domu Kultury proponował bardziej zachowawczy repertuar, Pink Floyd, Yes i Genesis. Klub był osobliwą instytucją, możliwą do wyobrażenia chyba tylko w systemie realnego socjalizmu, gdzie najprostsze importowane „dobra kultury” kosztowały fortunę, a kontakty z Zachodem zarezerwowano dla wybrańców. W sali z wysokimi kolumnami spotykało się, powiedzmy, dwadzieścia osób, zasiadało na krzesłach, zaraz pojawiał się kaowiec „Suseł”, który najpierw prezentował płytę jak wytrawny krytyk muzyczny, a potem z namaszczeniem uruchamiał czarną łapę gramofonu. W nabożnym skupieniu przez kolejną godzinę słuchaliśmy niekończących się kompozycji rocka symfonicznego sprzed potopu – z hipisowskich lat siedemdziesiątych. Żadnej, broń Boże, rebelii spod znaku The Clash albo naszego Dezertera.</p>



<p>Któregoś razu zobaczyłem na bazarze przy Piotrkowskiej płytę Sex Pistols „Never Mind the Bollocks”. Chłopak zażądał jakiejś astronomicznej kwoty, odpowiadającej miesięcznej pensji. Czasem w radiu udało się posłuchać „Exploited” albo „Bad Brains”. W Kielcach punkowe zespoły prawie się nie pojawiały, z wyjątkiem TZN Xenny w klubie „Pod Krechą”, w 1987 albo 1988. Jako support wystąpił kielecki Dekret, z legendarnym, nienastrojonym Pisklakiem na gitarze. Xenna nie była może objawieniem, ale grała sprawnie kawałki Sex Pistols z polskimi tekstami. Zawsze coś. Po koncercie wyszliśmy z kumplami, nagle podchodzi do nas grupka metalowców, wyposażona w broń zaczepną. Zwiewaliśmy stamtąd gdzie pieprz rośnie, pożegnał nas rechot „metali”, którym nie chciało się nas gonić.</p>



<p>Wiadomo, że punki z metalami się nie lubili, ale my nawet punkami nie byliśmy, po prostu lubiliśmy posłuchać czegoś ostrzejszego.</p>



<p>W tym samym czasie w „Żeromskim” wydawaliśmy gazetę „Notabene”. Naszą mentorką była profesor łaciny Małgorzata Kruszelnicka. Dawała nam wolną rękę, co przynosiło różne efekty, czasem mocno grafomańskie. Twórcą i pierwszym redaktorem „Notabene” był Konrad Cedro; w 1986 roku od Konrada przejęliśmy z Andrzejem Przychodnim redagowanie gazetki. Pisali do niej głównie uczniowie klasy „A” –&nbsp;o profilu klasycznym, ale do współpracy zapraszaliśmy uczniów innych szkół kieleckich, a nawet studentów (dość wspomnieć o Tomku Mercie, który studiował wtedy polonistykę na UW).</p>



<p>&nbsp;„Notabene” drukowaliśmy w cementowni „Nowiny”. Jeździliśmy do tej zapomnianej już fabryki białego pyłu, pokrywającego z milimetrową dokładnością okoliczny las, z Agnieszką Olszowy. Numer trafiał do typa, który przeglądał gazetkę i stemplował&nbsp;<em>imprimatur</em>. Cenzorowi wręczaliśmy butelkę żytniej wódki. Gazetka szła do druku w 300 egzemplarzach, co dziś wydaje się przyzwoitym nakładem. Nie mieliśmy pojęcia, że komunizm dogorywa, gnije od środka, a cenzorowi z Nowin jest całkowicie obojętne, co chcą wydrukować jacyś gówniarze z liceum. Jednak „Notabene” ze stemplem cementowego tajniaka nie budziła wątpliwości partyjnej wierchuszki „Żeroma”. W gazetce przechodziły nie tylko mgliste aluzje do dyktatury ciemniaków, ale też teksty zakazanego barda – Jacka Kaczmarskiego.</p>



<p>Kiedy zatem dowiedzieliśmy się, że Gustaw Herling-Grudziński jest naszym „starszym kolegą szkolnym”, narodził się pomysł, żeby opublikować chociaż kilka jego tekstów w „Notabene”. Mam wrażenie, że w Kielcach o GHG mało kto wówczas słyszał, podobnie jak o punk-rocku. Dla mnie Herling, którego znałem z wydawnictw drugoobiegowych, był symbolem kontestacji komunizmu, choć na innym poziomie niż piosenki Dezertera czy Siekiery. Należał do głównych wrogów Sowietów, reżimu i cenzury. Zatem z jednej strony „Inny Świat” Herlinga, z drugiej – „Babilon upadł” Brygady Kryzys.</p>



<p>W dostępie do tekstów i do samego GHG pomógł Robert Pawlik, wówczas student Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie wykładał Zdzisław Kudelski, znawca twórczości Herlinga-Grudzińskiego. Profesor Kudelski skontaktował mnie z pisarzem, który udzielił zgody na publikację. Podwójny numer 11-12 ukazał się w drugiej połowie 1989 roku, jako jedna z pierwszych „oficjalnych” publikacji Neapolitańczyka w kraju (po zbiorze opowiadań „Wieża”, wydanym w 1987 roku). Był to wybór wczesnych tekstów eseistycznych (debiutancka „Świętokrzyszczyzna”, „Żeromski i Hitler”) oraz obszerny, jak na owe czasy, fragment „Dziennika pisanego nocą”. Poza tym dwa teksty o twórczości GHG – Marcina Pawłowskiego i mój, świetne rysunki Ignacego Jakubczyka, poety-rysownika.</p>



<p>Herling numer pochwalił. W liście z 25 grudnia 1989 r. pisał: „Numer specjalny&nbsp;<em>Notabene</em>&nbsp;wypadł doskonale, przesyłam Panu i członkom Komitetu Redakcyjnego serdeczne podziękowania. Specjalne podziękowania należą się autorom artykułów „Świadectwo prawdy” i „Dziennik czytany nocą”, oba wydają mi się bardzo dobre i sprawiły mi wiele przyjemności”.</p>



<p>Niedługo potem, w latach 90., GHG znalazł w głównym nurcie krajowego pisarstwa, doczekał się wydań, wywiadów, opracowań krytycznych. Był chętnie czytany, ale raczej w kontekście politycznym, jako komentator i cięty polemista; rzadziej – jako autor subtelnie napisanych, refleksyjnych opowiadań.</p>



<p>Punk-rock wyczerpał swoją rebeliancką energię pod koniec lat osiemdziesiątych, a z upadkiem komunizmu stracił rację bytu – przynajmniej na jakiś czas.</p>



<p>Latem 1991 roku, odbyłem pielgrzymkę do Neapolu. Pamiętam kawę i papierosy, chłodny, zacieniony dom, rozmowę wokół literatury, Gombrowicza i Iwaszkiewicza, ale też o „przeklętych problemach” krajowej polityki. Coś jeszcze zawdzięczam Herlingowi – mój „debiut”, bo grudniu 1991 roku w paryskiej „Kulturze” ukazał się wierszyk „Goya – kaprysy”.</p>



<p>GHG był już wtedy po swojej pierwszej podróży do Polski. W maju odwiedził też Suchedniów, Kielce i dawną siedzibę liceum. Powrót do rodzinnych stron z pewnością nie należał do łatwych. „Byłem więc w Kielcach-Łżawcu-Klerykowie, w starych Kielcach otoczonych szerokim pierścieniem nowych”. Kielce wydały mu się raczej brzydkie i nieciekawe. Naznaczone piętnem pogromu. &nbsp;</p>



<p>Podczas swojej ostatniej wizyty w Kielcach, w 1997 r., Herling spotkał się z uczniami „Żeromskiego”. „Oko w oko z uczniami i uczennicami mojego dawnego gimnazjum. Powiało sympatyczną młodością, ale nie powiodło się ostrożne opukiwanie ich stosunku do Żeromskiego. Wygasły zatem pasje („na tropach patrona gimnazjum”) mojej młodości. Myślę o tym bez żalu; czas bywa dla sławnych niegdyś pisarzy bezlitosny”. Tym razem pisarzowi udało się jednak „wejść głębiej wspomnieniami w rodzinne miasto”, wzruszyć się widokiem dawnej stancji czy alejkami Parku Staszica. „Odżyły naraz migawkowe niegdyś i zmatowiałe wrażenia (…) Ogarniała mnie chwilami fala&nbsp;<em>Amarcordu</em>&nbsp;Felliniego”.</p>



<p>Może wtedy, na koniec, Herling pogodził się z Klerykowem?</p>



<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" fetchpriority="high" decoding="async" width="800" height="594" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mz-wiersz-w-Kulturze-1.jpg?resize=800%2C594&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16621" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mz-wiersz-w-Kulturze-1.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mz-wiersz-w-Kulturze-1.jpg?resize=300%2C223&amp;ssl=1 300w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mz-wiersz-w-Kulturze-1.jpg?resize=768%2C570&amp;ssl=1 768w" sizes="(max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>



<figure class="wp-block-image size-large"><img data-recalc-dims="1" decoding="async" width="747" height="1024" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mz-list-GHG-1.jpg?resize=747%2C1024&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16609" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mz-list-GHG-1.jpg?resize=747%2C1024&amp;ssl=1 747w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mz-list-GHG-1.jpg?resize=219%2C300&amp;ssl=1 219w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mz-list-GHG-1.jpg?resize=768%2C1052&amp;ssl=1 768w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mz-list-GHG-1.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w" sizes="(max-width: 747px) 100vw, 747px" /></figure>



<div class="wp-block-media-text is-stacked-on-mobile has-very-light-gray-to-cyan-bluish-gray-gradient-background has-background" style="grid-template-columns:25% auto"><figure class="wp-block-media-text__media"><img data-recalc-dims="1" decoding="async" width="200" height="200" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/maciej_zietara_w-kapeluszu.jpg?resize=200%2C200&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16597 size-full" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/maciej_zietara_w-kapeluszu.jpg?w=200&amp;ssl=1 200w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/maciej_zietara_w-kapeluszu.jpg?resize=150%2C150&amp;ssl=1 150w" sizes="(max-width: 200px) 100vw, 200px" /></figure><div class="wp-block-media-text__content">
<p><strong>Maciej Ziętara</strong> – absolwent I Liceum im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (1989), filologii hiszpańskiej na Uniwersytecie Warszawskim i studiów latynoamerykańskich na Narodowym Autonomicznym Uniwersytecie Meksyku. Był członkiem redakcji „Notabene” i „Literatury na Świecie”. Tłumaczył literaturę hiszpańską i hispanoamerykańską (Paz, Buñuel, Cabrera Infante, Lydia Cabrera, Zoé Valdés). W Chile opublikował przekład na hiszpański wyboru współczesnej poezji polskiej (<em>101. Seis poetas polacos contemporáneos</em>).</p>



<p>Od 1999 r. w służbie zagranicznej, był ambasadorem RP w Kolumbii (2012-2016) i w Meksyku (2018-2024).</p>



<p>Żonaty, ma dwie córki.</p>
</div></div>



<p></p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/czy-herling-grudzinski-byl-punkowcem/">Czy Herling-Grudziński był punkowcem?</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">16594</post-id>	</item>
		<item>
		<title>Iluzja przemijania</title>
		<link>https://notabene.world/nb/iluzja-przemijania/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Witosław Stępień]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 17 Aug 2025 20:21:59 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[NOTABENE 1985-2025]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://notabene.world/nb/?p=14761</guid>

					<description><![CDATA[<p>Przeczuwałem to od dawna, ale dopiero mieszkając na Cyprze zauważyłem,  jak łudząca jest periodyzacja dziejów w nauce, dzielenie na przed i po, wyznaczanie granic, kiedy jedno się  kończy, a drugie zaczyna. Cypr jest dobrym laboratorium do badania ciągłości kultury. Historia tu nie przeminęła, ona się odłożyła. Jeśli tylko zdobędziemy się na mały wysiłek poznawczy, otworzymy się na doświadczenie, uruchomimy wyobraźnię i trochę pojeździmy po tej ziemi, to zobaczymy, jak to co archaiczne jest tu nadal obecne, żyje w  kulturze, religii i obyczaju, po prostu  spokojnie trwa od tysiącleci.<br />
<br />
Piszę te słowa siedząc na balkonie, z którego roztacza się widok na odległą ode mnie o kilka kilometrów wieś Kouklia. Na niewielkim płaskowyżu i rysujących się za nim wzgórzach Lasu Orites zachodzące słońce kładzie długie cienie. 2300 lat temu wznosiły się tam mury starego Pafos - potężnego miasta-państwa, jednego z dwunastu królestw Cypru. Archeolodzy szacują, że zajmowało powierzchnię od 65 ha do 144 ha. Swoją sławę gród zawdzięczał Sanktuarium Afrodyty. Był to jeden z najważniejszych ośrodków kultu starożytnego świata. Corocznie w czerwcu z całego świata śródziemnomorskiego przybywały tu dziesiątki tysięcy pielgrzymów, aby oddać hołd bogini miłości, piękna i płodności.<br />
<br />
Cypr zachował ciągłość kultury przez co najmniej 6 tysięcy lat. Z jednej strony prowincjonalny, ale z drugiej często znajdujący się w głównym nurcie wydarzeń miał też długie okresy, kiedy cieszył się kulturową niezależnością. Nawet w najmroczniejszych czasach panowania Franków, a po nich Wenecjan i Turków etniczną większość miała tu prawosławna ludność greckojęzyczna.  Pamięć o Afrodycie, opiekunce wyspy przetrwała w potajemnych wiejskich obyczajach, w chrześcijaństwie, który utożsamił ją z Bogurodzicą, w języku i kulturze świeckiej. Dzisiaj Afrodyta jest główną ikoną reklamową Cypru. I chociaż to banalny przekaz to  dzięki niemu bogini nie pozwala o sobie zapomnieć nawet tym których starożytność zupełnie nie interesuje. A ten, o którym pamiętamy nigdy nie umiera.</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/iluzja-przemijania/">Iluzja przemijania</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p><strong>Przeczuwałem to od dawna, ale dopiero mieszkając na Cyprze zauważyłem, &nbsp;jak łudząca jest periodyzacja dziejów w nauce, dzielenie na przed i po, wyznaczanie granic, kiedy jedno się &nbsp;kończy, a drugie zaczyna. Cypr jest dobrym laboratorium do badania ciągłości kultury. Historia tu nie przeminęła, ona się odłożyła. Jeśli tylko zdobędziemy się na mały wysiłek poznawczy, otworzymy się na doświadczenie, uruchomimy wyobraźnię i trochę pojeździmy po tej ziemi, to zobaczymy jak to co archaiczne jest tu nadal obecne, żyje w&nbsp; kulturze, religii i obyczaju, po prostu &nbsp;spokojnie trwa od tysiącleci.</strong></p>



<p>Piszę te słowa siedząc na balkonie, z którego roztacza się widok na odległą ode mnie o kilka kilometrów wieś Kouklia. Na niewielkim płaskowyżu i rysujących się za nim wzgórzach Lasu Orites zachodzące słońce kładzie długie cienie. 2300 lat temu wznosiły się tam mury starego Pafos &#8211; potężnego miasta państwa – jednego z dwunastu królestw Cypru. Archeolodzy szacują, że zajmowało powierzchnię od 65 ha do 144 ha. Swoją sławę gród zawdzięczał Sanktuarium Afrodyty. Był to jeden z najważniejszych ośrodków kultu starożytnego świata. Corocznie w czerwcu z całego świata śródziemnomorskiego przybywały tu dziesiątki tysięcy pielgrzymów, aby oddać hołd bogini miłości, piękna i płodności.</p>



<p>Tak Homer intonuje piąty&nbsp; hymn do Afrodyty, z pewnością śpiewany wtedy przez jej wyznawców:</p>



<p><em>Muzo, opowiedz mi czyny złotej Afrodyty Cypryjskiej, która wznieca słodką namiętność w bogach i ujarzmia plemiona śmiertelników i ptaki latające w powietrzu, i wszystkie liczne stworzenia, które hoduje suchy ląd i całe morze: wszyscy oni kochają czyny bogatej korony Cytherei.</em></p>



<p>Podczas Afrodyzjów, bo tak nazywano święto, pielgrzymi szli w procesji, rytualnie obmywali posąg w morzu i składali ofiary &#8211; malowane figurki zwierząt, perfumy, balsamy, libacje z miodu, naleśniki &#8222;ψαιστία&#8221; (psestia) i owoce. W świątynnym ogrodzie uprawiano też rytualną prostytucję. Kobiety przed zamążpójściem przynajmniej raz miały oddać się za pieniądze nieznajomemu mężczyźnie, a uzyskane wynagrodzenie ofiarowały Afrodycie. Dla antycznych Greków nie było w tym zwyczaju nic niestosowego. Starożytni akceptowali świat takim jakim stworzyli go bogowie. Płodzenie, cykl narodzin, życia i śmierci nie miały w sobie pierwiastka dobra czy zła. Człowiek mógł tylko płynąć z nurtem życia twardo trzymając się rzeczywistości. Chęć zasłużenia na przychylność bogini miłości i płodności była całkiem rozsądna.</p>



<p>Miasto, a wraz z nim sanktuarium powstały ok 1000 lat p.n.e. W &nbsp;IV w. p.n.e. król Nikokles &nbsp;&nbsp;zdecydował się wybudować całkiem nowe miasto i port nad położoną 15 km na zachód zatoką i tam powędrował ze swoim ludem. &nbsp;Sanktuarium Afrodyty zostało na starym miejscu. Jego kres nastąpił w 391 r. &nbsp;n.e., kiedy cesarz Teodozjusz wydał edykt zabraniający kultywowania pogaństwa w imperium.</p>



<p>Po kolejnych wiekach po sanktuarium nie zostało ani śladu. Dzisiaj teren świątyni jest przekształcony w muzeum z parkiem archeologicznym. Nie znajdziemy tam marmurowej świątyni, bo nigdy jej nie było. Był za to ogromny ogród. W jego centrum stał zadaszony ołtarz przed kamiennym stożkiem. Ten aikoniczny obiekt utożsamiano z Boginią. &nbsp;Jakimś cudem kamień przetrwał do naszch czasów i możemy go oglądać w jednej z sal wystawowych na terenie muzeum.</p>



<p>Czy triumf chrześcijaństwa rzeczywiście zamknął na zawsze rozdział o nazwie starożytność? &nbsp;Na Cyprze, a szerzej na Bliskim Wschodzie nie jest to takie oczywiste. &nbsp;&nbsp;&nbsp;</p>



<p>Nowy kult potrzebował dogmatów, liturgii i ikonografii. Chociaż cesarz i jego dwór byli chrześcijanami to nadal byli też Rzymianami. Język, kultura, sztuka, administracja, technologia, gospodarka nie uległy metamorfozie.&nbsp; Poza religią niewiele się zmieniło. Stolicę imperium przeniesiono do Konstantynopola, bo był bezpieczniejszy od zagrożonego najazdami barbarzyńców Rzymu. Za potężnymi murami miasta bronionego przez okalające go wody Morza Marmara i Bosforu zostało zamrożone dziedzictwo starożytnego imperium. Sztuka religijna całymi garściami czerpała ze starych technik, wzorców ikonograficznych oraz tradycji innych wyznań.</p>



<p>Grecki Cypr należał do bizantyjskiego świata. Jak grzyby po deszczu wyrosły tu &nbsp;dziesiątki bazylik. Niektóre monumentalne jak ta w starożytnej Salaminie, w Kurionie, czy w Amathus (tuż przy drodze do Limassol). Budynki nie miały w sobie nic oryginalnego. Naśladowały rzymskie obiekty sądowe. Inwazja arabska w VIII w oraz trzęsienia ziemi zburzyły wszystkie.&nbsp; Skalę i rozmach z jakim je budowano możemy nadal podziwiać dzięki archeologicznym odkrywkom.&nbsp;</p>



<p>W Pafos wiosenne Afrodyzje zastąpiono Zielonymi Świątkami, które pod nazwą pięćdziesiątnicy są jednym z 12 najważniejszych świąt kościoła prawosławnego. Pielgrzymi przynoszą ze sobą do cerkwi pęki ziół oraz ciasto z miodu. Z ikon spogląda na nich Bogarodzica siedząca majestatycznie na cesarskim tronie. Otacza ją bizantyjski dwór. Jego niebiańskimi urzędnikami są anioły i święci. &nbsp;Ich szaty mają rzymski krój. Matka Boga odziana w purpurę wskazuje na małego Jezusa dzierżącego starożytny zwój z pismem i bezgłośnie mówi &#8211; oto jest wasz Pan. Wieśniacy jak kiedyś petenci przybywający do urzędu proszą o deszcz, obfity plon, o płodność swoich trzód i błogosławieństwo posiadania dzieci.</p>



<p>Bizantyjska administracja oparta była na rzymskim prawie, ale dworski rytuał miał perski rodowód. Artyści podkreślali majestat władzy brakiem emocji, hieratycznością, brakiem cielesności postaci. Nadanie boskiego statusu królowi i jego rodzinie to koncepcja z zamierzchłej przeszłości, powszechnie kultywowana w cywilizacjach starożytnego wschodu. Cesarz i najwyżsi urzędnicy imperium nie byli ubóstwieni, ale towarzyszący im na świątynnych mozaikach święci i aniołowie zamieszkiwali Nowy Olimp. Cesarz podobnie jak sumeryjscy, asyryjscy czy egipscy kapłani był zaś pośrednikiem między ziemią, a niebem. Przykłady tej bizantyjską wizji ziemskiej i niebiańskiej hierarchii można podziwiać w kilkunastu kościołach w Górach Troodos. Nie są duże, ale za to bogato zdobione malarstwem ściennym. Najstarsze pochodzą z XII wieku i chociaż chronologicznie powstały już w średniowieczu to ikonograficznie czerpią ze starożytnej tradycji.&nbsp;&nbsp;</p>



<p>Kult Matki Ziemi – Matki Bogów ma chyba najdłuższy rodowód w dziejach ludzkości. Badacze spierają się o to, czy kult Afrodyty cypryjskiej rozwinął się jako autochtoniczny, czy został importowany z nieodległej Anatolii. Afrodyta pojawia się w homerowych hymnach w VIII w. p.n.e. jako Kiteryjka, a w cypryjskich źródłach pod swoim obecnym imieniem dopiero pod koniec IV wieku, czyli w czasach ptolemejskich. Wcześniej do bogini zwracano się Wanassa, co znaczyło niezależna. Poza Pafos czczono ją pod imieniem Asztarte w fenickim mieście &#8211; państwie Kition (dzisiaj Larnaka) oraz w królestwie Amatus (dzisiaj Limassol). Popularne było łączenie bogów w pary. Na Cyprze Afrodytę wiązano z Adonisem i Apollem.&nbsp; Legenda o Adonisie, jego śmierci i cyklicznym powrocie na ziemię z otchłani Hadesu, jak wiele innych podobnych przekazów nawiązuje do rytmu pór roku, nieskończonego trwania życia zwanego przez Greków Zoe. Chrześcijaństwo wyrosło na żyznej glebie tradycji religijnych Bliskiego Wschodu. Cypr z uwagi na swoje geograficzne położenie miał wyjątkowo uprzywilejowaną pozycję. &nbsp;&nbsp;&nbsp;Od zarania dziejów swój kulturowy depozyt składały tu wszystkie liczące się cywilizacje regionu. Co znamienne pomimo wojen, trzęsień ziemi, zaraz i innych nieszczęść ten dorobek nie został nigdy całkowicie zniszczony. Nawet chrześcijaństwo pomimo swojego opresyjno-biurokratycznego aparatu nie tylko wchłonęło, ale wręcz zbudowało swój system na zastanych wzorcach. Wiele takich przykładów znajdziemy w kolekcji ikon i fresków w Muzeum Bizantyjskim w Pafos- Giroskopu oraz w Nikozji. Oba muzea należą do Cypryjskiego Kościoła Prawosławnego. Oba zostały w ostatnim czasie odnowione, a to z Nikozji właśnie otwarto po remoncie w kwietniu tego roku.</p>



<p>Cypr zachował ciągłość kultury przez co najmniej 6 tysięcy lat. Z jednej strony prowincjonalny, ale z drugiej często znajdujący się w głównym nurcie wydarzeń miał też długie okresy, kiedy cieszył się kulturową niezależnością. Nawet w najmroczniejszych czasach panowania Franków, a po nich Wenecjan i Turków etniczną większość miała tu prawosławna ludność greckojęzyczna.&nbsp; Pamięć o Afrodycie, opiekunce wyspy przetrwała w potajemnych wiejskich obyczajach, w chrześcijaństwie, który utożsamił ją z Bogurodzicą, w języku i kulturze świeckiej. Dzisiaj Afrodyta jest główną ikoną reklamową Cypru. I chociaż to banalny przekaz to &nbsp;dzięki niemu bogini nie pozwala o sobie zapomnieć nawet tym których starożytność zupełnie nie interesuje. A ten, o którym pamiętamy nigdy nie umiera.</p>



<div class="wp-block-media-text is-stacked-on-mobile has-very-light-gray-to-cyan-bluish-gray-gradient-background has-background" style="grid-template-columns:25% auto"><figure class="wp-block-media-text__media"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="200" height="200" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/06/Witoslaw-Stepien-1-1-1.jpg?resize=200%2C200&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16710 size-full" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/06/Witoslaw-Stepien-1-1-1.jpg?w=200&amp;ssl=1 200w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/06/Witoslaw-Stepien-1-1-1.jpg?resize=150%2C150&amp;ssl=1 150w" sizes="auto, (max-width: 200px) 100vw, 200px" /></figure><div class="wp-block-media-text__content">
<p><strong>Witosław Stępień</strong></p>



<p>Absolwent klasy o profilu klasycznym w I LO im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (matura 1986). Współtworzył &#8222;Notabene&#8221; od pierwszych wydań pisma w latach 1985-1986. Z wykształcenia historyk sztuki (UJ). Zawodowo przeszedł długą drogę od dziennikarstwa (PAP, Gazeta Krakowska, Dziennik Polski) przez public relations (dyrektor polsko-amerykańskiej agencji CIC), marketing, aż po branżę winiarską, której jest ekspertem (dyrektor marketingu w Domu Wina). Jako fachowiec e-commerce – współpracuje z Teatrem Bagatela w Krakowie. Autor publikacji o komunikacji  (PR w ochronie zdrowia) oraz wieloletni publicysta winiarski (Czas wina, Trybuszon, Magazyn Restauracja i wiele innych pism branżowych). </p>



<p>Prywatnie miłośnik kultury antycznej i Bliskiego Wschodu. Od lat zakochany w Cyprze, gdzie spędza każdą wolną chwilę.</p>



<p></p>
</div></div>



<p></p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/iluzja-przemijania/">Iluzja przemijania</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">14761</post-id>	</item>
		<item>
		<title>Stąd do (świetlanej) nieśmiertelności</title>
		<link>https://notabene.world/nb/stad-do-swietlanej-niesmiertelnosci/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Judyta Olszowy-Schlanger]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 15 Aug 2025 23:54:07 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[NOTABENE 1985-2025]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://notabene.world/nb/?p=16895</guid>

					<description><![CDATA[<p>Jak zostać naukowcem, specjalistą od średniowiecznych rękopisów? Są różne drogi, wszystkie długie i zawiłe. Moja droga zaczęła się w „Żeromskim”. Historia, literatura, języki, pani profesor Anna Nowacka-Rzepa i jej anielska cierpliwość dla naszych gramatycznych niedociągnięć w angielskim, który nie był wtedy tak popularny jak dziś, nieoceniony profesor Adam Wypych, który wymaganiami i znakomitą metodą wbijał nam do głowy przepiękny język rosyjski i jego poezję. I oczywiście pani profesor Małgorzata Kruszelnicka: z jaką dumą uczyłam się łaciny i greki - z przekonaniem - z wysokości moich szesnastu lat- że klasa klasyczna jest wyjątkową, elitarną wyspą wiedzy i kultury. Tu nie chodzi jedynie o to, czego nas szkoła nauczyła.<br />
<br />
"Pamiętaj, że człowiek co chce uczynić może" ten romantyczny slogan pióra naszego patrona zdobił w naszych czasach fasadę szkoły i co rano od 7:30 zachęcał nas, bardzo zaspanych, do działania. Dla redaktorów „Notabene” nie było rzeczy niemożliwych: przekonać pana dyrektora Różańskiego, że nowe szkolne pismo jest pedagogicznym desideratum, zapewnić quasi-naukowy poziom, nawiązać kontakty (dzięki Profesor Kruszelnickiej), z wydziałem literatury klasycznej Uniwersytetu Łódzkiego, czy brnąć przez śniegi na wojskowy poligon na Bukowce, ponieważ w latach stanu wojennego nawet pisma klasyczne były poddane cenzurze wojskowej - zresztą Pan Oficer bardzo sobie nasze pismo cenił. Ta ciekawość, dociekliwość, a także wolność tworzenia były dla nas, dla mnie osobiście, wianem na przyszłość, początkiem pasji, która stała się moim zawodem. A ponieważ mówimy o edukacji, po tym przydługim wstępie, niech wolno mi będzie podzielić się z Czytelnikiem kilkoma obserwacjami niejako „z mojej półki”.<br />
<br />
Jak wyglądały szkoły w przeszłości, jak młodzież zdobywała wiedzę, jaką wiedzę i po co? Pytania, które sobie zadajemy dzisiaj były zawsze aktualne. Moje badania nad średniowiecznymi rękopisami hebrajskimi pozwoliły mi uchylić okna i zajrzeć do klasy w żydowskiej wspólnocie w Fustat (starym Kairze) w XI wieku. Nie jest łatwo odtworzyć życie i edukację dzieci i młodzieży sprzed tysiąca lat.</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/stad-do-swietlanej-niesmiertelnosci/">Stąd do (świetlanej) nieśmiertelności</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Jak zostać&nbsp;naukowcem, specjalistą od średniowiecznych rękopisów? Są różne&nbsp;drogi, wszystkie długie&nbsp;i zawiłe. Moja droga zaczęła&nbsp;się&nbsp;w „Żeromskim”. Historia, literatura, języki, pani&nbsp;profesor Anna Nowacka-Rzepa i jej anielska cierpliwość dla naszych gramatycznych niedociągnięć&nbsp;w angielskim, który&nbsp;nie był wtedy tak popularny jak dziś, nieoceniony profesor Adam Wypych, który&nbsp;wymaganiami i znakomitą metodą wbijał&nbsp;nam do głowy&nbsp;przepiękny&nbsp;język&nbsp;rosyjski i jego poezję. I oczywiście&nbsp;pani profesor Małgorzata&nbsp;Kruszelnicka: z jaką dumą uczyłam&nbsp;się&nbsp;łaciny&nbsp;i greki &#8211; z przekonaniem &#8211; z wysokości&nbsp;moich szesnastu lat- że&nbsp;klasa klasyczna jest wyjątkową, elitarną wyspą wiedzy i kultury. Tu nie chodzi jedynie o to, czego nas szkoła&nbsp;nauczyła.</p>



<p>Owszem, gdy w roku 1994 wylądowałam pierwszy raz w Petersburgu w celu zbadania kolekcji rękopisów&nbsp;hebrajskich Rosyjskiej&nbsp;Biblioteki Narodowej (a moja walizka nie doleciała), z wdzięcznością&nbsp;myślałam o pedagogicznym geniuszu profesora Wypycha. To dzięki&nbsp;niemu w tym kryzysowym momencie słowa <em>ja pateryała&nbsp;moj cziemadan</em> wyłoniły się&nbsp;cudem z mojej podświadomości, pomogły&nbsp;odzyskać&nbsp;zagubiony bagaż&nbsp;i udowodniły mi, że profesor Wypych naprawdę nauczył&nbsp;mnie rosyjskiego. Ale tu chodzi o coś&nbsp;więcej&nbsp;niż&nbsp;wiedza. Cztery lata w Żeromskim pobudziły&nbsp;moją ciekawość i szacunek dla kultury i historii. I nie byłam&nbsp;w tym odosobniona. Pismo „Notabene”, pod „dowództwem”&nbsp;Konrada Cedro, zostało&nbsp;stworzone przez takich jak ja, młodych pasjonatów&nbsp;kultury klasycznej i humanizmu.</p>



<p>&#8222;Pamiętaj, że&nbsp;człowiek&nbsp;co chce uczynić&nbsp;może&#8221; ten romantyczny slogan pióra&nbsp;naszego patrona zdobił&nbsp;w naszych czasach fasadę szkoły&nbsp;i co rano od 7:30 zachęcał&nbsp;nas, bardzo zaspanych, do działania. Dla redaktorów&nbsp;„Notabene” nie było&nbsp;rzeczy niemożliwych: przekonać pana dyrektora Różańskiego, że nowe szkolne pismo jest pedagogicznym&nbsp;<em>desideratum,</em> zapewnić&nbsp;quasi-naukowy poziom, nawiązać kontakty (dzięki Profesor Kruszelnickiej), z wydziałem&nbsp;literatury klasycznej Uniwersytetu Łódzkiego, czy brnąć&nbsp;przez śniegi&nbsp;na wojskowy poligon na Bukowce, ponieważ&nbsp;w latach stanu wojennego nawet pisma klasyczne były&nbsp;poddane cenzurze wojskowej&nbsp;&#8211; zresztą pan oficer bardzo sobie&nbsp;nasze pismo cenił. Ta ciekawość, dociekliwość, a także wolność&nbsp;tworzenia były dla nas, dla mnie osobiście, wianem na przyszłość, początkiem&nbsp;pasji, która&nbsp;stała&nbsp;się&nbsp;moim zawodem. A ponieważ mówimy o edukacji, po tym przydługim wstępie, niech wolno mi będzie podzielić się z Czytelnikiem kilkoma obserwacjami niejako „z mojej półki”.</p>



<p>Jak wyglądały szkoły&nbsp;w przeszłości, jak młodzież&nbsp;zdobywała&nbsp;wiedzę, jaką wiedzę i po co? Pytania, które&nbsp;sobie zadajemy dzisiaj były&nbsp;zawsze aktualne. Moje badania nad średniowiecznymi rękopisami&nbsp;hebrajskimi pozwoliły mi uchylić&nbsp;okna i zajrzeć&nbsp;do klasy w żydowskiej&nbsp;wspólnocie&nbsp;w Fustat (starym Kairze) w XI wieku. Nie jest łatwo&nbsp;odtworzyć&nbsp;życie&nbsp;i edukację&nbsp;dzieci i młodzieży sprzed tysiąca&nbsp;lat. Historyczne kroniki, przywileje, dokumenty czy kompendia prawa, teologii i filozofii zachowane przez setki lat w kolekcjach i bibliotekach rzadko się&nbsp;interesują&nbsp;młodzieżą. To nie znaczy, że&nbsp;najmłodsi członkowie&nbsp;średniowiecznych społeczności nie pisali. Po prostu ich „dzieła” się&nbsp;nie zachowały. Ale są&nbsp;wyjątki. Między nimi na pierwszym miejscu figuruje „Geniza Kairska”. Hebrajskie słowo&nbsp;Geniza oznacza miejsce chowania starych&nbsp;ksiażek i dokumentów, które wyszły&nbsp;z użytku, są nieaktualne i podniszczone, ale ich właściciele&nbsp;nie mają&nbsp;serca ich wyrzucić. Zresztą w kulturze żydowskiej&nbsp;nie wolno niszczyć&nbsp;czy w ogóle traktować bez szacunku jakichkolwiek książek czy pism.</p>



<p>Kult religijny Żydów&nbsp;jest zorganizowany wokół&nbsp;Świętej Księgi &#8211; Pięcioksięgu&nbsp;Biblii czytanego co tydzień&nbsp;po kawałku&nbsp;w synagogach, jeszcze dzisiaj z pergaminowego zwoju. Liturgiczne księgi&nbsp;przede wszystkim, ale też&nbsp;inne pisma, mogą&nbsp;zawierać&nbsp;Tetragramaton, litery świętego imienia Boga, których nie wolno sprofanować. Stąd&nbsp;od prawie dwóch&nbsp;tysięcy&nbsp;lat aż&nbsp;do dzisiaj, Żydzi&nbsp;mają&nbsp;Genizę.&nbsp; Geniza jest specjalnym miejscem &#8211; np. kawałkiem&nbsp;strychu lub piwnicy w synagodze, lub grobowcem na cmentarzu, gdzie stare, niepotrzebne papiery są&nbsp;składane i naturalnie niszczeją&nbsp;przez lata bez profanującej interwencji ludzi. Takie cmentarzyska starych ksiąg&nbsp;istniały&nbsp;w wielu dużych wspólnotach. Geniza ze średniowiecznej&nbsp;synagogi w Starym&nbsp;Kairze jest jedyną, która&nbsp;się zachowała z tak odległych czasów.</p>



<p>Odkryta dla europejskiej nauki w połowie&nbsp;XIX-ego wieku, Geniza Kairska jest dzisiaj jednym z najważniejszych&nbsp;źródeł&nbsp;średniowiecznej historii Egiptu, Bliskiego Wschodu i&nbsp;Północnej&nbsp;Afryki. Mimo że&nbsp;pergaminy były&nbsp;przez setki lat ucztą dla myszy, papiery &#8211; dla korników,&nbsp;a co lepiej zachowane fragmenty stały&nbsp;się&nbsp;łupem handlarzy antykami, zachowało się prawie trzysta tysięcy&nbsp;fragmentów, które są&nbsp;dzisiaj dumą aż siedemdziesięciu&nbsp;bibliotek na świecie, w tym najwięcej&nbsp;przechowywanych jest w Cambridge, Oxfordzie, Paryżu, Budapeszcie i Petersburgu.&nbsp; Najciekawsze jest to, że Geniza nie jest biblioteką bądź też archiwum, gdzie trzyma&nbsp;się&nbsp;ważne księgi, lecz raczej cmentarzyskiem lub „świętym śmietnikiem&nbsp;makulatury”. Papiery, które zostały tam umieszczone są to nie tylko książki, ale też&nbsp;osobiste dokumenty, notatki, korespondencja, listy zakupów&nbsp;oraz&#8230; szkolne zeszyty sprzed setek lat. Te zeszyty i prace domowe pokazują&nbsp;jak młode pokolenia uczyły&nbsp;się pisać i czytać.</p>



<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="800" height="793" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-K5.10.jpg?resize=800%2C793&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16905" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-K5.10.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-K5.10.jpg?resize=300%2C297&amp;ssl=1 300w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-K5.10.jpg?resize=150%2C150&amp;ssl=1 150w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-K5.10.jpg?resize=768%2C761&amp;ssl=1 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>



<p class="has-text-align-center"><em><strong>Cambridge University Library, T-S K 5.10 Kolorowe abecadło, Egipt, XII wiek • Reprodukcja za pozwoleniem Syndics of Cambridge University Library</strong></em></p>



<p>Jak dowiadujemy się z dzieł sławnego&nbsp;lekarza, rabina i filozofa Majmonidesa, który&nbsp;zresztą też wyrzucał&nbsp;swoje brudnopisy do Kairskiej Genizy (był&nbsp;on naczelnym rabinem tej egipskiej wspólnoty&nbsp;do swojej śmierci&nbsp;w 1204 roku), dzieci szły&nbsp;do szkoły&nbsp;w wieku lat siedmiu.&nbsp;Chodziło przede wszystkim o chłopców: średniowieczni&nbsp;autorzy feministami nie byli. Nie zabraniając kobietom nauki, uważali jednak, jak Majmonides, że umysł dziewcząt&nbsp;nie nadaje się do studiowania. Lekcje odbywały&nbsp;się&nbsp;w lokalu przy synagodze lub w domu nauczyciela. Rodzice płacili&nbsp;czesne, ale sieroty oraz dzieci najbiedniejszych też miały prawo&nbsp;i nawet obowiązek nauki. Za nich pensje nauczycieli&nbsp;wypłacała gmina.</p>



<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="800" height="550" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-K5.13.jpg?resize=800%2C550&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16906" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-K5.13.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-K5.13.jpg?resize=300%2C206&amp;ssl=1 300w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-K5.13.jpg?resize=768%2C528&amp;ssl=1 768w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-K5.13.jpg?resize=130%2C90&amp;ssl=1 130w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>



<p class="has-text-align-center"><em><strong>Cambridge University Library T-S K5.13 Zeszyt z przedstawieniem menory, Egipt, XI wiek • Reprodukcja za pozwoleniem Syndics of Cambridge University Library</strong></em></p>



<p>Setki fragmentów&nbsp;szkolnych zeszytów, ćwiczeń w pisaniu po hebrajsku i arabsku (który&nbsp;był&nbsp;ojczystym językiem&nbsp;Żydów&nbsp;w krajach arabskich) odkrytych&nbsp;w Genizie&nbsp;Kairskiej pokazują nie tylko, że dzieci się uczyły, ale też&nbsp;jakie były&nbsp;metody&nbsp;nauki. Nauka zaczynała się od alfabetu. Jak w innych językach semickich, pismo nie wymaga samogłosek, ponieważ nie zmieniają one rdzennego sensu słów. Dlatego pismo polega na spółgłoskach, a samogłoski mogą być dodane dla ułatwienia wymowy jako kropki i kreski pod i nad literami. Dzieci ze świata Genizy uczyły się spółgłosek w alfabetycznym porządku od aleph do tav, a następnie musiały opanować podstawowe zasady kryptografii. Uczyły się pisać i czytać kodem, zastępując pierwsza litere alfabetu – aleph – ostatnia -tav, druga – beth i przedostatnia – shin i tak do konca, lub raczej do srodka „abecadla”, które w hebrajskim zawiera symetryczna ilość&nbsp;dwudziestu dwóch&nbsp;liter. Kody się komplikowały&nbsp;w miarę postępów w nauce: pierwsza litera&nbsp;zamieniała&nbsp;się&nbsp;miejscami z trzecią, druga z szósta&nbsp;i tak dalej.&nbsp;</p>



<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="800" height="577" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-H5.19.jpg?resize=800%2C577&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16907" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-H5.19.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-H5.19.jpg?resize=300%2C216&amp;ssl=1 300w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/T-S-H5.19.jpg?resize=768%2C554&amp;ssl=1 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>



<p class="has-text-align-center"><em><strong>Cambridge University Library, T-S H 5.19 Ćwiczenia pisania alfabetu: znudzony uczeń rysuje demony i menorę, Egipt, XI wiek • Reprodukcja za pozwoleniem Syndics of Cambridge University Library</strong></em></p>



<p>Ruchy mistyczne, jak np. średniowieczna&nbsp;Kabała czy polski chasydyzm&nbsp;używały technik kryptografii do interpretacji mistycznych sekretów boskich, ale te na pozór&nbsp;skomplikowane gry literowe były&nbsp;po prostu starą techniką pedagogiczną. Zresztą Żydzi&nbsp;jej nie wymyślili, starożytni&nbsp;Rzymianie też uczyli się pisać&nbsp;i czytać po łacinie&nbsp;i grecku, bawiąc&nbsp;się przy tym literowymi&nbsp;permutacjami. W czasach bez internetu i Netflixa, czytanie było&nbsp;nie tylko źródłem&nbsp;informacji, ale też formą zabawy. Kodowanie informacji, rebusy, anagramy i akrostychy, owszem utrudniały szybkie czytanie, ale za to gimnastykowaly intelekt. Czym „skorupka&nbsp;za młodu&nbsp;nasiąknie&#8230;”&nbsp;&#8211; lepiej od dziecka uczyć się&nbsp;czytać i pisać w różnych&nbsp;kombinacjach. I najlepiej też czytać od góry do dołu. Książki&nbsp;były wtedy drogie i trudne do wykonania, albowiem pisano je ręcznie&nbsp;i niewiele egzemplarzy było&nbsp;dostępnych&nbsp;dla młodocianych początkujących.&nbsp;</p>



<p>W&nbsp;orientalnej&nbsp;średniowiecznej szkole, kilkoro dzieci&nbsp;siedziało na podłodze&nbsp;dookoła&nbsp;jednej książki. Trzeba było&nbsp;nauczyć się czytać we wszystkich kierunkach, zależnie&nbsp;od miejsca, gdzie dane dziecko posadził nauczyciel. Element zabawy, przyjemności dla umysłu i oka był ważnym elementem szkolenia: tak jak nasze kolorowe szlaczki w podstawówce, kolorowe pigmenty pomagały uczniom opanować pierwsze arkana czytelnictwa. Nauczyciele przygotowywali nawet ozdobne zeszyty, jak ten fragment udekorowanej złoto-karminowej menory (kandelabru jerozolimskiej świątyni), zawierający przykłady pisma do naśladowania różnymi kolorami. Były tam również krótkie teksty, cytaty biblijne lub błogosławieństwa, które uczniowie kopiowali, usiłując pisać tak jak ich nauczyciel, naśladując jego styl. Indywidualizm i oryginalność nie były ani zalecane, ani tym bardziej pożądane.</p>



<p>Kto wie, być może za tysiąc lat jakiś zbłąkany i ciekawy przeszłości odkrywca, być może „Żeromszczak” – bo przecież życzymy naszej szkole nieśmiertelności – znajdzie ten i poprzednie numery „Notabene”. Ciekawe, co też będzie w stanie powiedzieć o naszej edukacji?</p>



<div class="wp-block-media-text is-stacked-on-mobile has-very-light-gray-to-cyan-bluish-gray-gradient-background has-background" style="grid-template-columns:25% auto"><figure class="wp-block-media-text__media"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="200" height="200" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/joschl24a.jpg?resize=200%2C200&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16903 size-full" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/joschl24a.jpg?w=200&amp;ssl=1 200w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/joschl24a.jpg?resize=150%2C150&amp;ssl=1 150w" sizes="auto, (max-width: 200px) 100vw, 200px" /></figure><div class="wp-block-media-text__content">
<p><strong>Judyta Olszowy-Schlanger</strong></p>



<p>Profesor Judyta Olszowy-Schlanger jest absolwentką klasy klasycznej Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (1986). Studiowała hebraistykę i orientalistykę w Warszawie, w Paryżu oraz w Cambridge, gdzie napisała doktorat. Jest profesorem hebrajskiej paleografii średniowiecznej w École pratique des hautes études, Sorbonne, Paris-Sciences-Lettres w Paryżu i na Uniwersytecie w Oxford, gdzie jest też Fellow Corpus Christi College i dyrektorem Oxford Centre for Hebrew and Jewish Studies. Jest członkiem Akademii Brytyjskiej i&nbsp;korespondentem Medieval Academy of America. Judyta jest autorem wielu książek i artykułów na temat rękopisów hebrajskich i jest odpowiedzialna za międzynarodowe projekty naukowe „Books within Books” i „HebrewPal”. Judyta jest mężatką, ma trzy córki i mieszka w Paryżu, Oksfordzie i Skrzelczycach. Judyta współtworzyła pierwszą redakcję &#8222;Notabene&#8221; w latach 1985-1986. Podobnie jak 40 lat temu &#8211; nadal poszukuje swojej „Atlantydy”.</p>



<p></p>
</div></div>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/stad-do-swietlanej-niesmiertelnosci/">Stąd do (świetlanej) nieśmiertelności</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">16895</post-id>	</item>
		<item>
		<title>Zabytki czy zbytki?</title>
		<link>https://notabene.world/nb/zabytki-czy-zbytki/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Andrzej Przychodni]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 12 Aug 2025 09:22:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[NOTABENE 1985-2025]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://notabene.world/nb/?p=14811</guid>

					<description><![CDATA[<p>Nasze ziemie dostarczają natomiast jeszcze innych dowodów na działalność ludzką, której skala wymagała z pewnością dobrej organizacji i zarządzania. Krzemień pasiasty wydobywany przez ponad dwa tysiąclecia na gruntach położonej w pobliżu obecnego Ostrowca Świętokrzyskiego dawnej wsi Krzemionki wydaje się ciekawym przykładem surowca, który mobilizował do wzmożonej i po części trudno wytłumaczalnej pracy. Zadziwiać może sama powierzchnia, na której notujemy relikty pradziejowych wyrobisk górniczych, bo wykracza ona zdecydowanie poza areał nieistniejącej obecnie wsi Krzemionki, obejmując ok. 70 ha.<br />
<br />
Liczba pozostałości po kopalniach jest również niebagatelna. Sięga 4000 dotychczas zidentyfikowanych śladów po szybach i hałdach. Pole krzemionkowskie jest, co prawda, powierzchniowo największe, ale w jego pobliżu mamy potwierdzenie istnienia kolejnych kilkunastu pól eksploatacyjnych. Jedynie kolejne dwa – rozpoznane wstępnie przez badania archeologiczne, noszące nazwy Borownia i Korycizna – zostały wskazane we wniosku nominacyjnym na Listę UNESCO Krzemionkowskiego Regionu Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego - jako kolejne jego komponenty.<br />
<br />
Wzgórze „Gawroniec” w Ćmielowie zawierające relikty osady ludzi eksploatujących krzemionkowskie kopalnie stało się dopełnieniem ww. wniosku, który został pozytywnie przyjęty przez Komitet Światowy, a unikalność tego zespołu zabytków potwierdzono w roku 2019 wpisem na Listę Światowego Dziedzictwa.<br />
<br />
Nasza świadomość jest cały czas ograniczona postrzeganiem świata z perspektywy zaledwie kilku pokoleń wstecz, a jednocześnie rzadko zmusza nas do spojrzenia na perspektywy pokoleń następnych. Po części przyzwyczailiśmy się, że te horyzonty wyznaczają za nas uwarunkowania geopolityczne i trendy.<br />
<br />
Nasz jednostkowy wpływ na nie wydaje się często iluzoryczny lub wręcz żaden, pomimo, iż akurat jako społeczeństwo mamy szczęście funkcjonować w systemie demokratycznym. To ostatnio wymienione uwarunkowanie pozwala mi na wyrażenie ostrożnej, lecz jednak nadziei. Nadziei, że pomimo faktów, które mogłyby świadczyć o traktowaniu przez nas wielu zabytków jak nieistotnych dla naszej egzystencji zbytków, będziemy w stanie uchronić najważniejsze dla nas dziedzictwo podobne krzemionkowskim polom górniczym przed utratą należnego im statusu i degradacją.</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/zabytki-czy-zbytki/">Zabytki czy zbytki?</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Mamy AD 2025. Elon Musk chce nam przybliżyć Mars i twierdzi, że już niedługo zabierze znaczną grupę wybrańców, aby zasiedlić nimi czerwoną planetę. W tym samym czasie za naszą wschodnią granicą wciąż trwa wojna, w trakcie której giną ludzie i bynajmniej nie są oni wyłącznie żołnierzami dwóch ścierających się sił… Sztuczna inteligencja podpowiada nam, jak malować obrazy, pisać… ba, nawet mówić… Z niepokojem obserwujemy zmiany klimatu i zastanawiamy się, czy ich skutki dotkną nas, czy raczej nasze dzieci i wnuki… Politycy różnych opcji zarzucają sobie kłamstwa i nadużycia coraz gwałtowniej i coraz częściej… Czy czas na to, aby spoglądać wstecz i zajmować się dziedzictwem kulturowym ludzkości?</p>



<p>Troska o to dziedzictwo może się obecnie wydawać czymś, co najmniej, drugoplanowym. Winniśmy przecież zabezpieczyć odpowiednie zasoby energii i surowców dla kolejnych pokoleń, aby mogły korzystać przynajmniej z takiego dobrobytu, jakiego obecnie doświadczamy. Oczywiście pojęcie tego dobrobytu jest bardzo względne, bo zależy przede wszystkim od naszego statusu. Z pewnością ów dobrobyt jest czymś całkowicie abstrakcyjnym dla dzieci pracujących przy wydobyciu kobaltu, niezbędnego m.in. do tworzenia baterii do jakże powszechnie używanych przez nas telefonów, czy&nbsp; do napędzania elektrycznych samochodów, obecnie jeszcze nie tak rozpowszechnionych.</p>



<p>Przypuszczalnie nawet ograniczając terytorialnie naszą refleksję do kraju nad Wisłą zauważylibyśmy znaczną liczbę kontrastów, które wskazują, że liczba osób, które mogłyby „uskarżać się na zbytek” nie jest wcale aż tak duża. Z tej perspektywy troska o zabytki i dziedzictwo przeszłości – znów – jawić się może… zbyteczną lub, co najmniej, dyskusyjną. Porzucając jednak naszą nieomal „narodową” skłonność do narzekania, spróbujmy się zastanowić, czy przypadkiem dziedzictwo wieków minionych nie mogłoby nam pokazać czegoś więcej, niż tylko ułudę „zamierzchłej świetności”, którą możemy przeciwstawiać obecnemu statusowi, który nas nie satysfakcjonuje, a często nawet frustruje.</p>



<p>Zastanawiając się nad umiejętnościami ludzi, o których wiemy bardzo niewiele, chociażby dlatego, że żyli 2000 czy 5000 lat temu, mimowolnie dokonujemy projekcji naszych obecnych możliwości na ich dorobek. Wyłączamy świadomość upływu lat i nagromadzenia doświadczeń minionych pokoleń w nas samych. Rzeczywiście, czasem te doświadczenia mogą się wydawać drugorzędne, albo przynajmniej nie najważniejsze. Koniec końców, to raczej kwestie społeczne i kulturowe warunkowały i warunkują możliwość dokonywania rzeczy niezwykłych i niepowtarzalnych… Rola sprawcza, którą często przypisujemy wybitnej jednostce lub grupie inicjatywnej bywa równie często pochodną uwarunkowań, w których owe jednostki lub grupy mogły zaistnieć. Rozpatrując wpływ osoby na losy świata – nawet takiej jak Napoleon Bonaparte – musimy zważyć, iż mógł on zaistnieć m.in. dzięki rewolucji, a z pewnością mało prawdopodobne byłoby odegranie przez niego analogicznej dziejowej roli, gdyby Francją nadal rządzili Bourbonowie.</p>



<p>Podany przykład mógłby być przyczynkiem do skądinąd ciekawej, akademickiej dyskusji, jednakże nie jest moim celem zastanawianie się nad wskazanymi powyżej uwarunkowaniami i ich wpływem na proces dziejowy. Chodziło raczej o zwrócenie uwagi, iż ciągłe zmiany, w których uczestniczymy, niekoniecznie odnoszą się do ogólnego statusu ludzkości jako takiej. Czy nasze pragnienia i dążenia zmieniły się w sposób szczególny w ciągu tysiącleci? Pieczołowicie zbierane, konserwowane i restaurowane zabytki – świadkowie przeszłości nie wskazują raczej na naszą znaczącą odrębność od odległych w czasie „praprzodków”.</p>



<p>Chociaż budowniczowie megalitów rozsianych po Europie nie pozostawili żadnych informacji, dlaczego wznosili budowle, których rozmiary oraz układ intrygują i zachwycają nas także obecnie, odrzucając udział kosmitów w ich powstaniu, możemy, z dużą dozą prawdopodobieństwa, określić przyczynę lub kilka możliwych przyczyn tego „prehistorycznego trendu”. Skoro część z tych budowli była grobowcami, tak jak nasze „polskie piramidy” czyli grobowce z okresu neolitu, nie ulega wątpliwości, że powstały one na życzenie jednostek lub grup sprawujących władzę nad ówczesnymi społecznościami. Pretekstem oczywiście mógł być system wierzeń, ale powód faktyczny wydaje się dokładnie taki sam, jak w przypadku nowożytnych lub całkiem nam współczesnych dążeń do pośmiertnego upamiętnienia przedstawicieli elit sprawujących władzę lub posiadających po prostu znaczące zasoby, które umożliwiały lub umożliwiają okazałe sepulkralne realizacje, przynajmniej przez czas jakiś podziwiane przez potomnych. Kolejną analogią są fundatorzy, a później restauratorzy kościołów, gdyż także w ich przypadku możemy zastanawiać się, w jakim stopniu motywowała ich religia, w jakim zaś chęć upamiętnienia samych siebie, jako sprawców powstania lub odnowienia sakralnych budowli. Oczywiście megality nie będące grobowcami są dla nas wciąż w jakimś stopniu zagadką jeśli chodzi o spełniane funkcje, jednak mało prawdopodobne wydaje się ich powstanie za sprawą „pospolitego ruszenia” w obrębie pradziejowych społeczności doby neolitu i wczesnej epoki brązu. Także i w tym przypadku powinniśmy raczej brać pod uwagę sprawczą moc elit…</p>



<p>Trzeba tu ponownie zwrócić uwagę na uwarunkowania, które ukształtowały owe elity. Z pewnością było to przywództwo oparte o pewne cechy, których obecnie możemy się wyłącznie domyślać, nie posiadając żadnych zachowanych opisów tychże cech. Sprawowanie władzy wiązało się zapewne także z większą zasobnością, co w pewnym stopniu potwierdzają źródła archeologiczne. Jednakże, czy owa zasobność była wówczas jedynie przywilejem elit, trudno stwierdzić jednoznacznie, zwłaszcza, że mówimy tu o dość znacznym terytorium Europy, gdzie obserwujemy bardzo różne formy megalitów powstałych wysiłkiem wielu grup ludzkich. Umiejętność zgromadzenia przez nich nadwyżek pozwalała na poświęcenie czasu na kreację budowli nieposiadających – w naszej ocenie – praktycznego znaczenia dla wytwarzania żywności, któremu nie wszyscy członkowie społeczności musieli się oddawać, skoro wśród nich była zapewne znacząca liczba budowniczych. Oczywiście nie można wykluczyć, że imperatyw do tworzenia tych struktur, po części mógł wynikać z ówczesnych wierzeń, np. chęci zapobieżenia gwałtownym zjawiskom pogodowym, które mogły podciąć podstawy egzystencji całych społeczności. Dążenie do dobrostanu i chęć utrzymania go za wszelką cenę jest zatem prawdopodobnie głównym wytłumaczeniem dla kreacji struktur nazywanych obecnie megalitami. Nawet te, które były miejscem elitarnych pochówków, mogły w mniemaniu ich budowniczych zapewniać opiekę zmarłych zarządców lub władających nad społecznością. Niestety, nie ustalimy jaki procent prawdy zawierają nasze domysły oparte, po części, o analogie do zdecydowanie lepiej poznanych dzięki pisemnym świadectwom cywilizacji: egipskiej czy mezopotamskiej.</p>



<p>Nasze ziemie dostarczają natomiast jeszcze innych dowodów na działalność ludzką, której skala wymagała z pewnością dobrej organizacji i zarządzania. Krzemień pasiasty wydobywany przez ponad dwa tysiąclecia na gruntach położonej w pobliżu obecnego Ostrowca Świętokrzyskiego dawnej wsi Krzemionki wydaje się ciekawym przykładem surowca, który mobilizował do wzmożonej i po części trudno wytłumaczalnej pracy. Zadziwiać może sama powierzchnia, na której notujemy relikty pradziejowych wyrobisk górniczych, bo wykracza ona zdecydowanie poza areał nieistniejącej obecnie wsi Krzemionki, obejmując ok. 70 ha. Liczba pozostałości po kopalniach jest również niebagatelna. Sięga 4000 dotychczas zidentyfikowanych śladów po szybach i hałdach. Pole krzemionkowskie jest, co prawda, powierzchniowo największe, ale w jego pobliżu mamy potwierdzenie istnienia kolejnych kilkunastu pól eksploatacyjnych. Jedynie kolejne dwa – rozpoznane wstępnie przez badania archeologiczne, noszące nazwy Borownia i Korycizna – zostały wskazane we wniosku nominacyjnym na Listę UNESCO Krzemionkowskiego Regionu Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego &#8211; jako kolejne jego komponenty. Wzgórze „Gawroniec” w Ćmielowie zawierające relikty osady ludzi eksploatujących krzemionkowskie kopalnie stało się dopełnieniem ww. wniosku, który został pozytywnie przyjęty przez Komitet Światowy, a unikalność tego zespołu zabytków potwierdzono 6 lat temu wpisem na Listę Światowego Dziedzictwa.</p>



<p>Czyżbyśmy uznawali za wyjątkowy pomysł lokalnych elit na dodatkowe zajęcie dla innych członków pradziejowych społeczności zamieszkujących dolinę rzeki Kamiennej i obrzeże Wyżyny Sandomierskiej? Czyżby ten proceder – niezwykle zaawansowany pod względem różnych stosowanych tu&nbsp; technik wydobywczych i jednocześnie bardzo długotrwały, angażujący przez stulecia różne grupy ludzkie, był tylko skutkiem „mody” na surowiec, którego walory estetyczne wydają się być większe niż te praktyczne? Czy kilkusetkilometrowy, daleki zasięg występowania siekier z krzemienia pasiastego można tłumaczyć jako jeden z przemijających trendów i próbować go porównywać do znanych nam współcześnie zjawisk? Odnośnie rysunków pozostawionych przez pradziejowych górników na wapiennych ścianach kopalń krzemionkowskich nie możemy wskazać pewnych, współczesnych im analogii… Oczywiście możemy nadal brnąć w mniej lub bardziej prawdopodobne próby interpretacji – nie tylko ww. arte-faktów. Dokonując próby całościowej oceny dojdziemy jednakowoż do wniosku, którego skutkiem była decyzja UNESCO. Nawet bardzo siląc się na znalezienie odpowiedników dla fenomenu krzemiennego regionu nad Kamienną, nie odnajdziemy czegoś porównywalnego ani w Polsce, ani w Europie, ani na świecie.</p>



<p>Nasza świadomość jest jednak cały czas ograniczona postrzeganiem świata z perspektywy zaledwie kilku pokoleń wstecz, a jednocześnie rzadko zmusza nas do spojrzenia na perspektywy pokoleń następnych. Po części przyzwyczailiśmy się, że te horyzonty wyznaczają za nas uwarunkowania geopolityczne i trendy. Nasz jednostkowy wpływ na nie wydaje się często iluzoryczny lub wręcz żaden, pomimo, iż akurat jako społeczeństwo mamy szczęście funkcjonować w systemie demokratycznym. To ostatnio wymienione uwarunkowanie pozwala mi na wyrażenie ostrożnej, lecz jednak nadziei. Nadziei, że pomimo faktów, które mogłyby świadczyć o traktowaniu przez nas wielu zabytków jak nieistotnych dla naszej egzystencji zbytków, będziemy w stanie uchronić najważniejsze dla nas dziedzictwo podobne krzemionkowskim polom górniczym przed utratą należnego im statusu i degradacją.</p>



<div class="wp-block-media-text is-stacked-on-mobile has-very-light-gray-to-cyan-bluish-gray-gradient-background has-background" style="grid-template-columns:25% auto"><figure class="wp-block-media-text__media"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="200" height="200" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/Andrzej_Przychodni_2.jpg?resize=200%2C200&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16858 size-full" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/Andrzej_Przychodni_2.jpg?w=200&amp;ssl=1 200w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/Andrzej_Przychodni_2.jpg?resize=150%2C150&amp;ssl=1 150w" sizes="auto, (max-width: 200px) 100vw, 200px" /></figure><div class="wp-block-media-text__content">
<p><strong>Andrzej Przychodni</strong></p>



<p>Dr Andrzej Przychodni. Ur. w Kielcach w 1970 r. Ukończył Archeologię Polski i Powszechną na Uniwersytecie Jagiellońskim w roku 1996. W latach 1995 &#8211; 2017 zatrudniony w urzędzie konserwatorskim w Kielcach, gdzie pełnił funkcję gł. spec. ds. zabytków archeologicznych w woj. świętokrzyskim. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się na osadnictwie kultury przeworskiej w dorzeczu górnej i środkowej Nidy, chronologii okresu rzymskiego oraz napływie importów rzymskich na terytorium ziem polskich. W roku 2013 obronił na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego pracę doktorską pt. &#8222;Napływ terra sigillata na terytorium kultury przeworskiej&#8221; promowaną przez prof. dr. hab. Piotra Kaczanowskiego. Jest autorem lub współautorem kilkudziesięciu artykułów oraz rozdziałów monografii o charakterze naukowym i popularnonaukowym. Był również członkiem zespołów redakcyjnych monografii. Jest współzałożycielem, a w latach 2013–2021 pełnił funkcję prezesa Świętokrzyskiego Stowarzyszenia Dziedzictwa Przemysłowego &#8211; organizacji społecznej realizującej m.in. projekt &#8222;Człowiek i Żelazo w pierwszych wiekach naszej ery&#8221; w czasie wydarzeń plenerowych &#8222;Żelazne Korzenie&#8221; w Starachowicach (także obecnie) i &#8222;Dymarki Świętokrzyskie&#8221; w Nowej Słupi (od 1999 do 2016 roku). Popularyzacja archeologii jest jego pasją, której innym przejawem jest także wydanie powieści historycznej ISA. Zajmuje się również rekonstrukcją technik garncarskich z terenu dawnych prowincji rzymskich oraz obszaru Barbaricum. W latach 2017-2018 pracował w Dziale Archeologii Muzeum Okręgowego w Sandomierzu, będąc kierownikiem działu, a w roku 2018 przez kilka miesięcy pełniąc obowiązki dyrektora. Uczestniczył później w archeologicznych badaniach ratowniczych na terenie Niemiec. W roku 2019 wziął udział w konkursie na stanowisko dyrektora Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Ostrowcu Świętokrzyskim, w którego efekcie został dyrektorem placówki i pełni tę funkcję do dzisiaj. W skład jednostki wchodzą dwa oddziały: Muzeum Archeologiczne i Rezerwat Krzemionki oraz Pałac Wielopolskich w Częstocicach. Muzeum sprawuje opiekę nad Krzemionkowskim Regionem Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego wpisanym Listę UNESCO w lipcu roku 2019.</p>



<p><a href="https://independent.academia.edu/AndrzejPrzychodni">https://independent.academia.edu/AndrzejPrzychodni</a></p>



<p><a href="https://muzeumostrowiec.pl/">https://muzeumostrowiec.pl/</a></p>



<p></p>
</div></div>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/zabytki-czy-zbytki/">Zabytki czy zbytki?</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">14811</post-id>	</item>
		<item>
		<title>Antoni Bieżanek &#8211; mój dyrektor w &#8222;Żeromskim&#8221;</title>
		<link>https://notabene.world/nb/antoni-biezanek-moj-dyrektor-w-zeromskim/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Maciej A. Zarębski]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 08 Aug 2025 18:11:38 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[NOTABENE 1985-2025]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://notabene.world/nb/?p=16637</guid>

					<description><![CDATA[<p>Któż z nas Żeromszczaków – absolwentów tego sławnego liceum, nie wspomina z łezką w oku swoich nauczycieli, a przede wszystkim dyrektora. Moim był legendarny profesor Antoni Bieżanek. Funkcję dyrektorską sprawował od roku 1947 (do 1962). Kiedy rozpoczynałem w roku 1956 naukę w Państwowej Szkole Ogólnokształcącej Stopnia Licealnego im. Stefana Żeromskiego (od roku 1960 szkoła nosi nazwą I Liceum im. Stefana Żeromskiego) profesor Bieżanek był jedną z najbardziej znanych postaci Kielc, cieszącą się dużą  popularnością. Z drugiej strony zaufaniem darzyła go władza ludowa, której przedstawicielom nierzadko pomagał uzupełniać wykształcenie. Ogromny autorytet miał także u swoich współpracowników, którzy widzieli w nim rzeczywistego rzecznika i nierzadko przyjaciela.<br />
<br />
A były to czasy samowładzy Związku Młodzieży Polskiej, okres tzw. kultu jednostki. Osobom posiadającym rzeczywisty autorytet moralny nie łatwo było realizować odpowiedzialne zadania. I chociaż od roku 1948 dyrektor Bieżanek należał do PZPR, a w latach 1948-49 był formalnym opiekunem ZMP, to wg opinii współpracowników i młodzieży, dzięki jego zdecydowanej postawie rzadko dochodziło do sytuacji dwuznacznych, drażliwych i konfliktowych. Dyrektor nie uprawiał nigdy hałaśliwej propagandy i nie dopuszczał do  jej  stosowania w kierowanej przez siebie szkole.<br />
<br />
Był świetnym pedagogiem. Mnie uczył logiki, ale także prowadził lekcje z historii i języka polskiego. Niezwykle opanowany, wzór spokoju i pobłażliwości, a równocześnie stanowczości i konsekwencji w realizacji stawianych sobie celów. Umiał wywołać i poprowadzić dyskusję, a także zachęcić do pracy na rzecz szkoły i społeczności lokalnej. Na lekcjach nigdy nie podnosił głosu. Szanowaliśmy dyrektora, w pełni czując jego ojcowską rękę. I co ciekawe wierzyliśmy, że uwielbiany przez nas „dyro” nie ma wrogów. Dawało to tak potrzebny w tamtych czasach spokój i stabilizację. Pamiętam, że był niezwykle wyrozumiały w stosunku do naszych szkolnych wybryków, pobłażliwie traktując dowcipnisiów.</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/antoni-biezanek-moj-dyrektor-w-zeromskim/">Antoni Bieżanek &#8211; mój dyrektor w &#8222;Żeromskim&#8221;</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Któż z nas Żeromszczaków – absolwentów tego sławnego liceum, nie wspomina z łezką w oku swoich nauczycieli, a przede wszystkim dyrektora. Moim był legendarny profesor Antoni Bieżanek. Funkcję dyrektorską sprawował od roku 1947 (do 1962). Kiedy rozpoczynałem w roku 1956 naukę w Państwowej Szkole Ogólnokształcącej Stopnia Licealnego im. Stefana Żeromskiego (od roku 1960 szkoła nosi nazwą I Liceum im. Stefana Żeromskiego) profesor Bieżanek był jedną z najbardziej znanych postaci Kielc, cieszącą się dużą&nbsp; popularnością. Z drugiej strony zaufaniem darzyła go władza ludowa, której przedstawicielom nierzadko pomagał uzupełniać wykształcenie. Ogromny autorytet miał także u swoich współpracowników, którzy widzieli w nim rzeczywistego rzecznika i nierzadko przyjaciela.</p>



<p>A były to czasy samowładzy Związku Młodzieży Polskiej, okres tzw. kultu jednostki. Osobom posiadającym rzeczywisty autorytet moralny nie łatwo było realizować odpowiedzialne zadania. I chociaż od roku 1948 dyrektor Bieżanek należał do PZPR, a w latach 1948-49 był formalnym opiekunem ZMP, to wg opinii współpracowników i młodzieży, dzięki jego zdecydowanej postawie rzadko dochodziło do sytuacji dwuznacznych, drażliwych i konfliktowych. Dyrektor nie uprawiał nigdy hałaśliwej propagandy i nie dopuszczał do&nbsp; jej &nbsp;stosowania w kierowanej przez siebie szkole.</p>



<p>Był świetnym pedagogiem. Mnie uczył logiki, ale także prowadził lekcje z historii i języka polskiego. Niezwykle opanowany, wzór spokoju i pobłażliwości, a równocześnie stanowczości i konsekwencji w realizacji stawianych sobie celów. Umiał wywołać i poprowadzić dyskusję, a także zachęcić do pracy na rzecz szkoły i społeczności lokalnej. Na lekcjach nigdy nie podnosił głosu. Szanowaliśmy dyrektora, w pełni czując jego ojcowską rękę. I co ciekawe wierzyliśmy, że uwielbiany przez nas „dyro” nie ma wrogów. Dawało to tak potrzebny w tamtych czasach spokój i stabilizację. Pamiętam, że był niezwykle wyrozumiały w stosunku do naszych szkolnych wybryków, pobłażliwie traktując dowcipnisiów. Miał także umiejętność wyłapywania talentów. Jako pierwszy poznał się m.in. na pasji fotograficznej mojego starszego kolegi Pawła Pierścińskiego, późniejszego mistrza obiektywu. Dyrektor Bieżanek był przy tym człowiekiem ogromnie zaangażowanym w pracę zawodową. Poza kierowaniem naszym liceum, w latach 1950-57 był dyrektorem pedagogicznym kieleckiej Szkoły Felczerskiej, zaś w latach1951 i 1953 kierownikiem Kursu Centralnego dla dyrektorów szkół średnich i ogólnokształcących. Jednocześnie przez wiele lat organizował dokształcanie i samokształcenie kadry dyrektorskiej. Często przewodniczył komisji maturalnej w liceach na terenie ówczesnego województwa kieleckiego, a nawet województw sąsiednich.</p>



<p>Dyrektor udzielał się także społecznie. Pamiętam, że we wrześniu 1958 roku z jego inicjatywy zorganizowano Zjazd Absolwentów szkoły z lat 1938-58, W czasie Zjazdu postanowiono wmurować odnowioną tablicę z popiersiem Stefana Żeromskiego oraz tablicę z nazwiskami nauczycieli i uczniów, którzy zginęli podczas II wojny światowej.</p>



<p> Jak przystało na humanistę, szczególną jego pasją były książki. Interesował się zarówno poezją &#8211; uwielbiał Mickiewicza (znał na pamięć prawie w całości „Pana Tadeusza”) oraz Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, jak i prozą. Z prozaików szczególną sympatią dyrektora cieszyli się Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus, Adolf Dygasiński oraz oczywiście Stefan Żeromski. Posiadał dużą bibliotekę z dziełami tych ulubionych autorów.</p>



<p>Był wielkim miłośnikiem przyrody. Każdą niemal chwilę spędzał na łonie natury, najczęściej w podkieleckich górkach na Klonowej, Radostowej czy Zelejowej. Uwielbiał czynny wypoczynek. Rokrocznie wyjeżdżał do Zakopanego, wraz z całą rodziną przemierzając Tatry wzdłuż i wszerz. Godzinami mógł wypoczywać nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, wpatrując się w swoje ukochane góry. Tu znajdował spokój i relaks po całorocznej pracy w gwarnej i hałaśliwej szkole.</p>



<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="800" height="445" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-2.jpg?resize=800%2C445&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16641" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-2.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-2.jpg?resize=300%2C167&amp;ssl=1 300w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-2.jpg?resize=768%2C427&amp;ssl=1 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>



<p>Jako&nbsp; domator przedkładał życie rodzinne nade wszystko. Najlepiej czuł się we własnym domu. Był dobrym mężem i troskliwym ojcem. Gdy żona z racji obowiązków zawodowych, jako pracownik Kuratorium Ośrodka Metodycznego, wizytowała placówki oświatowe w terenie, dyrektor przejmował jej obowiązki domowe. Był ponoć&nbsp; dobrym kucharzem. Jak wspomina go jedna z córek, Maria, miał duże poczuciem humoru i lubił płatać figle. Nie zaniedbywał jednak również kontaktów towarzyskich. Przyjaźnił się m.in. z kuratorem Stanisławem Steczeniem, znanym małżeństwem Krawczyków, Góralskich, a także z rodziną inżyniera geodety Antoniego Wędzińskiego. Utrzymywał żywe relacje z kolegą szkolnym, Janem Kanarkiem z Dęblina, pochodzącym podobnie jak on ze Staszowa.</p>



<p>Wiele informacji na temat profesora Antoniego Bieżanka uzyskałem właśnie od Jana Kanarka, pocztowca z zawodu, a astronoma z pasji, a także od młodszego brata profesora, Stefana Bieżanka, inżyniera leśnika ze Staszowa, miasta w którym  pracowałem w latach 1975-2003 w tamtejszym powiatowym szpitalu. Inżyniera Stefana Bieżanka, ówczesnego nadleśniczego Lasów Państwowych w Staszowie, poznałem w końcu lat 70. XX wieku. Uderzyło mnie wielkie podobieństwo fizyczne do starszego brata. Przypominał mojego profesora także z charakteru, sposobu bycia i zachowania. Dzięki wielu przeprowadzonym z  nim rozmowom miałem okazję poznać wiele faktów z życia dyrektora i pełniej poznać jego bogatą osobowość. Okazało się, że zarówno Stefan Bieżanek, jak i jego starszy brat Antoni, urodzili się w Staszowie w tym samym dniu i tego samego miesiąca. Byli prezentem okolicznościowym w dniu Święta Matki, jaki swojej żonie Antoninie (z domu Kwiatkowskiej) ofiarował jej mąż, mistrz kowalstwa, znany staszowski rzemieślnik Andrzej Bieżanek. Urodzili się obaj 26 maja w odstępie 14 lat. Antoni w roku1906, zaś Stefan w 1920. Myślę, że ta data urodzenia determinowała podobieństwo charakterów, usposobienia dwóch braci w wieloosobowej rodzinie Bieżanków. Stefan wielokrotnie w rozmowie ze mną przyznawał, że ze swoim najstarszym bratem Antonim rozumiał sie i czuł najlepiej. Z dumą podkreślał, że Antoni był jednym z pierwszych absolwentów staszowskiego Gimnazjum. Po ukończeniu nauki w szkole powszechnej w Staszowie, w październiku 1918 roku rozpoczął edukację w nowo utworzonym tam ośmioklasowym Gimnazjum. Razem z nim do jednej klasy uczęszczał m.in. wspomniany wyżej Jan Kanarek.</p>



<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="800" height="445" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-3.jpg?resize=800%2C445&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16643" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-3.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-3.jpg?resize=300%2C167&amp;ssl=1 300w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-3.jpg?resize=768%2C427&amp;ssl=1 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>



<p><em>Antoni Bieżanek stoi II z prawej w górnym rzędzie, Kanarek siedzi I z lewej u dołu</em></p>



<p>W Gimnazjum Antoni uczył się dobrze, nie miał kłopotów z żadnym z przedmiotów. Już wówczas przejawiał szczególne zdolności z przedmiotów humanistycznych. Nic więc dziwnego, że po zdaniu z powodzeniem egzaminów maturalnych w czerwcu 1926 roku rozpoczął studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego (studiował filologię polską). W roku 1931 ukończył je uzyskując tytuł magistra.</p>



<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="800" height="445" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-4-a.jpg?resize=800%2C445&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16645" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-4-a.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-4-a.jpg?resize=300%2C167&amp;ssl=1 300w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-4-a.jpg?resize=768%2C427&amp;ssl=1 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>



<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="800" height="843" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-4-b.jpg?resize=800%2C843&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16647" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-4-b.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-4-b.jpg?resize=285%2C300&amp;ssl=1 285w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-4-b.jpg?resize=768%2C809&amp;ssl=1 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>



<p><em>List do rodziców po ukończeniu studiów</em></p>



<p>W tym samym roku 1 września podjął pracę w słynnym Liceum Krzemienieckim jako nauczyciel języka polskiego. W roku 1933 po zdaniu egzaminów w Warszawie otrzymał dyplom nauczyciela szkół średnich, a trzy lata później został nauczycielem państwowej szkoły średniej rolniczej w Białokrynicy k. Krzemieńca. Pracował w niej  do kwietnia 1940 r., tj. do jej zamknięcia przez Rosjan. Przez cały czas pracy na Wołyniu (aż do wybuchu II wojny światowej) utrzymywał żywe i serdeczne relacje z rodzicami i rodzeństwem mieszkającym w Staszowie. Przyjeżdżał do swego rodzinnego miasta na święta, na wszelkie rodzinne zjazdy i uroczystości. Stefan Bieżanek bardzo mile wspominał te wizyty starszego brata. Antoni pamiętał zawsze o prezentach dla rodziców i dla sióstr, i braci. Zresztą finansował ich edukację, m.in. pomagając rodzeństwu w płaceniu czesnego w szkole. Dzięki niemu wszyscy ukończyli staszowskie Gimnazjum. W ostatnim dniu sierpnia 1939 roku Antoni poślubił Elżbietę Brzozowską, z zawodu także nauczycielkę, którą poznał podczas studiów w Warszawie.</p>



<figure class="wp-block-image size-large"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="779" height="1024" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-5.jpg?resize=779%2C1024&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16650" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-5.jpg?resize=779%2C1024&amp;ssl=1 779w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-5.jpg?resize=228%2C300&amp;ssl=1 228w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-5.jpg?resize=768%2C1010&amp;ssl=1 768w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-5.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w" sizes="auto, (max-width: 779px) 100vw, 779px" /></figure>



<p>Ślub odbył się w kościele parafialnym w Krzemieńcu. Po zajęciu Wołynia przez Niemców latem 1941 roku Antoni zatrudnił się jako księgowy w Stadninie Ogierów w Krzemieńcu, gdzie pracował do stycznia 1944 roku. W międzyczasie, w kwietniu 1941 roku przyszła na świat pierworodna córka Jadwiga. Zimą 1944 roku w związku ze zbliżaniem się frontu wraz z ewakuowaną załogą stadniny koni dostał się wraz z rodziną do pociągu towarowego.</p>



<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="800" height="522" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-6.jpg?resize=800%2C522&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16652" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-6.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-6.jpg?resize=300%2C196&amp;ssl=1 300w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-6.jpg?resize=768%2C501&amp;ssl=1 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>



<p>W trakcie ewakuacji dzięki sprytowi i szczęściu udało im się uciec z pociągu na stacji kolejowej w Rozwadowie i dotrzeć do rodzinnego Staszowa. Tu spędził ostatnie miesiące wojny. I tu 22 lipca 1944 roku przyszła na świat jego druga córka Maria. Od września 1944 roku do stycznia 1945 roku wraz z całą rodziną przebywał na wysiedleniu we wsi Krzywda k. Połańca, a potem we wsi Ruda k. Rytwian. Tu doczekał ofensywy styczniowej. W końcu stycznia 1945 roku Kuratorium w Kielcach skierowało Antoniego Bieżanka do Zawiercia, gdzie zorganizował Gimnazjum i Liceum. W październiku 1947 roku przybył (także z polecenia władz oświatowych) do Kielc, obejmując po Janie Straszu stanowisko dyrektora naszego  Liceum (wówczas Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Stefana Żeromskiego).</p>



<p>Kierował nim do końca życia, tj. do lipca 1962 roku. W ostatnich latach życia dyrektor Bieżanek poświęcił się idei budowy nowego gmachu szkolnego. W roku 1956 z jego inicjatywy powołano Komitet Budowy nowej siedziby liceum. Pamiętam (byłem już po maturze) dzień 18 czerwca 1960, kiedy to miało miejsce uroczyste wmurowanie kamienia węgielnego i aktu erekcyjnego w fundamenty nowego gmachu. Miałem zaszczyt uczestniczyć w tej podniosłej chwili.</p>



<p>Niestety dyrektor Bieżanek nie doczekał chwili oddania nowego budynku. Zmarł nagle na stanowisku pracy 21 lipca 1962 roku w następstwie wylewu krwi do mózgu. &nbsp;(przeniesienie szkoły miało miejsce dwa miesiące później). Pogrzeb dyrektora był wzruszającą manifestacją uczuć, jakimi darzyło Go kilka pokoleń kielczan Tłumy towarzyszyły Mu w ostatniej drodze. W asyście Orkiestry Wojskowej kondukt pogrzebowy pomaszerował ówczesną ulicą Świerczewskiego na stary Cmentarz, zatrzymując się dwukrotnie &#8211; przed budynkiem starej szkoły (obecnie Muzeum Lat Szkolnych Stefana Żeromskiego) oraz nowej jej siedziby. Trumnę nieśli na własnych barkach ówcześni celebryci kieleccy, jego wychowankowie. Żegnał zmarłego Stefan Mazur, dyrektor Liceum im. Jana Śniadeckiego. Idąc w kondukcie pogrzebowym odnosiłem wrażenie jakby ze śmiercią dyrektora zamykał się powojenny okres&nbsp; historii mojej szkoły.</p>



<p>Dzisiaj po latach jestem o tym bardzo głęboko przekonany. I mam świadomość, jak dużo, zarówno ja, jak i wielu moich kolegów mamy &nbsp;mu do zawdzięczenia. Przekazał nam nie tylko wiedzę, ale nauczył odpowiedzialności i wrażliwości na potrzeby bliźnich. A nade wszystko wpoił poczucie dumy wynikające z bogatej historii naszej szkoły oraz bycia Polakiem.</p>



<p><strong>Maciej A. Zarębski</strong>, absolwent szkoły rocznik 1960, posiadacz jakże ważnej dedykacji z autografem dyrektora</p>



<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="800" height="968" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-7.jpg?resize=800%2C968&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-16655" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-7.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-7.jpg?resize=248%2C300&amp;ssl=1 248w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2025/08/mcz-zdj.-7.jpg?resize=768%2C929&amp;ssl=1 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/antoni-biezanek-moj-dyrektor-w-zeromskim/">Antoni Bieżanek &#8211; mój dyrektor w &#8222;Żeromskim&#8221;</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">16637</post-id>	</item>
		<item>
		<title>Łaska słowa. O Wiesławie Myśliwskim na 90-lecie urodzin</title>
		<link>https://notabene.world/nb/laska-slowa-o-wieslawie-mysliwskim/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Stanisław Żak]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 25 Mar 2022 08:10:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura]]></category>
		<category><![CDATA[Nasz Świat]]></category>
		<category><![CDATA[STANISŁAW ŻAK]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://notabene.world/nb/?p=5168</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wiesław Myśliwski dużo i często mówi o języku, jako tworzywie literatury, o jego i jej funkcjach społecznych, poznawczych i powołuje się na filozofa Ludwiga Wittgensteina: „granice mojego języka oznaczają granice mojego świata”. Sądzę, że bohater Nagiego sadu stąd wywiódł swój sceptycyzm: „może tylko opowiedziany jestem i temu zawdzięczam swoje istnienie? […] bo i tak w końcu każdy jest na tyle, na ile opowiedziany zostanie albo sam się innym opowie”.[...]<br />
Ważnym wątkiem w powieściach i dramatach Wiesława Myśliwskiego są rozważania o nowoczesności, cywilizacji i tradycji, zwłaszcza tradycji kultury chłopskiej. To wypieranie starego nowym nie zawsze jest najlepsze, bo przede wszystkim trzeba się wyzbyć przyzwyczajenia...</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/laska-slowa-o-wieslawie-mysliwskim/">Łaska słowa. O Wiesławie Myśliwskim na 90-lecie urodzin</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>&nbsp;</p>



<p>Piotr Biłos, autor książki:<em> Powieściowe wiaty Wiesława Myśliwskiego </em>napisał, że Myśliwski uchodzi za współczesnego klasyka, „pisarza o maksymalnej rozpiętości zarówno poruszanych zagadnień, jak i rozwiązań formalnych, a więc kogoś, kogo uznać wypada za powieściopisarza równego rangą Tomaszowi Mannowi, tyle  że z przełomy XX i XXI wieku”. Biorąc pod uwagę takie powieści jak <em>Kamień na kamieniu, Widnokrąg, Traktat o łuskaniu fasoli</em> nie mam wątpliwości, że mamy do czynienia z twórcą rangi światowej. Zastanawiam się, czy mimo zindywidualizowania bohaterów, z których jedni mają imiona inni ich nie mają, nie można by przyjąć, że jest jeden bohater – Człowiek, uwikłany w historię i szukający ciągle sensu swojego istnienia. Rozważania o młodości i starości, o życiu i śmierci w pewnym sensie podpowiadają takie rozwiązanie problemu bohatera.  </p>



<p>Wiesław Myśliwski dużo i często mówi o języku, jako tworzywie literatury, o jego i jej funkcjach społecznych, poznawczych i powołuje się na filozofa Ludwiga Wittgensteina: „granice mojego języka oznaczają granice mojego świata”. Sądzę, że bohater <em>Nagiego sadu </em>stąd wywiódł swój sceptycyzm: „może tylko opowiedziany jestem i temu zawdzięczam swoje istnienie? […] bo i tak w końcu każdy jest na tyle, na ile opowiedziany zostanie albo sam się innym opowie”.</p>



<p>Bohater powieści Wiesława Myśliwskiego: <em>Kamień na kamieniu, </em>Szymon Pietruszkasnuje taką refleksję: „Bo słowa to wielka łaska. Cóż ma tak naprawdę człowiek więcej prócz słów dane?”. Pisarz, odbierając tytuł doktora honoris causa od kieleckiej uczelni mówił: „Język niezależnie od takich czy innych epok, tendencji, prądów, kierunków, różnić światopoglądowych czy estetycznych jest wspólną ojczyzną całej literatury”. Pytany o technikę pisania odpowiada, że nie robi żadnych planów, konspektów przed rozpoczęciem pracy nad powieścią tylko szuka pierwszego zdania, gdy je znajdzie, pisanie idzie łatwo. Jeszcze z przemówienia czy wykładu podczas nadania tytułu doktora honoris causa, odwołując się do redagowania „Regionów” i przyznał, że czytając różne listy, testamenty, supliki chłopskie wziął „wielką lekcję języka u polskich chłopów. […] lekcję wolności języka i możliwości języka […] jako kreatora świata i języka jako wewnętrznej przestrzeni człowieka. A więc tego języka, który stanowi niezbędny i podstawowy warunek twórczości pisarskiej”.</p>



<p>Wiesław Myśliwski, urodzony  w Dwikozach (25 III 1932), liceum kończył w Sandomierzu, miał zamiar studiować budowę okrętów na Politechnice w Gdańsku, ale po zdanym egzaminie nie przyjęto go z braku miejsc, więc za namową  koleżanki z klasy, obecnej żony, Wacławy Stec, wylądował na polonistyce w Lublinie (KUL). Kilka dni temu ukończył dziewięćdziesiąt lat. Podobno – tak mówi –nie pisze nowej powieści, ale wraz z żoną przygotowali dla krakowskiego wydawnictwa «ZNAK» pokaźny tom publicystyki: „w środku jesteśmy baśnią”.</p>



<p>Wiesław Myśliwski debiutował powieścią: <em>Nagi  sad</em>, jako autor liczący sobie trzydzieści pięć lat. Od tego czasu w różnych odstępach ukazywały się powieści: <em>Pałac </em>(1970), <em>Kamień na kamieniu </em>(1984), <em>Widnokrąg </em>(1996), <em>Traktat o łuskaniu fasoli </em>(2006), <em>Ostatnie rozdanie </em>(2013), <em>Ucho Igielne </em>(2018). Oprócz powieści pisał dramaty, scenariusze filmowe bazując na swoich powieściach. Dwa razy otrzymał literacką nagrodę Nike; oraz Złote Berło. Ostatnio nagrodę Pen-Clubu. wyliczenie wszystkich zajęłyby bardzo dużo miejsca.  </p>



<p>W <em>Gawędzie o Wiesławie </em>Tadeusz Kłak, kolega i przyjaciel pisarza ze studiów polonistycznych wspomina nierozłączną parę, Wacławę i Wiesława: „oboje przystojni, wyglądali jak prawdziwi inteligenci. Któż by wtedy pomyślał, że z Wiesława wyrośnie pisarz”.  Tadeusz Kłak przesłał jeszcze ironiczne podziękowanie Komisji Egzaminacyjnej, która nie przyjęła sandomierskiego abiturienta na Wydział Budowy okrętów, dzięki temu mamy znakomitego budowniczego <em>Pałacu.</em> Poeta czarnoleski napisał: „Wszystko się dziwnie plecie / Na tym tu biednym świecie; A kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić, /I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić”.</p>



<p>Dzięki gdańskiej decyzji mamy Wielkiego Pisarza. Wielkiego i kłopotliwego z różnych powodów od debiutu poczynając. Jego debiutancka powieść wprawiła w kłopot krytyków, co zrobić z autorem, gdzie go umieścić?, do której i jakiej go wsadzić szufladki. Jeden z krytyków uznał, że najlepiej mu będzie w «nurcie literatury chłopskiej», pisarz nie czuł się dobrze w tym «nurcie» dlatego, że znając życie wsi, należał jednak do inteligencji.</p>



<p>Na dodatek recenzje powieści <em>Nagi sad </em>stawiały ją na najwyższym miejscu zarówno pod względem artystyczny jak i tematycznym. Julian Przyboś nazywał ją poematem. Wacław Sadkowski pisał: „Dawno już nie mieliśmy debiutu o tak skrystalizowanym i dojrzałym stylu, dawno już nikt nie zadebiutował prozą tak pięknie pisaną”. Wchodząc nieco głębiej w fabułę dostrzegł: „jedną z najistotniejszych cech artystycznej dojrzałości debiutu jest jego ugruntowana świadomość, że człowieka zrozumieć można tylko w odniesieniu do jego otoczenia, środowiska, do społecznej i kulturowej materii, z której formowała się jego świadomość”. Potwierdza to bohater wracający do rodzinnej wsi po ukończeniu edukacji w mieście i uzasadnia, dlaczego wraca: „cóż mógłbym robić gdzieś tam w świecie, sam wśród obcych ludzi? Zżarłaby mnie tęsknota, jak niejednego już zżarła […]. Tu przynajmniej przeżyłem moje życie w przekonaniu, że jest to jedyne miejsce na ziemi, gdzie mnie nic innego spotkać nie może prócz tego, co każdego spotkać musi”.</p>



<p>Jednym z wątków w twórczości Wiesława Myśliwskiego jest analiza fenomenu kultury chłopskiej. Swoje przemyślenia na temat kultury chłopskiej przedstawił w eseju: <em>Kres kultury chłopskiej </em>(2003). Tezą było stwierdzenie: „Była to kultura zgody z losem, afirmująca życie takie, jakie przypadło człowiekowi w udziale, odpowiadająca na pytanie, jak żyć, kiedy żyć się często nie dawało, jak odnaleźć pył swojego istnienia w chaosie wszechrzeczy, jak przemijać z pokorą. Miała swoje wyobrażenia zła i dobra, kary i nagrody, swoje wyobrażenie wieczności i wyobrażenie Boga. Chrystus Frasobliwy, to arcydzieło polskiej sztuki przestrzennej, jest przecież chłopskiej proweniencji. To Bóg chłopskiej doli, zatroskany jak chłop, biedny jak chłop i bezradny jak chłop”. Warto zwrócić uwagę na istotne elementy tej egzystencji – przede wszystkim akceptacja własnego losu; odnalezienie sensu własnej egzystencji; ale jest również wymiar metafizyczny wyobrażenie wieczności i Boga. Symbolem tego trudnego życia jest Chrystus Frasobliwy, współczujący ludzkiej biedzie. W kulturze chłopskiej przechowały się uniwersalne wartości takie, jak rodzina, ziemia żywicielka, religia, szacunek dla pracy, szacunek dl starszych. W tej kulturze zawarta jest synteza wielopokoleniowego doświadczenia klasy chłopskiej, w której skumulowała się uniwersalna mądrość życia – mówił pisarz, autor <em>Kamienia na kamieniu, </em>w rozmowie z Krystyną Nastulanką.</p>



<p>W powieści <em>Kamień na kamieniu</em> jest niesamowita sytuacja, pogłębiona aluzja do <em>Biblii, </em>pokazująca wpływ tej <em>Księgi</em> na formację wewnętrzną osobowości. Ziemia dla chłopa stanowiła swoiste sacrum, o nią były kłótnie, gniewy, zemsty i pomsty za podoranie miedzy, odoranie skiby. Dwie rodziny – Pietruszków i Prażuchów – z tego powodu pozostają w permanentnym sporze. Szymon, aktywny uczestnik tych sporów, jest w partyzantce, gonią go Niemcy, nie ma już gdzie uciekać. Przed nim chałupa Prażuchów, wali w drzwi, otwiera stary Prażuch, Szymon wchodzi do izby, stara Prażuchowa, wychyliwszy głowę spod pierzyny, pyta: „Po co tu ten szatan przylazł?”. Atmosfera staje się coraz bardziej napięta. Synowie, którzy kilka razy prali się z Szymkiem o miedzę czy skibę, atakują ojca, po co wpuścił do chałupy zbira. Wtedy „znów się stara odezwała: siądź. Zostało trochę kapusty z obiadu. Wstanę ci przygrzeję. &#8211; spuściła nogi z łóżka, nadziała chodaki i opasując się zapaską westchnęła: &#8211; Nie powinniśmy się rodzić, kiedy nie umiemy żyć”. Bez trudu możemy rozszyfrować przemianę kobiety, od nienawiści: po co ten szatan przylazł, do przebaczenia: siądź. Przygrzeję ci kapusty z obiadu. W ostatnim zaś zdaniu kobieta wyraziła sens egzystencji: jak żyć! Jest to parafraza modlitwy Pańskiej: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…”.</p>



<p>Ważnym wątkiem w powieściach i dramatach Wiesława Myśliwskiego są rozważania o nowoczesności, cywilizacji i tradycji, zwłaszcza tradycji kultury chłopskiej. To wypieranie starego nowym nie zawsze jest najlepsze, bo przede wszystkim trzeba się wyzbyć przyzwyczajenia. Widać to, kiedy Stasiek, brat Szymona, przedstawia ojcu projekt nowego domu z werandą, weneckimi oknami, podłogą z desek, a ojciec prosi, aby w kuchni przynajmniej została gliniana polepa, bo jak w ubłoconych butach chodzić po podłodze? Albo kiedy władze zalecają likwidować strzechy, zamieniać je na dachówkę lub blachę, na co Szymon nie wyraża zgody. Nową drogę zrobiono przez wieś, wyprostowano zakręty, wyasfaltowano, jedzie się po niej jak po stole, tylko droga podzieliła wieś, sąsiad nie może przejść na drugą stronę do sąsiada, aby porozmawiać, zakurzyć skręta, bo ciągle jeżdżą samochody. Ofiarą tej drogi został Szymon. Tę ostrą opozycyjność starego (tradycji) z nowym widać także w <em>Requiem dla gospodyni. </em>Dawniej przychodzili sąsiedzi na czuwanie przy zmarłym, jedli kapustę, bób a teraz trzeba wieprzka zabić, wyroby zrobić, wódkę kupić… już czas, a nie ma nikogo. Gospodarz zaprasza przypadkowych gości.</p>



<p>Czytając powieści Wiesława Myśliwskiego mamy ochotę szukać i rozszyfrowywać tropy biograficzne i autobiograficzne. Najbardziej oczywiste są one w <em>Widnokręgu. </em>Ale pytany o to autor odpowiadał, że na pewno są w powieści sprawy, wydarzenia, miejsca, ludzie, z którymi się zetknął, które widział, które przeżył, ale czy przedstawił je w powieści tak, jak one w rzeczywistości przebiegały czy wyglądały?           </p>



<p>Kończąc to krótkie jubileuszowe przypomnienie dorobku Wielkiego Pisarza składam Mu życzenia pomyślności, sił twórczych i mimo wszystko powrotu do pracy twórczej.</p>



<p>&nbsp;</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/laska-slowa-o-wieslawie-mysliwskim/">Łaska słowa. O Wiesławie Myśliwskim na 90-lecie urodzin</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">5168</post-id>	</item>
		<item>
		<title>List pamiątka 1974</title>
		<link>https://notabene.world/nb/list-pamiatka-1974/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Maciej Znojkiewicz]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 07 Feb 2022 22:12:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Nasz Świat]]></category>
		<category><![CDATA[Polecane]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://notabene.world/nb/?p=2093</guid>

					<description><![CDATA[<p>Dziadek mój Antoni Znojkiewicz miał brata Franciszka, który mieszkał w Częstochowie. Gdy byłem dzieckiem, zaraz po wojnie, odwiedził moją mamę, już wdowę, w Kielcach. Czasem przysyłał mi potem 100 złotych na książki w dniu imienin. W 1964 roku tuż po studiach pojechałem do Częstochowy go odwiedzić. Pamiętam mieszkał biednie, sam w małym mieszkaniu na ulicy Narutowicza 38. Emeryt, stary kawaler, po urzędniczej karierze przypomniał mi postać Rzeckiego z Lalki Prusa. To ostatni list od brata mojego dziadka, cenna pamiątka wysłana z Częstochowy do Montrealu w 1974 roku.</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/list-pamiatka-1974/">List pamiątka 1974</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<figure class="wp-block-image size-full"><img data-recalc-dims="1" loading="lazy" decoding="async" width="800" height="1012" src="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2022/02/List-MZnoj-1974-800.jpg?resize=800%2C1012&#038;ssl=1" alt="" class="wp-image-2101" srcset="https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2022/02/List-MZnoj-1974-800.jpg?w=800&amp;ssl=1 800w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2022/02/List-MZnoj-1974-800.jpg?resize=237%2C300&amp;ssl=1 237w, https://i0.wp.com/notabene.world/nb/wp-content/uploads/2022/02/List-MZnoj-1974-800.jpg?resize=768%2C972&amp;ssl=1 768w" sizes="auto, (max-width: 800px) 100vw, 800px" /></figure>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/list-pamiatka-1974/">List pamiątka 1974</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">2093</post-id>	</item>
		<item>
		<title>Hana i Zoja</title>
		<link>https://notabene.world/nb/hana-i-zoja/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Stanisław Żak]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 02 Feb 2022 14:05:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura]]></category>
		<category><![CDATA[Nasz Świat]]></category>
		<category><![CDATA[STANISŁAW ŻAK]]></category>
		<category><![CDATA[#historia]]></category>
		<category><![CDATA[#literatura]]></category>
		<category><![CDATA[#opowiadanie]]></category>
		<category><![CDATA[#stanislawzak]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://notabene.world/nb/?p=1437</guid>

					<description><![CDATA[<p>To był pewnie 1942 rok, niezwykle upalne lato, ludzie chowali się w cieniu drzew, tak mocno prażyło słońce.</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/hana-i-zoja/">Hana i Zoja</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>To był pewnie 1942 rok, niezwykle upalne lato, ludzie chowali się w cieniu drzew, tak mocno prażyło słońce. Moi rodzice pracowali wtedy w majątku albo „we dworze” w Czarnowie. Przed wojną około trzystu hektarów ziemi, było własnością Nowaka, w czasie wojny nadzór sprawował Niemiec, którego wszyscy nazywali inspektorem. Zabudowania gospodarskie: dwie duże stodoły, wielki spichlerz, stajnia dla koni i obora dla krów, chlewy dla świń, a na dziedzińcu wielki kierat oraz obszerna, głęboka studnia z żurawiem; obok studni długie koryto, z którego wracające z pastwiska pod wieczór krowy piły zachłannie krystaliczną, czystą zimną wodę, a potem odchodziły zadowolone z ociekającymi pyskami, oblizywały się i dobrowolnie wchodziły do obory, trafiając bezbłędnie na swoje stałe miejsca&#8230; Wieczorem, kiedy słońce już gasło za horyzontem, ludzie dworscy krzątali się po podwórzu: fornale na noc zadawali koniom obrok. Za drabiny wkładali wiązki siana; świniarze wrzucali do koryt chwasty, obierki ziemniaków, owoców, czasem dolewali pozostałe z obiadu resztki jedzenia; kobiety szły ze skopkami do obory, brały w rękę wiecheć siana lub słomy, wycierały krowie wymiona, przysiadały na stołkach z boku i za chwilę słychać było syk mleka, w skopku robiła się piana, zmieniał się też odgłos owego syku w zależności od poziomu mleka w naczyniu&#8230; Mleko ze skopków przelewano do stojących pośrodku obory dużych baniek, które następnie wynoszono na zewnątrz i wstawiano do niewielkiego basenu, wypełnionego zimną wodą. W ten sposób mleko przez noc nie skwaśniało, a na powierzchni powstawał gruby kożuch śmietany. Tę śmietanę kobiety zbierały rano dużą łyżką, a potem jeszcze wlewały mleko do „centryfugi” czyli odciągaczki albo wirówki&#8230;&nbsp;</p>



<p>Powoli w te gorące wieczory wszystko zamierało. Małe okienka w czworakach rozbłyskiwały płomyczkiem świeczki lub karbidówki&#8230; W pałacu, chyba nazwanym tak na wyrost, &#8211; był to obszerny parterowy dom, stojący w wydzielonym ogrodzie, mający dwa wejścia: jedno przez ganek oficjalne i drugie przez kuchnię dla służby &#8211; szykowano się także do snu.&nbsp; Pierwsze wejście mieściło się od strony wschodniej – drugie od zachodniej i wychodziło wprost do warzywniaka, gdzie rosły kwiaty, marchew, pietruszka, cebula; rosło też kilka drzewek owocowych, które rodziły czerwone wiśnie „szklanki” i czarne sokowe;&nbsp; jabłka, dorodne śliwki i znakomite gruszki, które, spadając na ziemię &#8211; rozpryskiwały się niemal doszczętnie&#8230; Podkradałem się po te gruszki, zbierałem z ziemi te, które spadając nie rozbiły się na miazgę, chowałem kilka za pazuchę i potem leząc już w sianie zjadałem je ze smakiem&#8230;</p>



<p>Tuż obok pałacu stał niewielki budyneczek, z jednym oknem z jednymi drzwiami, a w środku było duże palenisko i wmurowany pięćdziesięciolitrowy kocioł do gotowania zupy. Ojciec mój był w tym majątku nocnym stróżem, miał psa „lorda” i gwizdek, w który musiał dmuchać w nocy przynajmniej kilka razy, aby w ten sposób dawać znak czujności; mama natomiast urzędowała w tym małym budyneczku. Przychodziła rano, rozpalała ogień na palenisku pod kotłem, do którego tata wlewał kilka dużych wiader wody. Ogień powoli nabierał rozpędu, huczał coraz mocniej, woda w kotle najpierw poruszała się lekko, od dna odbijały się małe bąbelki, szły do góry poruszając gładką dotąd powierzchnię. Mama obierała ziemniaki, stała przy kotle, czasem podkładała na palenisko kilka polan, wtedy ogień podrywał się, w kotle zaczynało mocniej szumieć&#8230; Lubiłem stać na stołku i patrzeć jak woda w kotle zaczynała bulgotać, wirować, obficie parować. Wtedy mama wrzucała do kotła obrane i pokrojone w kostkę ziemniaki, wrzucała obraną marchew, jakieś jarzyny, pomidory&#8230;</p>



<p>Kiedy o 13 w południe karbowy uderzał w zawieszony na gałęzi drzewa kawałek szyny, która udawała gong, wtedy ludzie&nbsp; schodzili z pola, zmęczeni, spragnieni pili wodę z napełnionego wcześniej przez mamę dużego wiadra, siadali w cieniu starych lip, wycierali spocone twarze i rozmawiali cicho&#8230;Ta przerwa trwała godzinę.</p>



<p>Do pracy w majątku codziennie przyprowadzano z getta grupę młodych dziewcząt. Było ich około dwudziestu. Każdego ranka szły w kolumnie pod strażą dwóch żołnierzy, a potem do pracy w polu chodziły razem z innymi. Nikt ich nie pilnował. One też na dźwięk gongu przerywały pracę i razem z innymi wracały z pola, siadały w cieniu&#8230; Były szczupłe, miały ciemne włosy z wyjątkiem jednej. Miała na imię Zoja i miała włosy w barwie złota, splecione w gruby warkocz owinięty koło głowy, w tak zwaną koronę. Druga miała na imię Hanah, była zupełnie ciemna, włosy krucze, kręcona, oczy czarne, jak węgle, ale –mimo wielkiej urody – obie były smutne, mówiły cicho, jak by były onieśmielone, wstydliwe. Może i były wstydliwe, bo zwracały na siebie uwagę tą urodą wschodnią, semicką. Siadały zwykle obok siebie, rozmawiały cicho, czasem płakały&#8230;Obie były ładne, tylko bardzo smutne.</p>



<p>One obie były tak ładne, że mimo wygłodzenia i zaniedbanego stroju, trudno było oderwać od nich oczy. Patrzyłem więc i ja albo z tej kuchenki przez szybę, albo podchodziłem bliżej i wtedy one zwracały na mnie uwagę, aż pewnego razu, kiedy przyszły razem z innymi pracownikami i siedziały takie właśnie smutne, zamyślone, mama przywołała mnie do siebie, dała sporą pajdę chleba i do stojącej na oknie pustej miski nalała gęstej zupy i kazała zanieść Hanie i Zoi. Z tym podarunkiem szedłem do nich już zupełnie śmiało. Miskę z zupą postawiłem na trawie między nimi, pajdę chleba podałem Hanie i powiedziałem, że to mama kazała mi przynieść. Zobaczyłem w ich oczach łzy, lekko się uśmiechnęły, a Zoja, pokazując mi obok siebie miejsce na trawie, kazała usiąść. Zapytały o moje imię, a następnie czy mam brata, siostrę, starszych czy młodszych ode mnie. Obie pozwoliły mi zwracać się do nich po imieniu. Hanach nawet powiedziała coś takiego: jesteś naszym bratem&#8230;</p>



<p>Tak zaczęła się moja przyjaźń z nimi. W następne dni sam, bez pytania mamy, ale za jej przyzwoleniem, brałem kawał chleba, najczęściej połowę bochenka, kroiłem jeszcze na połowę; powstawały dwie ćwiartki i dawałem każdej do rąk; mama też napełniała miskę zupą, a ja brałem tę miskę, czasem parzyła mi ręce, i niosłem do dwóch moich wybranych pięknych dziewczyn, odpoczywających pod starymi lipami. One, ujrzawszy mnie, zmieniały wyraz twarzy, rozjaśniały się, a jedna z nich, najczęściej Hana, podnosiła się szybko, podbiegała i brała z moich rąk miskę wypełnioną po brzegi zupą, jakby się obawiała, że mogę rozlać, albo upaść i wylać wszystko&#8230; Siadałem obok nich. One jadły szybko, ale nie zachłannie. Dziwiłem się, że nawet kropla nie spada z łyżki na ziemię. Chleb prawie w całości chowały w zakamarki spódnicy. Okazało się, że pod spodem miały dużą kieszeń, do której sporo mogło się zmieścić. W czasie jedzenia nie mówiły nic. Ja też siedziałem obok w milczeniu. Kiedy skończyły jeść zabierałem od nich pustą miskę, odnosiłem do kuchni i wracałem. Wtedy rozmawialiśmy, to znaczy one mówiły, ja słuchałem, a kiedy pytały o coś – odpowiadałem. Pytały o rzeczy błahe, o to, gdzie mieszkam, czy mama jest dobra&#8230; Pewnego dnia zapytały mnie, czy wiem, co to jest getto. Oczywiście, że wiedziałem, bo przecież widziałem kolumny Żydów pędzonych od Jędrzejowa i Chęcin do Kielc&#8230; Raz nawet widziałem jak żołnierzy niemieccy zabawiali się obcinając staremu Żydowi scyzorykiem siwą brodę&#8230; leżałem w przydrożnym rowie i widziałem łzy w wyblakłych oczach starca. Było i go bardzo żal&#8230;W domu mówiono, że w mieście powstało getto, do którego Niemcy spędzają Żydów z Buska, Pińczowa, Jędrzejowa, Staszowa, Chmielnika; że nie dają im jeść, zabierają kosztowności, a niektórym nawet wybijają złote zęby&#8230; Widziałem więc co to jest getto. Hana i Zoja powiedziały mi, że one są w getcie, że są Żydówkami, że bardzo się boją, bo codziennie pijani Niemcy zabijają dzieci, starych i młodych, że biją bez przyczyny tylko za to, że są Żydami. Słuchając tego czułem, że drętwieję od środka, w żołądku czułem wielki kamień, serce przestawało mi bić. One zorientowały się widocznie, że przeżywam te ich opowieści, urywały i przechodziły na inny temat, albo&nbsp; przestawały w ogóle mówić, zapadały w głębokie milczenie&#8230;</p>



<p>To była sobota. Upał doskwierał wszystkim okrutnie. Na dźwięk gongu – jak każdego dnia – zeszli się wszyscy na posiłek. Moje dwie żydowskie boginki także. Usiadły tam, gdzie zawsze siadały, a ja przyniosłem im chleb i zupę. Zauważyłem zmiany w ich zachowaniu, nie rozpromieniły się, nie uśmiechnęły, nawet Hana nie odebrała ode mnie miski, jak to robiła poprzednio. Postawiłem miskę między nimi na trawie, obok położyłem chleb i usiadłem z boku. One siedziały bez ruchu, nie brały się do jedzenia, a ja jakbym nie istniał. Pewnie powinienem odejść dyskretnie, aby nie wchodzić na tereny zastrzeżone tylko dla nich, ale coś mnie kusiło, aby zapytać, co się stało, czy coś się stało. Nie miałem odwagi. Mama, po rozdaniu wszystkim porcji chleba i zupy, wyszła na zewnątrz swojego kuchennego apartamentu i natychmiast zauważyła dziwne zachowanie dziewczyn. Energicznie podeszła i zapytała, czemu nie jedzą, czyżby im nie smakowało? Wtedy obie podniosły głowy, a Hana zaczęła spazmatycznie szlochać. Pierwszy raz widziałem kogoś płaczącego bezdźwięcznie. Twarz ukryła w dłoniach, podkurczyła nogi, oparła głowę na kolanach, a jej ramiona i barki drżały. Od czasu do czasu z tego tragicznego kłębuszka wydobywał się ledwie słyszalny jęk, podobnego do psiego skowytu. Sam nie lubiłem płakać i cudzy płacz wprawiał mnie zawsze w ogromne poruszenie. Podobnie było i teraz. Płacz bowiem był i jest dla mnie oznaką cierpienia, jakiegoś bólu. Płaczemy, kiedy się skaleczymy, rana boli; płaczemy, kiedy ktoś umrze, pustka boli&#8230;</p>



<p>Jeszcze bardziej zdziwiłem się, kiedy moja mama, która niechętnie zdradzała swoje wzruszenia, przysiadła przy płaczącej dziewczynie i nic nie mówiąc przytuliła ją do siebie. Wtedy Hana wyksztusiła: „w nocy zastrzelono moich rodziców, a brata, który był jak Staś, zatłukli, kolbą rozbijając mu głowę. Miał tylko sześć lat. Spojrzała na mnie i wtedy zobaczyłem jej oczy i płynące łzy, duże, czyste łzy, które turlały się po jej chudych policzkach i spadały na bluzkę mamy, wsiąkały w nią. Do dziś, kiedy przywołuję tamto wspomnienie, widzę jej piękne oczy, błyszczące od łez i rozpaczliwą bezradność wobec nieszczęścia, osobistego dramatu. Wtulona w ramiona mamy szlochała bezdźwięcznie, plecy jej drżały, mama jedną ręką wolno i delikatnie gładziła jej włosy i drżące plecy. Powoli uspokajała się, aż wreszcie oderwała głowę od mamy, rękawem wytarła twarz mokrą od łez i popatrzyła na mnie z lekka się uśmiechając. Ona jednak wtedy – jestem tego pewny &#8211; nie widziała mnie tylko swojego brata. Zbliżyła się, swoje chude ręce położyła na moich ramionach i powoli zaczęła przyciągać do siebie, a gdy byłem już przy niej, objęła moją głowę, lekko pocałowała w czoło i odwróciła nagle, podeszła do płotu, ujęła mocno sztachety i stała wyprostowana, patrząc w niebo. Oczy miała zamknięte. Wydawało się, że swoją wielką skargę na kierowała do Nieba, było w niej coś tak tragicznego jak w Antygonie, albo Niobe, albo w Medei&#8230; była jak żywy topos bezgranicznego bólu, femina dolorosa. Wtedy przypomniał mi się psalm, słyszany wielokrotnie w kościele: <em>Boże, Boże mój, wejrzyj na mnie, czemuś mnie opuścił? [&#8230;]W tobie nadzieję mieli ojcowie nasi, nadzieję mieli, i wybawiłeś ich. Do ciebie wołali, i zbawieni są, w tobie nadzieję mieli, a nie są zawstydzeni&#8230;</em></p>



<p>Poruszyła się dopiero na dźwięk gongu, oznajmiającego koniec przerwy obiadowej. Widziałem jak rozkurczają się jej smukłe, cienkie palce, twarz kamienna do tej pory zaczęła powoli tajeć, rozluźniać się, a kiedy odwróciła się od płotu zobaczyłem jej oczy suche, czarne. Nie było w nich nic – tylko bezdenna rozpacz: <em>Tyś jest Bogiem moim,</em> <em>nie odstępuj ode mnie, albowiem utrapienie bliskie jest, bo nie masz, kto by ratował! </em>(Ps 21). Ona, wyprostowana, szła powoli do ludzi, z którymi miała ruszyć w pole do pracy. Zoja zbliżyła się do niej, objęła ją i tak szły obie swoją drogą krzyżową, na której każdy ból, i każde cierpienie odbiera czucie, zobojętnia na otoczenie.</p>



<p>Ludzie wstawali powoli, wychodzili z cienia na rozpalony do białości bruk dziedzińca, zabierali swoje narzędzia pracy i ruszali w pole. One obie, Hana i Zoja, szły między ludźmi dźwigając ciężar ponad ludzkie siły, ocierały się o szorstką łuskę tłumu&#8230;</p>



<p>W sobotę pracowano krócej, więc i dziewczęta wcześniej poszły pod strażą do getta. Siedziałem w tym miejscu, gdzie one przed chwilą siedziały, gdzie mama przytulała do siebie szlochającą Hanę. Nie mogłem się ruszyć, a może tylko nie chciało mi się ruszać, bo bałem się spłoszyć w mojej głowie wirujące obrazy? Siedziałem i rozmyślałem o Zoi i Hanach. Dzisiaj mogę to znieruchomienie określić jako oczarowanie; ja wtedy rzeczywiście chyba dostrzegłem w nich kobiety, ale zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy. Ciągle tylko widziałem te duże oczy lśniące od łez, niezmiernie głębokie, a gdzieś na ich dnie tliła się ludzka rozpacz.</p>



<p>Nagle zawołała mnie mama: „już dość, co tak siedzisz. One w poniedziałek jeszcze przyjdą&#8230;”, ale Bóg jeden wie, jak długo jeszcze będą przychodzić, a może już były ostatni raz? Może w poniedziałek, albo nawet w niedzielę wpakują je do jakiego krowiaka i powiozą do obozu na pewną śmierć&#8230; Mama nie zwracała już na mnie uwagi, nie był jej potrzebny słuchacz, ona mówiła do siebie, chciała się słyszeć, aby odreagować cudze nieszczęście, które widocznie bardzo ją gniotło. Mówiła więc do siebie nadając myślom kształt słowny, że też Pan Bóg widzi takie rzeczy i pozwala na wszystko&#8230; ale chyba to musi się skończyć, to nie może trwać długo&#8230; teraz ich wywożą, a potem za nas się wezmą&#8230; Spostrzegłem, że oczy jej zwilgotniały, zrobiły się dziwnie szkliste; mama nigdy nie płakała, była twarda, tak ją życie nauczyło, a teraz dwie duże łzy potoczyły się z jej oczu. Zrobiło mi się strasznie smutno i wtedy doszedł do mnie ostry głos: „mówiłam ci, żebyś się ruszył&#8230; poszły to poszły, nic nie poradzimy&#8230; Może jeszcze przyjdą&#8230;”&nbsp;</p>



<p>Zjawiły się dopiero w poniedziałek wraz z całą grupą. Mama była dla nich tkliwsza niż do tej pory, nawet poprosiła karbowego Kellera, że zostały z nią w tej małej kuchence do pomocy, bo trzeba dużo ziemniaków oskrobać, a ją coś głowa boli&#8230; Zmyślała. Nie głowa ją bolała tylko serce z powodu tych dwóch żydowskich dziewcząt, którym chciała w jakiś sposób złagodzić twardy los. Kiedy po latach rozmawiałem z mamą i pytałem, czy pamięta? Odpowiedziała, że pamięta obie&#8230; a czy pamięta, jak prosiła karbowego, żeby zostały do pomocy&#8230; pamiętała. Po co to robiła? Sama nie wiedziała, ale przecież jeden drugiemu powinien pomagać&#8230; Cyrenejczyk też pomagał nieść krzyż na Golgotę&#8230; ale to przecież Żydówki&#8230; a co mnie to obchodzi, Żydówki nie Żydówki. Cierpiały, więc trzeba było im pomóc. Wtedy, w czasie tej rozmowy z moją mamą, zrozumiałem coś dla mnie bardzo ważnego, że szorstkość najczęściej skrywa wrażliwość, a pozorowana obojętność redukuje sentymenty. To duża sztuka umieć tak maskować wewnętrzne poruszenia, a tej sztuki uczy trudne życie. Mama opanowała tę sztukę nakładania maski znakomicie, robiła to perfekcyjnie, ale w pewnych sytuacjach zdejmowała maskę&#8230;&nbsp;&nbsp;</p>



<p>Pewnego dnia, kiedy już żydowskie dziewczyny zbierały się do powrotu, jedna z nich – chyba Zoja – schowała do kieszeni dwa pomidory, dwie cebule, kilka marchewek. Z okna pałacu zobaczył to rządca, Gozdek, który w imieniu niemieckiego inspektora&nbsp; doglądał gospodarstwa. Wyszedł na ganek, przywołał dziewczynę do siebie, kazał jej wyłożyć te skarby na stół, a następnie zszedł powoli po drewnianych schodach i trzymaną w ręku szpicrutą uderzył Zoję w twarz. Zapłakaną odesłał do kolumny gotowej do wymarszu. Zapowiedział także głośno, aby wszyscy słyszeli, że kraść nie wolno, a im (czyli dziewczętom z getta) tym bardziej i jeśli się to powtórzy, zastosuje ostrzejszą karę. Nie zyskał sobie tym zachowaniem sympatii ludzkiej, nie było nikogo, kto by się roześmiał lub jakoś inaczej wyraził poparcie.</p>



<p>Nie wiadomo skąd dowiedział się o tym inspektor. Może od kowala Stępińskiego, który pochodził z poznańskiego i znał język niemiecki; może od karbowego Kellera, a może jeszcze od kogoś innego – to nie najważniejsze. Ważne było jego zachowanie. Przywołał karbowego Kellera i zapowiedział, że jeśli mogą coś przenieść do getta, mogą brać wszystko, a rządcy zapowiedział, że odda go pod byle pozorem w ręce gestapo, gdyby chciał z tego zrobić jakiś użytek. Nie upłynął tydzień od tego incydentu, a do dworu przyjechało dwóch nieznajomych panów, poszli do rządcy, zamknęli się z nim w pokoju i wymierzyli karę trzydziestu kijów; zapowiedzieli też, że następnym razem zastrzelą go. Od tego czasu nie widziałem rządcy we dworze. Inspektora, choć Niemiec, nigdy nie spotkały podobne przykrości.</p>



<p>Mijał czas, a dziewczyny przyprowadzano każdego dnia. Zaprzyjaźniłem się z nimi. Hanach miał 17 a Zoja 19 lat, miały obie rodzeństwo w getcie. Zabierały – jak się dało – do kieszeni kawałek chleba, pomidora, ogórek, cebulę, dla bliskich. A w mieście likwidowano getto. Codziennie widać było kolumny prowadzone na dworzec, gdzie stały wagony, do których wpychano tych biedaków. Zdarzały się każdego dnia dramatyczne sceny, o których opowiadano w domu, że ktoś nie chciał wejść do środka krowiaka wysypanego wapnem, jakby przeczuwając finał, więc do takich strzelano na miejscu; dzieci płaczące uciszano skutecznie rozbijając im główki o kamienie trotuaru.</p>



<p>Hana i Zoja ostatni raz były w pracy około połowy sierpnia getto przestało istnieć 24 sierpnia 1942). Czekając na nie stawałem na wzgórku koło dworskiej kuźni, ale widziałem tylko wagony na bocznicy i doprowadzanych kolumnami ludzi. Czasem dochodziły krzyki, szczekania psów i pojedyncze strzały z pistoletu oraz serie z broni automatycznej. To oczekiwanie było we mnie tak silne, że pewnego dnia – była to sobota, dobrze pamiętam – poszedłem przez dworskie łąki, koło „Społem” do ulicy Młynarskiej, a potem szedłem ulicą równoległą do torów, aż dotarłem do miejsca, gdzie stały wagony towarowe, z małymi okienkami zaplecionymi drutem kolczastym. Bici pejczami, popychani kolbami karabinów, szczuci psami, które targały odzież, rozrywały także ciało, wchodzili do tych wagonów ludzie tak wynędzniali, zarośnięci, że trudno byłoby rozpoznać nawet znajomych&#8230; A stojący z bronią gotową do strzały Niemcy krzyczeli: „sznele, sznele. Raus, raus,&#8230;”. Zapełniony wagon zamykano, plombowano&#8230; Nie zobaczyłem moich żydowskich dziewcząt, wracałem więc tą samą drogą, nie widząc nic dokoła. Kiedy wróciłem na miejsce koło kuźni było już późne popołudnie. Tato, który przyszedł już na nocną służbę, zapytał, gdzie byłem. Powiedziałem prawdę. Pobladł i cicho wyszeptał: „przecież mogli cię zabić”.</p>



<p><strong><em><a href="https://echodnia.eu/swietokrzyskie/profesor-poznal-hanke-z-okladki/ar/8310222" target="_blank" rel="noreferrer noopener">Stanisław Żak</a></em></strong></p>



<p><em>Opowiadanie pochodzi z tomu &#8222;Wojna i inne zdarzenia&#8221; (Kielce 2013)</em></p>



<figure class="wp-block-embed is-type-video is-provider-youtube wp-block-embed-youtube wp-embed-aspect-16-9 wp-has-aspect-ratio"><div class="wp-block-embed__wrapper">
<iframe loading="lazy" class="youtube-player" width="800" height="450" src="https://www.youtube.com/embed/1f-whBs8VLA?version=3&#038;rel=1&#038;showsearch=0&#038;showinfo=1&#038;iv_load_policy=1&#038;fs=1&#038;hl=pl-PL&#038;autohide=2&#038;wmode=transparent" allowfullscreen="true" style="border:0;" sandbox="allow-scripts allow-same-origin allow-popups allow-presentation allow-popups-to-escape-sandbox"></iframe>
</div><figcaption>Rozmowa z Profesorem Stanisławem Żakiem &#8211; 28.12.2021</figcaption></figure>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/hana-i-zoja/">Hana i Zoja</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">1437</post-id>	</item>
		<item>
		<title>Maniek</title>
		<link>https://notabene.world/nb/maniek/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Stanisław Żak]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 01 Feb 2022 21:19:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura]]></category>
		<category><![CDATA[Nasz Świat]]></category>
		<category><![CDATA[STANISŁAW ŻAK]]></category>
		<category><![CDATA[#historia]]></category>
		<category><![CDATA[#literatura]]></category>
		<category><![CDATA[#opowiadanie]]></category>
		<category><![CDATA[#stanislawzak]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://notabene.world/nb/?p=2189</guid>

					<description><![CDATA[<p>Do tej niedzieli ślubu Maryśki i Janka wszyscy niemal podejrzewali, że ktoś donosi Niemcom, co dzieje się we wsi, kto z kim się kłóci, kto zabił świnię, albo cielę, bo zaraz podjeżdżali żandarmi i zabierali mięso, a nawet zdarzyło się, że przyjechali w dwa dni po zabiciu i zabrali wszystkie wyroby: kiełbasy, kiszki, salcesony, szynki. Prawie zawsze zabierali gospodarza i dobrze jak wracał po paru godzinach obity, posiniaczony, a zdarzyło się też, że nie wrócił ani tego dnia, ani następnego, a po miesiącu przyszła kartka, że przebywa na robotach przymusowych. Wszyscy więc podejrzewali, gadali o tym, szukali, kto by to był, ale na tym się kończyło.</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/maniek/">Maniek</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p>Do tej niedzieli ślubu Maryśki i Janka wszyscy niemal podejrzewali, że ktoś donosi Niemcom, co dzieje się we wsi, kto z kim się kłóci, kto zabił świnię, albo cielę, bo zaraz podjeżdżali żandarmi i zabierali mięso, a nawet zdarzyło się, że przyjechali w dwa dni po zabiciu i zabrali wszystkie wyroby: kiełbasy, kiszki, salcesony, szynki. Prawie zawsze zabierali gospodarza i dobrze jak wracał po paru godzinach obity, posiniaczony, a zdarzyło się też, że nie wrócił ani tego dnia, ani następnego, a po miesiącu przyszła kartka, że przebywa na robotach przymusowych. Wszyscy więc podejrzewali, gadali o tym, szukali, kto by to był, ale na tym się kończyło.</p>



<p>Teraz, po weselu, wszyscy mówili, że uratował sytuację Major, że gdyby nie on, to zgarnęliby&nbsp; całe wesele i wywieźli do Niemiec na roboty albo do obozu. Kilku zacnych gospodarzy wybrało się do księdza, zasięgnąć języka, gdzie był, czy go przesłuchiwali, czy może podejrzewa kogoś o donosy. Ksiądz powiedział tylko, że nie wieźli go do miasta na żandarmerię, więc nie było żadnego przesłuchania. Podwieźli mnie – opowiadał – w pobliże kościoła i kazali wracać do domu, a potem przyjechał Major i powiedział, że muszę z nim pojechać, aby uspokoić ludzi, bo grożą mu, że ich oszukał, więc siadłem z nim na motor i pojechałem. Uczciwy ten Major – ksiądz mówił przyciszonym głosem, jakby sam do siebie – a do&nbsp; chłopów powiedział, żeby chronić tego Niemca, aby mu się co złego nie stało, bo przecież wiecie, że wariatów nigdzie i nigdy nie brakuje.</p>



<p>Natomiast co do podejrzeń, kto może donosić, ksiądz nie chciał się wypowiadać, zgodził się jednak, że na pewno jest taki i że o weselu poinformował Niemców, że uczestniczą w tym »jędrusie«, ale kto to może być, nie ma zielonego pojęcia. Chłopom wystarczyło, że proboszcz utwierdził ich w przekonaniu, że jest szpicel, który donosi, a kto to jest, to już sobie sami poradzą, bo mają swoje sposoby.</p>



<p>Wieczorem zebrali się u sołtysa, aby uradzić, jak rozwiązać tajemnicę. Gospodarz wyciągnął flaszkę samogonu, produkcji miejscowej, postawił też kubki, grube porcelitowe, w których zwykle pili mleko i coś na przekąskę. Wypili, aby ruszyć z miejsca. Ruszył Franek. Opowiedział, co ksiądz mówił. Wszyscy przytaknęli, że Major uratował ich i wieś, że Niemiec a porządny, że Maryśka nie chciała z nim, to mógł się zemścić, a on jednak…&nbsp; Ale co z tym szpiclem?</p>



<p>Edek zaczął, że ma takie podejrzenie, bo zauważył, że gdy się dzieje coś ważnego we wsi to zawsze zjawia się Maniek, a kilka razy widział go przyczajonego w ogródku pod oknem, a jak siedzieli kiedyś u Kęckiego w stodole, to stał w krzaku dzikiego bzu przy wrotach… Słuchali tego opowiadania Edka w skupieniu, bo pewnie nie bardzo wierzyli w to, co mówił… Przecie wszyscy znali Mańka, cichy, grzeczny, nie wadził nikomu, ministrant… i takie rzeczy? nie do wiary! Jeden nawet zapytał, czy Edek wie, co mówi, czy nie ma czasem jakiej złości do Mańka, bo przecie gdyby to była prawda, to trzeba by Mańka zlikwidować… i radził rzecz sprawdzić, bo nie wierzy, aby to była prawda…</p>



<p>Edek przestał opowiadać. Zdecydowanie zaprzeczył, aby miał do Mańka jakąś złość, że gdyby nie widział, to też by nie wierzył! Jeszcze kilku mówiło, ale ton był wspólny »niedowiary«. Na chwilę zapadła cisza, słychać było sapanie, któryś głośno kichnął i to kichnięcie wyrwało ich z zadumy, a sołtys polał samogonu… Józek, szanowany gospodarz, jeden z trzech, którzy chodzili do księdza, podniósł się, bo musiał wyjść za potrzebą, ale zapowiedział, że zaraz wróci. Nie było po nim widać, że pił, wyszedł energicznie z izby, zszedł po drewnianych schodkach i stanąwszy przy płocie sikał długo, a kiedy skończył powiedział z zadowoleniem, ulżyło mi.</p>



<p>Już wszedł na pierwsze stopnie drewnianych schodów, gdy zauważył, że wysokie malwy pod oknem jakoś dziwnie się poruszyły, choć nie było wiatru, więc zatrzymał się, popatrzył w tamtym kierunku i zobaczył jakiś niewyraźny cień przyklejony do podmurówki, wtedy zawołał chłopy chodźta no tu, cofnął się ze stopni, zrobił dwa kroki w kierunku malw i cienia i zapytał: kto tu jest?” Cień ani drgnął, więc wrzasnął: „kto tu jest! Wyłaź!”. Tamci wybiegli z chałupy rozgorączkowani i jeden przez drugiego: co się dziej, kto, gdzie… Wtedy Józef, czując wsparcie kolegów, zanurzył się w dorodne malwy i po chwili wypchnął w smugę światła padającego z okna człowieka… Rany Boskie, Maniek, a co ty tu robisz? – zapytał sołtys. Nic, tylko chciałem uciąć kilka malw i zgubiłem kozik, ale nie tu, gdzieś po drodze… Dopiero tu zobaczyłem, że go nie mam w kieszeni. Edek stał sparaliżowany, nawet w mdłym świetle sączącym się przez okno widać było, że jest blady, a sam w pewnej chwili poczuł drżenie nóg i gdzieś w środku jakby się coś gotowało. Nie mówił nic. Ręce w kieszeniach spodni same zacisnęły się w pięści… To nie była złość, chciał tylko cos zatrzymać, żeby nie uciekło…</p>



<p>Maniek, masz nas za głupków – nieco poirytowany powiedział Józef. Chodź do chałupy, co tu stać, ciemno, w środku widno, dużo można zobaczyć, nawet bez słów… E, nie pójdę, bo spieszy mi się… a dokąd ci się tak spieszy – zapytał Józef. Chodź, chodź, a po malwy przyjdziesz jutro, za dnia, to sobie wytniesz ładne, najładniejsze i po drodze może znajdziesz kozik… Otoczyli Mańka i musiał iść, ale widać było mu bardzo ciężko, bo już na pierwszym stopniu potknął się i wtedy z kieszeni marynarki wyśliznął się pistolet, chciał go podnieść, ale idący tuż przy nim Józef był szybszy… Maniek, chyba poczuł, że pętla zaciska się, zaczął szlochać i prosić, aby go puścili, przecież nic złego nie zrobił, to czego chcą od niego, przecie go znają, zawołajcie matkę, poświadczy, że nic złego nie zrobiłem… Jego słowa wpadły w pustkę, nikt się nie odezwał, instynktownie mocniej zwarli krąg i wprowadzili Mańka do środka… Był blady jak ściana, oczy mu błyszczały od łez… Sołtys podszedł do stołu, przy którym dopiero co siedzieli i zastanawiali się jak znaleźć tego, co donosi Niemcom, a on sam wpadł im w ręce… Sołtys wziął ze stołu szklankę i nalał do niej samogonu, do połowy… Pij, Maniek, poczujesz się lepiej… i podał mu szklankę, ale Maniek wybełkotał, że przecież wiedzą, że nie pije, ale raz możesz, a dzisiaj jest wyjątkowy dzień to możesz zrobić wyjątek – tłumaczył spokojnie sołtys.</p>



<p>Edek siadł za stołem na ławie, oparty o ścianę, zamknął oczy i był chyba w innym świecie, bo policzki się zarumieniły, cała twarz odtajała, zmiękła, tylko ręce oparł na stole, splótł palce jak do pacierza i mocno zaciskał, bo stały się prawie białe. Wyłączył się z tego świata intrygi, zakłamania, zbrodni i próbował odtworzyć swoje myślenie, przeczucia… Czy sam wierzył, że Maniek może być donosicielem? przecież znał go jeszcze z przedszkola na Karczówce, tyle razy bawili się wspólnie, potem chodzili do szkoły, często wracali razem z kościoła do domu… kiedy pękło zaufanie, zaczęły się koszmarne domysły i podejrzenia? Kiedy? Chyba wtedy, gdy go zobaczył w tym krzaku dzikiego bzu… a potem już wszystko było podejrzane, wszystko…W pewnym czasie Maniek stronił od zabawy, od kolegów, stawał się samotnikiem, trudno było zastać go w domu, nawet do kościoła chodził rzadko… Ksiądz pytał, co się z Mańkiem dzieje… Ale nikt nic nie wiedział, więc pozostawiono Mańka samemu sobie, bo jak kto nie chce się spotykać, to trudno go zmuszać…</p>



<p>Z tej zadumy wyrwał Edka sołtys, który podszedł do stołu&nbsp; z jakimś papierem, popatrz Edek, tu jest twoje nazwisko. Edek szybko oprzytomniał, co to jest i skąd to masz? – zapytał. A mioł w Kieszeni kapoty, patrzoj, jest tu spisano cało wieś, wszystkie… są Jedynoki, Perloki, Boszczyki, Nogaje, Rębosze, Kudły, Kwiatkowskie, Sieradzany, no wszystkie… no i ty tu jesteś!</p>



<p>Konsternacja, zaskoczenie, swoisty paraliż psychiczny. Chcieli koniecznie dowiedzieć się, po co ta lista, ale Maniek milczał, twarz mu się ściągnęła, skamieniała, usta zacięte, nie patrzył na nich. Po co ci ta lista, kogo miałeś wskazać pierwszego do wywózki, ile dostajesz za łebka, gdzie masz spotkania… wykrzykiwali te pytania jeden przed drugim… Nie odpowiadał. Może tych pytań było za wiele, a może w ogóle do niego nie docierały? Kiedy na chwilę zapanowała ciężka cisza, Maniek otworzył oczy: chcę się spotkać z księdzem, przywieźcie księdza – znów zapadł w siebie, a oni szybko naradzali się, co dalej robić. Wreszcie Józef zdecydował, że pojedzie po księdza, tylko musi przygotować wóz, bo przecie nie będzie wiózł Proboszcza w gnojnicach… Józef wyszedł, a oni siedli przy stole i czekali. Mańkowi też kazali usiąść…</p>



<p>Do kościoła nie było daleko, Józef sprawił się szybko, ale kiedy podjechał pod plebanię u księdza ciemno. Zapukał delikatnie – cisza; drugi raz – cisza; wreszcie załomotał mocno, wtedy w jednym oknie zapaliło się światło. Po chwili cicho padło pytanie: kto? Swój, to ja, Józef, w pilnej sprawie do księdza Proboszcza. Do chorego? – zapytał duchowny i nie czekając na odpowiedź otworzył drzwi. Józef chyba miał nietęgą minę, bo ksiądz przestraszył się, nerwowo zapytał, co się stało…</p>



<p>Proszę księdza, niech się ksiądz ogarnie i jedzie ze mną, wóz stoi gotowy, a po drodze opowiem wszystko. Rzeczywiście ksiądz włożył sutannę na piżamę, narzucił na ramiona obszerną pelerynę i wyszli. Świecił księżyc, była pełnia. Siedzieli obok siebie, jechali w ciszy. Ksiądz trawiony ciekawością poprosił Józefa o wyjaśnienie tego wszystkiego. Jeszcze chwilę było cicho. W tę ciszę padły pierwsze słowa Józefa: złapaliśmy szpicla. Jest nim Maniek… On prosił, aby księdza przywieźć. Proboszcz zareagował: Matko Boska Przenajświętsza, Maniek? To niemożliwe, to jakieś nieporozumienie, co wy mówicie, Józefie… Józef opowiedział jak wrócili od księdza, zeszli się u sołtysa i radzili, co dalej robić… Wyszedłem za potrzebą i zobaczyłem Mańka ukrytego pod oknem w malwach. Kiedy prowadziliśmy go do chałupy, potknął się i wtedy z kieszeni wypadł mu rewolwer, a w domu znaleźliśmy przy nim listę całej wsi… Słuchając tej opowieści ksiądz powtarzał: Matko Przenajświętsza, Jezu… to nie może być prawda, Maniek, Maniek… to nieprawda…</p>



<p>Dojechali, weszli do izby, ksiądz pochwalił Pana Boga, oni wstali na to powitanie… Maniek też stanął i powoli podszedł do księdza: chcę się wyspowiadać – powiedział. Wszyscy popatrzyli na siebie, Proboszcz dał znak, żeby ich zostawiono, więc wyszli na ganek. Dość długo trwała rozmowa Mańka z księdzem, wreszcie drzwi się otworzyły, więc wrócili do izby. Maniek siedział spokojny, głowę opuścił, ręce oparł na kolanach. W izbie było duszno, ktoś podszedł i uchylił drzwi, aby wpadło trochę świeżego powietrza i wrócił na miejsce przy stole. Maniek był nieruchomy, ale nagle poderwał się i zwinnie pobiegł w otwarte drzwi. Zanim się pozbierali, wyszli z za stołu, wybiegli za nim, kamień w wodę, przepadł. Szukali go w obejściu, w stajni, w stodole, w oborze, w chlewie… przepadł; szukali w pobliskich zaroślach – pustka; wyszli na drogę, w księżycowej poświacie nawet cienia niebyło… Edek był gotów strzelać, gdyby się pojawił, więc trzymał rewolwer w pogotowiu do strzału… Było już dobrze po północy, kiedy Józef odwoził księdza do domu.</p>



<p>Trzy dni wieś żyła w najwyższym napięciu spodziewając się najazdu Niemców i egzekucji masowej. Po trzech dniach napięcie opadło. Znaleziono Mańka. Powiesił się w lesie, w bardzo gęstym młodniaku, powiesił się na pasku od spodni. &nbsp;</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/maniek/">Maniek</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">2189</post-id>	</item>
		<item>
		<title>Wesele</title>
		<link>https://notabene.world/nb/wesele/</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Stanisław Żak]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 01 Feb 2022 18:04:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura]]></category>
		<category><![CDATA[Nasz Świat]]></category>
		<category><![CDATA[STANISŁAW ŻAK]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://notabene.world/nb/?p=2083</guid>

					<description><![CDATA[<p>To był rok 1943. Lato w pełni, w ogrodach drzewa obsypane owocami, spokojne, ciche i dumne chyba z przydatności, stały nieporuszone w palącym słońcu. Ta niedziela na wsi  podobna była do innych, które już przeminęły i do tych, które miały nadejść.</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/wesele/">Wesele</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[
<p class="has-drop-cap">To był rok 1943. Lato w pełni, w ogrodach drzewa obsypane owocami, spokojne, ciche i dumne chyba z przydatności, stały nieporuszone w palącym słońcu. Ta niedziela na wsi&nbsp; podobna była do innych, które już przeminęły i do tych, które miały nadejść. Ludzie rano poszli do stojącego na wzgórzu kościoła wysłuchać mszy; proboszcz, od wielu lat sprawujący tę funkcję, był człowiekiem otwartym, znał wszystkich swoich parafian z imienia i nazwiska, po nabożeństwie wychodził przed kościół, rozmawiał z ludźmi, pytał o wydarzenia. Ludzie lubili go, szanowali, liczyli się z jego zdaniem. W tę właśnie niedzielę powiedział krótkie, ale nader treściwe kazanie, o zagrożeniach, wynikających z historii oraz o konieczności kierowania się sumieniem i o obowiązkach wobec bliźniego: «jedni drugich brzemiona noście». Na koniec mszy pobłogosławił i odesłał zgromadzonych do domu: <em>Ite</em> <em>missa</em> <em>est</em>. Siedzący przy organach na chórze pan Franciszek, organista wytrawny, przybyły z poznańskiego po akcji wysiedleńczej, często grał arcydzieła muzyki klasycznej. Teraz włączył tremolo i pianissimo organy skarżyły się, łkały, gdy ludzie wychodzili z kościoła. Ścieżkami polnymi, przez las schodzili w dół do wsi Czarnów, Malików, do Cegielni, na Biesak.</p>



<p>Ludzie mówili między sobą, że w Czarnowie i na Malikowie, w każdym domu był arsenał i gdyby tylko z papierosa spadła iskra, wszystko poszłoby w powietrze. Nie było chyba we wsi człowieka, który by nie należał do konspiracji lub nie&nbsp; współpracował z „jędrusiami” czyli partyzantami, których legenda rosła z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Mówiono też, że zdarzało się niektórym owym „jędrusiom” działać na własną rękę, a to zabrali komuś pieniądze, a to przywłaszczyli sobie cudze mienie, ale także opowiadano, że napadali na przejeżdżające pociągi towarowe i zabierali żywność, odzież, różne sprzęty, a potem sprzedawali we wsi na wódkę, i za wódkę. Tak opowiadano, a ile w tym było prawdy, trudno dziś dociec. A może lepiej nie dociekać?</p>



<p>Jedna tylko plotka o nich potwierdzała się, że mieli dużo różnego rodzaju broni: pistolety krótkie i długie, „tomsony” i „empiki”, granaty i amunicję&#8230; Wieś siedziała na arsenale, na cykającej bombie, która w każdej chwili mogła detonować, odsyłając ludzi na łono Abrahama. Jednak przy zachowaniu ostrożności nic złego jeszcze się nie wydarzyło,&nbsp; nie doszło do katastrofy. Niemcy pojawiali się we wsi rzadko, jakby czuli ukryte niebezpieczeństwo. Trudno dziś uwierzyć, że tyle broni było w rękach podbitego narodu, który nie poddał się presji gróźb i ostrzeżeń głoszonych przez okupanta, nawet wyroki śmierci i egzekucje, wykonywane publicznie i masowo, nie odstraszały.</p>



<p>Ciągle dochodziły wieści, że zastrzelono Niemca, rozbrojono wartowników na stacji kolejowej, wymierzono karę chłosty szpiclowi, ogolono głowę dziewczynie zadającej się z&nbsp; Niemcami. Nie ulegało wątpliwości, że ktoś ze wsi kolaborował, donosił, sypał, bo pojawiali się od czasu do czasu żandarmi, wpadali do któregoś domu, wyprowadzali mężczyzn i zabierali do miasta. Potem przychodziła wiadomość z obozu, albo zawiadomienie, że w czasie ucieczki został ten i ów zastrzelony. Nie było jeszcze najazdu na całą wieś. Od czasu zakwaterowania w domach żołnierzy „wermachtu”, żandarmi nie zjawiali się.</p>



<p>Podejrzenia padały na różnych, ale dowodów nie było… Czasem odnosiło się wrażenie, że to Niemcy bali się Polaków, rzadko pojawiali się pojedynczo, nie chodzili do lasu. Tylko obława, jeśli się zdarzyła, docierała do każdego kąta. Ciągle pilnie obserwowano tych, na których były podejrzenia, ale nic się nie zmieniało we wsi. Stacjonujący Niemcy wrośli w środowisko, nawet zaprzyjaźnili się ze swoim gospodarzami, nie dręczyli, nie wymagali nadzwyczajności; nierzadko przynosili jakiś prowiant, a potem siadali razem z domownikami do stołu i spożywali wspólnie posiłek.</p>



<p>Otóż jeden z tych właśnie okupacyjnych herosów, znany wszystkim z zawadiactwa i nieograniczonej odwagi, dlatego nosił pseudonim „Kmicic” albo „Ordon”, postanowił ożenić się z dziewczyną dużej urody, atrakcyjną, która go nie chciała, a ten, którego ona chciała, to znów jej nie chciał. Baby, które zawsze wszystko wiedzą – i wiedzą najlepiej &#8211; szeptały między sobą, że Maryśka, której niejeden już próbował, wychodzi za Jasia Perlaka, aby zrobić na złość temu drugiemu, który jej nie chciał. Zresztą nie miała ona najlepszej opinii we wsi, ale to chyba z zazdrości, starsze od niej, wiejskie kumochy, nie dorównujące jej urodą, opowiadały, że często spała w kopce siana, bo w nocy przychodzili do niej chłopcy i mogła się gzić, ile tylko chciała. Maryśka niewiele sobie robiła z tego babskiego gadania, chodziła godnie, patrzyła ludziom w oczy, śmiała się z byle czego, beztroska, jakby nieświadoma zagrożenia. Zawsze wystrojona barwnie, w sznury korali na białej łabędziej szyi, nosiła modne wtedy kolorowe apaszki; a zimą nosiła zgrabny kożuszek, mufkę zamiast rękawiczek, z miękkiej skóry buty z cholewami, bardzo modne, zwane oficerkami. &nbsp;</p>



<p>Perlak Jasiu, odważny i przystojny „jędruś”, który sam rozbroił posterunek kolejowy, zabrał broń, a „banszuców” rozebrał do gaci, związał, zakneblował – było ich trzech – wsadził do przejeżdżającego pociągu i pojechali w nieznane. Tylko dzięki temu, że jeden z nich jakoś wypluł szmaciany knebel, zaczął wzywać ratunku, na jednej z kolejnych stacji, pięćdziesiąt kilometrów dalej, przyszli podobni „banszuce” i rozwiązali wszystkich, ubrali i odstawili na miejsce. Ten właśnie Perlak Jasiu, którego nie chciała Maryśka – jak mówiły baby – postanowił ożenić się właśnie z nią.</p>



<p>Rzeczywiście raziła nadmierną urodą. Miała złociste, podobne do pszennej słomy, włosy, zaplecione w gruby warkocz, twarz gładziutką, rumianą – jak mówiły wiejskie plotkarki – krew z mlekiem, oczy niebieskie w ciemnej oprawie, figurka zgrabna przyciągała oczy bab i chłopów, starych i młodych, bez wyjątku. Zdarzyło się nawet, że wpadła w oko jakiemuś niemieckiemu oficerowi, który stał na kwaterze u sąsiada, robił wyraźne podchody, przynosił wyszukane na ten czas: perfumy francuskie, pachnące mydełka, jakieś szmatki, które dla Polaków ani na co dzień, ani od święta były nieosiągalne. Nie skusił jej,&nbsp; odrzuciła szwaba. Przez ten gest Maryśka zyskała takie poważanie we wsi, że nawet największe złośnice zaprzestały o niej mówić, bo źle mówić nie wypadało, a dobrze nie chciały.</p>



<p>Teraz już nie dziwili się, że nie chciała Jaśka, skoro miała odwagę przegonić Niemca. Co światlejsze dewotki, które ukończyły trzy klasy szkoły powszechnej i uchodziły za światłe, zaczęły o niej mówić: „Wanda, co nie chciała Niemca”. Gadali też i zastanawiali się nad tym, jak i czym ostatecznie Jasiek przekonał do siebie Maryśkę, ale nic pewnego nie było wiadomo, więc tylko rosły plotki i domysły, że dał jakiś bogaty prezent, że jej zagroził, że rodzice zmusili córkę i takie tam jeszcze&#8230; Jak było, tak było, panna się zgodziła, poszli do proboszcza, dali na zapowiedzi i po trzech niedzielach wypadł termin ślubu.</p>



<p>Był zwyczaj zawierania związku małżeńskiego w czasie sumy, czyli uroczystej mszy, celebrowanej w południe. Maryśka i Jasiu w tę właśnie pogodną niedzielę przyjechali do kościoła piękną bryczką, zaprzężoną w parę dorodnych siwków, ustrojonych we wstążki, kokardy, gałązki i kwiatki; chomąta, nabijane złotymi ćwiekami, blaszkami, lśniły w słońcu, aż raziło w oczy. Powożący stangret, Witek, ubrany odświętnie, też przystojny, mógł nawet zastąpić pana młodego, ale siedział na koźle trzymając w jednej ręce bat, strojny w kolorowe pompony, w drugiej lejce. Widać było po minie, że czuje się pewnie, że takie powożenie nie stanowi dla niego tajemnicy. Teraz podjechał pod samą bramę kościoła, najpierw Jasio zgrabnie zeskoczył na ziemię, a następnie podał Maryśce rękę, a ona, postawiwszy jedną nogę na stopniu, zeskoczyła na ziemię.</p>



<p>Kiedy młodzi wchodzili do kościoła, wiodąc za sobą korowód druhen i drużbów, organy grały smętnie, lirycznie tak, że odnosiło się wrażenie wielkiego żalu, albo nawet łkania, a kiedy już weszli do nawy głównej organista nacisnął fortissimo, a umiał grać od serca i do serca, znał wiele klasycznych utworów, Bacha, Bethovena, Mozarta, Händla. Przybył tu z poznańskiego, gdzie jeszcze przed wojną dyrygował dużą orkiestrą, więc w tym kościele, mając do dyspozycji niezłe organy, dawał czasem prawdziwe koncerty, że &nbsp;ludzie niechętnie wychodzili z kościoła. Mówiono też, że organista przyjmuje jakichś nieznajomych, co to nie wiadomo skąd i po co tu się zjawiali. Proboszcz chyba coś wiedział, bo często wieczorami organista przesiadywał na plebanii, a niektórych z tych gości także podejmował u siebie. Nawet przebąkiwali ludzie, że to są skoczki z Anglii, ale znów szła fama, której nikt nie sprawdzał.</p>



<p>Ksiądz, okryty kapą w złote hafty, już czekał na nich przy ołtarzu. Orszak weselny posuwał się przez środek kościoła, wyłożony na tę okoliczność czerwonym dywanem, powoli, dostojnie, z wielką powagą. Przed ołtarzem przygotowane były dwa klęczniki, nakryte także czerwonym aksamitem, a pod kolana nowożeńców kościelny podłożył atłasowe poduszki. Oni podeszli majestatycznie do samego ołtarza, zatrzymali się. Starszy drużba, który do tej pory prowadził pannę młodą, piękną, a teraz jej urodę wzmacniały jeszcze przenikające przez wielobarwne witraże promienie południowego słońca, lśniły na misternie ufryzowanych włosach, przykrytych białym wiankiem… Baby, które dużo wiedziały, czasem nawet więcej niż trzeba, patrząc na białą suknię, mocno podkreślającą kształtność figury panny młodej, na biały wianek, &nbsp;pomrukiwały zgorszone: powinna mieć sierp na głowie, nie wianek. Przecie ona już zapomniała, że miała wianek. Ale która to dziś dba o zachowanie wianka do ślubu. Każdej się ckni do chłopa „choć o jednym oku, byle tego roku”;&nbsp; wszyscy jednak wiedzieli, że oko niewiele tu znaczy, a czasem nawet lepiej nie widzieć&#8230; Na szczęście Jasiu był urodziwy i panny wpatrywały się w niego, zazdroszcząc Maryśce&#8230;</p>



<p>Teraz właśnie starszy drużba puścił ramię Maryśki, cofnął się, a jego miejsce zajął Jasiek, pan młody, strojny w elegancki, ze smakiem uszyty garnitur, wykrochmaloną biała koszulę, w kieszonce miał zatknięty kwiatek, na dłoniach białe rękawiczki. Dziewczynom oczy wychodziły z orbit i widać było, że każda chętnie zastąpiłaby Maryśkę przy jego boku. Te same baby szeptały: „wystroił się jak dziedzic&#8230; mało to nakrod na kolei, we dworze&#8230;” Te same dewotki, bezlitośnie obmawiając młodych, trzymały w rękach różańce i przesuwały palcami paciorki, a bezzębnymi ustami sepleniły zdrowaśki…</p>



<p>Ceremonia zaślubin odbyła się szybko, na pytania księdza oboje odpowiadali bez zająknienia, że chcą się pobrać, że mają dobrą wolę, że przyrzekają sobie miłość aż do śmierci, i że mają zamiar mieć i wychować dzieci po Bożemu; ksiądz włożył im na palce obrączki, podali sobie ręce, celebrans związał je symbolicznie stułą, pobłogosławił wypowiadając formułę: „małżeństwo, któreście między sobą zawarli ja powagą Kościoła katolickiego potwierdzam i błogosławię w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego” – wszyscy przeżegnali się, młodzi także i odeszli sprzed ołtarza do klęczników, a organista w tym czasie grał&nbsp; hymn do Ducha Świętego: <em>Veni</em> <em>Creator</em>&#8230;<em>. </em>Ale jak zagrał! Wydawało się, że Duch Święty nie ma wyjścia i przybędzie wzywany tak natarczywie i pięknie; celebrans &#8211; przy pomocy kościelnego – zdjął ciężką złotą kapę, włożył ornat, haftowany w złote i czerwone róże, zielone listki i brązowe kolce, a po bokach takież kiście gron winnych, zdobne w zielone liście, pośrodku, na plecach ornatu, był pas od szyi do samego dołu, przecięty podobnym na wysokości ramion, w ten sposób powstał krzyż. W złączeniu pionowego i poziomego pasa było koło, a w środku złote litery: „IHS”, wyhaftowane w misterne zawijasy, przypominające pismo gotyckie.</p>



<p>Rozpoczęła się suma. Organista grał, ksiądz u stopni ołtarza rozpoczął ministranturę: <em>introibo</em> <em>ad</em> <em>altare</em> <em>Dei</em>&#8230; Ministranci wyrecytowali odpowiedź: &#8230; <em>qui</em> <em>letificat</em> <em>iuventutem</em> <em>meam</em>&#8230; Potem <em>oremus, </em>&nbsp;zaśpiewał niezwykle zawiłą melodię prefacji, a ponieważ miał czysty i mocny głos, wszystkim się to podobało. Po skończeniu mszy świętej ksiądz poszedł z ministrantami do zakrystii, młodzi jeszcze pozostali na klęcznikach, potem przeszli do bocznego ołtarza z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, chwilę klęczeli, a kiedy było już po ślubie z chóru popłynął triumfalny&nbsp; <em>Marsza</em> <em>weselny</em> Mendelssohna. W kruchcie stał tłum gotowy do składania życzeń&#8230; W kolejce stały również te pobożne niewiasty, które tak sromotnie oplotkowały nowożeńców, a teraz dopchały się do nich i życzyły zdrowia, szczęścia, pomyślności, mądrych dzieci, co by urodą dorównywały rodzicom&#8230; To składanie życzeń trwało jakiś czas, a kiedy już odeszli, kierując się ku wyjściu z kościoła, na posadzce walały się ziarna owsa i jakieś monety…</p>



<p>Przed kościołem stały strojne wozy, zaprzężone w dorodne konie, ale na początku tego peletonu stała bryczka, z miękkimi siedzeniami. Jak tylko młodzi wsiedli do bryczki, woźnica fantazyjnie strzelił z bata nad głowami koni, a te ile sił ruszyły z kopyta&#8230; Utworzył się korowód zaprzęgów, wypełnionych weselnikami, grającymi i śpiewającymi różne przyśpiewki. Te dewotki, zaczerwienione z podniecenia, wykrzykiwały. Niejednej pewnie przypomniały się różne miłe chwile z młodości, więc teraz reminiscencje tych przeżyć ukrywały w przyśpiewkach. Zaczęły</p>



<p>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; <em>Oj, policz se Marysiu, a ile dziur na dachu,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Oj, tyle będziesz miała, a pierwszy nocy strachu&#8230;</em></p>



<p>Ale zaraz któraś nie wytrzymała i warknęła, „dlo ni to już żoden strach”, inne ją jednak przygasiły pytając: „a co, byłaś przy tym?” I ryknęły wszystkie śmiechem. Najmłodsza wśród tych starych ciotek, wujenek, stryjenek popatrzyła nostalgicznie na Pannę Młodą i powiedziała: „mówta, co chceta, ale ona jest naprawdę ładno i gdybym była chłopem, to bym się w ni zakochała”. Inne popatrzyły na nią zezem, a jedna nawet stwierdziła, że ładniejsze widziała… „A gdzież to widzieliście ładniejsze” – pytały jedna przez drugą… „Franciszkowo myślą o swoi krowie, nie o dziewczynie” – powiedziała ta najmłodsza. Znowu rozległ się gromki śmiech. Któraś zaśpiewała:</p>



<p>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; <em>Oj staro baba była zęby miała pnioki,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Ale dawała chętnie, lotały chłopoki.</em></p>



<p>Ta najbardziej zgryźliwa, co miała wszystko i wszystkim za złe, jakby się zasępiła, rozejrzała się dokoła. Spostrzegłszy, że to ta najmłodsza, widać nie lubiła tej starej, powiedziała: „to chyba nie do wos, coście się tak zasępili”. A ty se mną zębów nie wycieroj, bo ci się popsują – odwarknęła.&nbsp; Kiedy baby w bryczce tak sobie&nbsp; przygadywały złośliwie, u młodych było wesoło, bo na przyśpiewkę o pierwszej nocy młody zareagował natychmiast. Najpierw w bryczce rozległ się głośny, perlisty śmiech Marysi, ale zaraz przycichł, bo młody żonkoś, słysząc przyśpiewkę, nie wytrzymał i wpił się niespodziewanie dla młodej w jej usta. Rozległy się rzęsiste oklaski weselników, świsnęły baty nad grzbietami końskimi; te zastrzygły uszami, zabrzęczały różne blaszki, dzwoneczki przy uprzęży i konie poszły w galop, z drogi podniósł się kurz&#8230;</p>



<p>Nagle, nie wiadomo skąd, rozległo się krakanie wrony, siedzącej w liściach przydrożnego drzewa. Nikt nie usłyszał tego złowrogiego krakanie, tylko owe dewotki, które popatrzywszy do góry, zobaczyły na drzewie czarne ptaszysko, na chwilę zamilkły, popatrzyły wymownie na siebie, a jedna odezwała się nieswoim głosem: „może być nieszczęście”, lecz pozostałe ofuknęły ją i zaczęły śpiewać:</p>



<p>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; <em>Oj, spodobały mi się, a u Marysi cysie,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Oj, oczka i się śmieją, a całowałaby się&#8230;</em></p>



<p>Znowu z bryczki rozległ się perlisty śmiech i poleciały cięte słowa przyśpiewki:</p>



<p>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; &nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; <em>Oj, stare baby, stare, więc zazdroszczą młody,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Wódki pić nie mogą, a nie chcą pić wody</em>&#8230;</p>



<p>Baby nie zostały dłużne i odpaliły:</p>



<p>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; <em>Marysiu, Marysiu, nie chwol się urodą,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Uroda przeminie, popłynie za wodą&#8230;</em></p>



<p><em>Za wodą popłynie ta twoja uroda,</em></p>



<p><em>Ludziska zapomną, żeś ty była młoda&#8230;</em></p>



<p>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; <em>Pilnuj se Marysi, Jasiu urodziwy,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Bo na taką pannę każdy chłopok chciwy</em></p>



<p><em>Panna nie od tego, aby chłopcom dała,</em></p>



<p><em>Czego nie ubyło, jak dotąd dawała&#8230;</em></p>



<p>Starsza druhna ze swym drużbą jechali razem z młodymi. Usłyszawszy przyśpiewkę odpowiedziała:</p>



<p>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; <em>Kare kunie, kare, jeszcze się karują,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Stare baby, stare, jeszcze się malują&#8230;</em></p>



<p><em>Nic wom nie pomoże szuwaks i bielidło,</em></p>



<p><em>Kto by wos chcioł teroz, kiedy wszystko zbrzydło</em>&#8230;</p>



<p>I tak sobie przyśpiewywały, przekomarzając się złośliwie, dobierając słowa na poczekaniu. Nie zauważyli nawet, że dojeżdżają do domu weselnego, gdzie na obszernym ganku stali rodzice obojga młodych z chlebem i solą oraz butelką wódki. Podjechawszy pod ganek młodzi wysiedli z bryczki, weszli na ganek, przyklękli przed rodzicami, odebrali bochen chleba i sól, a ojciec Maryśki nalewał do szklanek gorzałkę i podawał każdemu do rąk. Goście nie wymawiali się, brali po kolei każdy, tak kobiety jak i mężczyźni; kiedy już wszyscy mieli poczęstunek w ręce, ktoś z gości krzyknął: za pomyślność młodej pary! Unieśli szklanki nad głowy, a potem wypili do dna, niektórzy lekko się skrzywili, wytarli mankietem rękawa usta; tylko baby zbiły się w gromadkę, jak stare kwoki i zaczęły wyśpiewywać na inną już melodię:</p>



<p>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; <em>Lecioł Jaś przez pole, Marysia przez proso,</em></p>



<p><em>Rosa była dużo – uni biegli boso!</em></p>



<p><em>Nogi im przemokły, ubrania sflogali,</em></p>



<p><em>Jak się zoboczyli, to się pokochali&#8230;</em></p>



<p>Ni stąd, ni zowąd rozległ się śpiew męski, wielogłosowy, wszyscy odwrócili głowy i zobaczyli kilku młodych w cieniu starej lipy, w rozpiętych marynarkach, w białych koszulach, ale bez krawatów&#8230; To oni właśnie zaśpiewali:</p>



<p>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; <em>Piękna panna była, czekała na księcia,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; A Nogaje chcieli mieć dobrego zięcia&#8230;</em></p>



<p><em>U Perlaków Jasiu nosił się jak książe,</em></p>



<p><em>Więc se postanowił, że się z Manią zwiąże&#8230;</em></p>



<p>Pan młody, wdzięczny za te pochwalne przyśpiewki kolegów, złapał butelkę i podbiegł do nich, ktoś pospieszył ze szkłem, bo jakże mieli pić, wtedy nie było jeszcze zwyczaju picia „z gwinta”, więc nalał do szklanek, oni go otoczyli, tworząc krąg, wypili i zaśpiewali:</p>



<p><em>Źle ci było Jasiu w kawalerskim stanie,</em></p>



<p><em>Na poprawę losu wybrałeś se Manię,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Kiedy ci się sprzykrzy,i będziesz samotny,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Życie będzie szare, jak każdy dzień słotny&#8230;</em></p>



<p>Wtedy dziewczyny, zgromadzone wokół młodej małżonki Jasia, odśpiewały chichocząc:</p>



<p><em>Śpiwota chłopoki, choć ni mota głosu,</em></p>



<p><em>Zazdrościta pewnie Jasiowego losu&#8230;</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Każdy z was chętnie by ożenił się z Manią,</em></p>



<p><em>&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp;&nbsp; Teraz tylko może okiem wodzić za nią&#8230;</em></p>



<p><em>Chłopoki, chłopoki, cośta wy za zuchy,</em></p>



<p><em>Że wos lekceważą ładniejsze dziewuchy&#8230;</em></p>



<p>Gospodarze zapraszali do izby, bo trudno było tak stać na podwórku, pić na stojąco, a upał wyraźnie doskwierał, zwłaszcza strojnym w garnitury drużbom. Co poniektórzy z weselników stanęli w cieniu rozłożystego dębu, który ponoć miał już kilkaset lat – tak orzekł stary leśniczy, co znał się na drzewach, po koronie umiał określić w przybliżeniu ich wiek – wisiała na nim dość wysoko kapliczka z Matką Boską Częstochowską, a jeszcze wyżej metalowy krzyż. &nbsp;nawet krążyły o tym fantastyczne opowieści. Jedna z nich mówiła, że jak było powstanie 1863 roku, to pod tym dębem rozłożyli się na noc Kozacy, rozpaliwszy duże ognisko piekli jakieś mięso, jedli popijając wódką… Wystawili straże, ale wartownicy też ludzie, co lubią wypić, więc po spożyciu podpieczonego zaledwie mięsa i wychyleniu porcji siwuchy przysiedli za stodołą i posnęli. że wsi ktoś dał znać koczującym w lesie powstańcom. Sprawa była prosta: zabrali im broń, konie, rozebrali z mundurów i… już mieli odejść, ale jeden z wartowników przebudził się, zaczął strzelać… Powstańcy odpowiedzieli także strzałami, kilku Kozaków padło, reszta rozpierzchła się w mroku…Tych zabitych pochowano pod dębem i zawieszono krzyż, który wisi do tej pory…</p>



<p>W tym momencie na podwórko zajechała bryczka z księdzem, który – odprawiwszy nieszpory – wybrał się na wesele, więc młodzi z rodzicami wyszli przywitać gościa, a następnie wprowadzili go do izby, chcieli posadzić za stołem i zachęcić do jedzenia, ale Proboszcz nie miał ochoty na jedzenie, bo był po obiedzie, więc poprosił o herbatę&#8230; Zanim podano mu „z chińskich ziół ciągnione treści” rozejrzał się po obszernej izbie, zatrzymał wzrok na świętych obrazach wiszących na ścianie, a potem zobaczył babcię siedzącą w kąciku i odmawiającą różaniec. Staruszka nie zwracała na nikogo uwagi, nie przejmowała się zgiełkiem weselnym, odgrodzona różańcową modlitwą, jak zasiekiem, od ludzi i świata. Ksiądz jednak podszedł do staruszki, ujął jej rękę i zapytał o zdrowie, ale ona była daleko poza rzeczywistością, liczyła tylko paciorki różańca, poruszając zwiędłymi wargami. Skończywszy dziesiątek podniosła wyblakłe oczy na duchownego i poznawszy dobrodzieja chciała go w rękę pocałować, ale nie pozwolił na to. Teraz dopiero odpowiedziała na jego pytanie o zdrowie, że dobrze się czuje, tylko ciągle wydaje się jej, jakby była daleko, daleko… liczę sobie, ojcze duchowny, dziewięćdziesiąt z okładem, to i ten świat się ode mnie oddalił, a przybliżył tamten… Siedzę sobie w cieple, jeść mi dają, czasem pytają, co mi trzeba… a mnie nic nie trzeba, nic…jeszcze chciałabym do kościoła iść, ale nogi nie chcą, miętkie jak z waty i w głowie się kręci, to siedzę, nie wchodzę nikomu w drogę i czekom, aż mnie Pan Jezus i Matka Jego zaproszą do siebie… no to chodź już Katarzyno do nas, boś się nażyła, napracowała, nacierpiała… chodź do nas, odpocznij sobie na tych niebieskich pastwiskach, wygrzej się w słoneczku złotym wygrzej swoje próchniejące kości… Mówiła to do siebie, tak sobie, nie zauważając obok siebie nikogo, zdradzała swoje myśli, swoje pragnienia… W miarę wypowiadanych słów widać było jak odchodzi powoli w nieznane a obiecywane zaświaty…</p>



<p>Ksiądz słuchał tego niesamowitego monologu staruszki, dla&nbsp; której wszystko było takie proste, takie oczywiste, ona ani przez chwilę nie zwątpiła, pewna swego miejsca w niebie; Pan Jezus i Matka Boska byli dla niej tak realni, jak zwykli ludzie. Różnica była tylko jedna: ludzie mogli wyrządzić krzywdę, a Pan Jezus i Matka jego nie… Ksiądz pozazdrościł jej tej ufności, prostoty wiary, wiary bez komplikacji, bez zbędnych pytań, bez spekulacji…</p>



<p>Z tych rozważań wytrącił księdza jakiś rwetes, bieganie, warkot motoru. Puścił rękę kobiety, spojrzał przez okna i zobaczył samochód wypełniony żandarmami. Wyskakiwali spod budy z karabinami gotowymi do strzału. Za chwilę kilku z nich i jeden cywil, wpadło z impetem do mieszkania, w którym już nie było prawie nikogo, zwłaszcza młodzieży męskiej, gdzieś przepadli, skryli się, bo w domu weselnym w podłodze było zamaskowane wejście do piwnicy. Na podłodze leżał dywan, a na nim stał obszerny stół, zastawiony jedzeniem. Niemcy natychmiast wszystkim kazali podejść do ściany, podnieść do góry ręce, sami zaś rozpoczęli rewizję.&nbsp; Cywil mówił po polsku zaciągając nieco po Śląsku. Gdzie są bandyci? Wiemy, że byli tutaj…</p>



<p>Ksiądz, zostawiwszy babcię, wyszedł z kąta na środek izby. Niemcy widocznie nie zauważyli go do tej pory, więc teraz zwrócili na niego uwagę. Cywil powtórzył pytanie, wyraźnie kierując je do duchownego: gdzie są bandyci? Padła odpowiedź: tu nie ma partyzantów i nie było ich. My wiemy, że byli… Nieco przyciszonym głosem ostrzegł, że żandarmi spalą dom i zabudowania, ja jestem katolikiem, rozumiem wasze intencje, ale nie chciałbym, aby doszło do ostateczności. Ksiądz znów powtórzył, że tu nie było i nie ma żadnych bandytów, a za życzliwość podziękował.</p>



<p>Na podwórku zrobił się jakiś ruch, w sieni zadudniły energiczne kroki i do izby wszedł major, który zajmował kwaterę w sąsiednim domu. Wiedział, że dziewczyna, która mu się podobała i nawet starał się z nią flirtować, wychodzi za mąż; wiedział też, że gospodarze, u których mieszkał, zostali zaproszeni na wesele; sam także został zaproszony, bo okazywał dużo życzliwości mieszkańcom wsi, ale musiał wyjechać służbowo na kilka dni i teraz właśnie przyjechał na te uroczystości weselne, nawet postarał się o prezent. Kiedy zobaczył wojskowe samochody na podwórku i żołnierzy z karabinami gotowymi do strzału otaczających dom, domyślił się natychmiast przyczyny. Miał tylko chwilę wahania: interweniować czy nie, włączyć się do akcji, czy zawrócić, udając że go nie było. Podjął jednak błyskawicznie decyzję, że spróbuje zapobiec tragedii, więc teraz wkroczył do izby w towarzystwie dwóch żandarmów, zobaczył księdza stojącego pośrodku, cywila i żołnierzy, węszących po kątach, podniósł rękę w znanym geście, powiedział: <em>heile…</em></p>



<p>Całą akcją dowodził oficer w stopniu kapitana, więc pojawienie się majora zadziałało natychmiast. Przerwano rewizję, kapitan i major zasalutowali sobie, a następnie podali ręce na powitanie. Okazało się, że nie byli sobie obcy, znali się dobrze, więc interwencja stała się jakby łatwiejsza. Zasiedli obaj za stołem, jakby zapomnieli o żołnierzach robiących rewizję, rozmawiali ze sobą swobodnie, spokojnie. Gospodarz, który znał majora, bo przecież często przychodził wieczorami w konkury; ostatnio trochę rzadziej, odkąd Marysia go odrzuciła, podszedł do nich z butelką jakiejś nalewki i nalał do stojących pustych szklanek, potem podsunął jedzenie. Oni dalej rozmawiali, jakby nie zauważali tych wszystkich czynności gospodarza. Podnieśli jednak szklanki i wypili duszkiem do dna. Cywil, mówiący po polsku, mrugnął do gospodarza i podniósł swoją pustą już także szklankę. Gospodarz skwapliwie nalał, a przy okazji napełnił też szkło oficerów.</p>



<p>Major mruknął coś do Ślązaka, a ten &#8211; wstawszy zza stołu – podszedł do gospodarza, coś mu szepnął na ucho wskazując na żołnierzy stojących bezradnie, więc gospodyni, na dany znak męża, wzięła półmisek z wędlinami, podeszła do owych żołnierzy i zachęcała do jedzenia: „<em>bitte</em>, <em>bitte</em>”, posadziła ich przy drugim stole i zostawiła przed nimi półmisek oraz przysunęła koszyczek z pokrojonym chlebem, wypieczonym w domu specjalnie na wesele. Ksiądz siedział przy babci, ale nic nie mówił, obserwował rozwój wydarzeń. Słychać było rozmowę dwóch oficerów, przy których żołnierze porozumiewali się szeptem. Po kilku opróżnionych szklankach mówili coraz trudniej, niewyraźnie; major odwrócił się do gospodarzy chwaląc wszystko: serh Gut! Serh Gut! Mama”. Czas płynął, a oni ciągle siedzieli przy stole, tylko rozmowa rwała się, były coraz dłuższe przerwy, ale po godzinie może, albo po półtorej, major, który w tym domu czuł się zupełnie swobodnie, nieraz przecież pił z gospodarzem bimber, jadł, co podali, teraz wstał, poprosił kamrata i wyszli obaj z izby, siedli na ganku, lekki wiatr ich trochę otrzeźwił. Rozmawiali już cicho. Major mówił, kapitan słuchał i widać było na jego twarzy zmienne reakcje, bo raz się rozjaśniał, to znów przybierał maskę ponurą, wtedy kiwał głową w geście zaprzeczenia; major spokojnie – jakby nie dostrzegał tych gestów – dalej perorował. Wreszcie kapitan wstał, powiedział „jawohl”, kiwnął ręką na księdza, aby podszedł bliżej. Ksiądz znał język niemiecki, więc nie trzeba było tłumacza, chociaż ten cywil stał w pogotowiu, ale nie skorzystali z jego usługi. Major zwracając się do proboszcza powiedział, że trzeba jechać do miasta razem z kapitanem w celu przesłuchania. To formalność. Przyjadę po księdza za godzinę, proszę się nie obawiać.</p>



<p>Kiedy Niemcy odjechali, zabrawszy księdza ze sobą, upłynęła chwila, zanim z kryjówki pod podłogą wyszli młodzi goście weselni, ale wesoło już nie było. Pojawił się też major, który zastrzegł od progu, że idzie jako gość, że chce złożyć prezent młodej parze i życzenia. Gospodarz wyszedł przed majora i oświadczył, że największy prezent złożył już ratując wszystkich; że tego mu nie zapomną, a jak się zdarzy okazja, to chętnie i sowicie wynagrodzą, a teraz zaprasza go do stołu, jako najważniejszego gościa. Panna młoda podeszła do odrzuconego przez nią konkurenta, zarumieniona ucałowała go w oba policzki, on zaś przytulił ją do siebie, a potem pocałował w rękę.</p>



<p>Major wstał od stołu i pojechał swoim motorem z przyczepą do miasta. Wrócił po godzinie, może po półtorej. wokół domu weselnego zebrało się sporo ludzi ze wsi, bo kiedy się dowiedzieli, że zabrali księdza, natychmiast przybyli, choć nie bardzo wiedzieli, po co przybyli, skoro księdza już nie było. Teraz, zobaczywszy, że major wrócił bez księdza, kobiety zaczęły szlochać, mężczyźni zgrzytali zębami, ponuro patrząc na Niemca. Zaczęło się robić groźnie, więc major, nieco przybladły, łamaną polszczyzną zapowiedział, że ksiądz wróci za jakieś pół godziny. Nikt jednak nie chciał mu wierzyć. Obawiając się chyba o własną skórę wsiadł znów na motor stojący w pobliżu, zawarczał silnik, rura wydechowa rzygnęła dymem i maszyna ruszyła z miejsca jak podcięta batem. A ludzi przybywało, stali w milczeniu i czekali.</p>



<p>Nie odczuwali czasu, ludzie stali i patrzyli na masywną sylwetkę starego kościoła, zadumani czekali. Warkot silnika przycichał na skutek oddalania się. Sądzili, że major sprytnie się wymknął, zostawiając ich w nadziei, a on uciekł… po prostu uciekł. Te stare dewotki uruchomiły swoje ozory i zaczęły wylewać nagromadzony w sobie jad. Ale my głupie ludzie, że my posłuchali, trzeba było nie wypuszczać go stąd… To czemużeście nie zatrzymali, motoru – odezwała się któraś, a jedna zaproponowała wspólne pójście do kościoła na modlitwy za Księdza… Rozprawiając wielogłosowo nie usłyszały warkotu motoru… Major właśnie wracał, wioząc w przyczepie księdza.</p>
<p>The post <a href="https://notabene.world/nb/wesele/">Wesele</a> appeared first on <a href="https://notabene.world/nb">NOTABENE.WORLD</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
		<post-id xmlns="com-wordpress:feed-additions:1">2083</post-id>	</item>
	</channel>
</rss>
