Sądny dzień • 4.07.1946
To był drugi tydzień wakacji. Ukończyłem szóstą klasę szkoły powszechnej i obijałem się, nie bardzo wiedząc, co robić. Zbieraliśmy się na polanie pod lasem i graliśmy do upadłego w piłkę, spoceni, ledwie dyszący, biegaliśmy jak szaleni za futbolówką, wrzeszcząc niemiłosiernie, jak odzierani ze skóry…Gra w piłkę była atrakcyjna, ale nużąca. Zawsze ci sami i na tych samych pozycjach, ciągle te same kłótnie, okrzyki. W pewnej chwili zauważyłem, że w miarę upływu czasu gra w nogę rodzi jakieś dąsy, boczenia się, jeden na drugiego.
Nie umieliśmy wtedy przegrywać, a do wygrywania brakowało nam umiejętności. Poczyniwszy takie obserwacje coraz częściej rezygnowałem z zabawy, szedłem do lasu, kładłem się w trawie i patrzyłem na zróżnicowane w kształtach białe obłoki, podobne do żagli, płynęły po błękicie nieba; czasem między białymi pojawiała się szara chmurka, rozbijając kolorystyczną monotonię przestworzy.
Rozpoznawałem ptaki po śpiewie, po kolorze upierzenia, po kształcie dzióbka i głowy. Mogłem tak leżeć bez ruchu kilka godzin, a wpatrując się w te odległe kombinacje figuralne płynących po niebie obłoków często zasypiałem…
Tego dnia – pamiętam to doskonale – od samego rana było bardzo gorąco. Wstałem, a sypiałem w świeżym sianie na strychu, po drabinie zszedłem na dół…
