Europejskie metamorfozy. Polska korrida 2025/2026
Czytajcie i dumajcie, a też będzie Wam dane. Olé!
Wysłuchawszy cierpliwie sylwestrowego orędzia prezydenta RP, natychmiast zamarzył mi się długi spacer po Domu Historii Europejskiej w Brukseli. A wszystko po to, by uciec choć na chwilę i jak najdalej od przaśnego i siermiężnego prezydenckiego przekazu ostatniego dniu roku 2025.
Mowa ciała prezydenta daleka była od odświętnej, a ktoś nie rozumiejący po polsku mógł nawet odnieść wrażenie, że w minionym roku nie przydarzyło nam się nic dobrego. To w sumie nihil novi sub sole, że sukces jawi się domniemanym patriotom prezydenckim niczym porażka, ilekroć trzeba by go w jakiejś części przypisać opcji politycznej, z którą się akurat prezydencki majestat nie utożsamia.
Taką na przykład klęską dla obecnego prezydenta wydaje się być Okragły Stół roku 1989, kiedy w obecności 150 tysięcy wojsk radzieckich stacjonujących jeszcze na terytorium Rzeczypospolitej, dokonała się była pokojowa transformacja ustrojowa! No co innego przecież, gdyby polała się wtedy bohatersko bratnia krew, prawda? Rzeczywiście to byłby teraz powód do hucznych obchodów kolejnej rocznicy i rozdzierania szat, a tak to jedyne, co pozostaje to rozpacz, smutek, żal i ten anachroniczny grymas dezaprobaty na prezydenckiej twarzy. Taaak…
Dlatego też wspomniany wyżej brukselski „Dom Europy” jest miejscem niemalże doskonałym i na swój sposób oczyszczającym. Myśląc bowiem o historii nabieramy niezbędnego dystansu, by mierzyć się raz po raz z nudnawą do bólu, usilnie i metodycznie zakłamywaną nadwiślańską codziennością.
Dla równowagi oddaję się zatem magii metafor, symboli, legend i mitów. Naturalnie od razu przychodzi mi na myśl Owidiusz i jego mitologiczne metamorfozy, w których to z chaosu – po wielu przemianach i perypetiach – zawsze wyłania się w końcu jakaś spójna i szczęśliwa całość. I zapewne – mimo wszystko – tak też będzie z naszą czasoprzestrzenią kulturową w roku 2026.

Jeśli wierzyć Owidiuszowi, porwana przez (zmienionego w dorodnego Byka) Zeusa przepiękna Europa wydaje się być wystraszona i zachwycona jednocześnie, jakby zdając sobie sprawę, iż pomimo podróży w nieznane wszystko i tak dobrze się skończy. Na Krecie. Zapytajcie przy okazji współczesnych Kreteńczyków o tajemniczą grotę, która stała się schronieniem dla Europy, uwiedzionej przez niewątpliwie zakochanego w niej po uszy Zeusa.
Ktoś powie, że to było dawno i nieprawda, że to wszystko są opowieści dziwnej treści, na miarę na przykład tych z tysiąca i jednej nocy. Szeherezada to Szeherezada, a Europa to Europa, Miłość to Miłość, koniec i kropka, i nie ma tu nad czym się rozwodzić. Wszystko i tak znajdzie prędzej czy później swój kres – czego na razie nie przyjmuje do wiadomości rozkrzyczany prezydent Nawrocki vel Trumpski… Poczekamy, ale czy doczekamy? Oto jest pytanie.
Nie można spokojnie myśleć o końcu bez refleksji nad początkiem. Nie można zrozumieć tego, co jest, bez znajomości tego, co za nami. Pomiędzy jest droga, na której przebycie jesteśmy skazani. Ciągle idziemy, nie zawsze wiedząc dokąd i po co. Życie to jest taki niekończący się peripatetikon. Lecz warto iść aż po horyzontu kres (mimo łez), bo podróże kształcą.
Niektórzy twierdzą, że dopiero tam, gdzie kończy się droga, zaczyna się prawdziwa perypatetyczna przygoda, czyli nieskończoność. Jakże trudno jednak ją sobie wyobrazić.
Z zadumy nad pogmatwanymi losami naszej Europy wytrąca mnie natrętne stwierdzenie James’a Joyce’a, który powiedział kiedyś, że “historia… to koszmar, z którego usiłuje[my] się obudzić.” Przestrzeń kulturowa, w której dane nam jest żyć, śnić, kochać i umierać, jest trudna, wieloznaczna i niestety subiektywna.
Niezwykle trudno uchwycić jest sens hipernowoczesności, która niepokojąco wymyka się wszelkim próbom precyzyjnych definicji. Jedyne, czego możemy być pewni, to niepewność. Póki co można też jeszcze pilotem zmienić kanał TV. Olé, Olé, Olé!


