NOTABENE 1985-2025Polityka

KIELCE. Tajemnice okręgu 33

Bartłomiej Zapała

Tajemnice okręgu wyborczego 33. Spadochroniarze lubią ten teren

15 września 2023

Stało się jasne, że pozostający zazwyczaj na uboczu okręg wyborczy nr 33 będzie jedną z ważniejszych, jeśli nie najważniejszą areną parlamentarnej kampanii.

Jak na region, który nawet nie ma prawdziwego lotniska, to województwo zawsze było ulubionym terenem spadochroniarzy. Rozkładali widowiskowo swoje czasze, a po wylądowaniu na długie miesiące lub lata znikali, by znów pojawić się na publicznym widoku przed kolejnymi wyborami. Krzysztof Bosak, Tomasz Kaczmarek (znany lepiej jako agent Tomek), Beata Kempa, Anna Krupka (nazywana przez złośliwych makijażystką prezesa), Tomasz Nałęcz, Grzegorz Schetyna, Bartłomiej Sienkiewicz, Paweł Zalewski czy Zbigniew Ziobro – to osoby, których realne związki z regionem ograniczały się zwykle do zdobycia mandatu. To nie Jarosław Kaczyński wymyślił, że Świętokrzyskie warte jest wyborczej mszy.

Pierwszym politykiem, który skutecznie odwołał się do mieszkającego w tej części Polski elektoratu i uczynił z niego trampolinę do ogólnopolskiego zwycięstwa, był Aleksander Kwaśniewski. Okręg wyborczy 33 to nieoczekiwane dziecko reformy administracyjnej, przeprowadzonej pod koniec lat 90. przez rząd Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności.

Premier Jerzy Buzek, przygotowując założenia podziału Polski na samorządowe województwa, nie przewidywał istnienia regionu ze stolicą w Kielcach. Świętokrzyskie miało stać się częścią Małopolski. Dopiero silny protest społeczny, wsparty wetem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, zmusił sejmową większość do wykrojenia na mapie Świętokrzyskiego. Nowy region pozbawiony został co prawda okolic Miechowa, ale zyskał tereny wokół Sandomierza i Staszowa, przynależące wcześniej do województwa tarnobrzeskiego.

Nieduży obszar i relatywnie niskie zaludnienie z 1,2 mln mieszkańców, a także brak poza Kielcami drugiego silnego ośrodka miejskiego sprawiły, że cały teren województwa został jednocześnie okręgiem wyborczym w wyborach do Sejmu. Z 16 mandatami do wzięcia jest dziś drugim największym okręgiem w kraju. Więcej mandatów poselskich można zdobyć jedynie w Warszawie.

Kielce, moje Kielce

Wyborcy ze Świętokrzyskiego potrafią wyrażać swoją wdzięczność. Aleksander Kwaśniewski mógł przekonać się o tym jako pierwszy. Właściwie się tego spodziewał, bo jako miejsce inauguracji swojej reelekcyjnej, prezydenckiej kampanii wybrał w 2000 r. właśnie Kielce. Jego ówczesne zawołanie do tłumnie zgromadzonych mieszkańców: „Kielce, moje Kielce”, wzbudzające wśród warszawskich elit uśmiechy politowania, okazało się piekielnie skuteczne. Ponad 60 proc. w pierwszej turze i 355 tys. głosów.

Kolejna, tym razem parlamentarna kampania przyniosła następny, długo niepobity rekord. 45 proc. poparcia dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej-Unii Pracy, 9 poselskich i komplet 3 senatorskich mandatów. Pod koniec 2001 r. lewica miała w województwie świętokrzyskim praktycznie wszystko. Pięć lat później pozostało z tego sukcesu naprawdę niewiele. Po drodze lewica utraciła władzę prezydencką w Kielcach, z 9 poselskich mandatów udało się obronić jedynie dwa, oddała również władzę w sejmiku wojewódzkim. Jak do tego doszło? Odpowiedź na to pytanie winna być lekcją dla Koalicji Obywatelskiej i jej nowego, niespodziewanego kandydata Romana Giertycha, który właśnie tutaj otrzymał szansę na polityczne odkupienie.

Zbyt łatwym wytłumaczeniem klęski lewicy byłaby słynna afera starachowicka z 2003 r. Polegała na tym, że lokalna elita władzy nie miała oporów, by ostrzegać przed policyjnymi działaniami zanurzonych w przestępczą działalność przyjaciół. To „zanurzenie” nie było jedynie metaforyczne. Jedną z głównych scen opisywanych szeroko w mediach korupcyjnych praktyk był Klub Płetwonurka Kalmar, mający swoją siedzibę na starachowickiej pływalni. Knajackie w istocie realia sprawowania funkcji na powiatowym szczeblu stały się ogólnokrajowym symbolem moralnego upadku SLD. Ale w Świętokrzyskiem, gdzie każdy mógł rozpoznać wielu bohaterów drukowanych w mediach stenogramów, ich oddziaływanie było jeszcze silniejsze. Co prawda bezpośredni sprawcy afery, ówcześni posłowie Andrzej Jagiełło i Henryk Długosz, zapłacili wyrokami więzienia, ale od prawnej odpowiedzialności wywinęli się zarówno wiceminister spraw wewnętrznych Zbigniew Sobotka (skazany, ale i szybko ułaskawiony przez prezydenta Kwaśniewskiego), jak i komendant główny policji Antoni Kowalczyk, uniewinniony w I instancji, a potem jeszcze w rozstrzygnięciu podjętym na szczeblu Sądu Najwyższego.

To był z pewnością jeden z ważniejszych powodów, dla których sympatie społeczne w województwie przeniosły się ze skompromitowanej formacji na stronę nowego środowiska politycznego, którego głównym liderem był minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Wydaje się jednak, że nie była to przyczyna najważniejsza. Widać to było chociażby podczas wyborów prezydenckich w 2005 r., w których Andrzej Lepper, sam mający wiele problemów z wymiarem sprawiedliwości, uzyskał w Świętokrzyskiem drugi wynik. W kilku rolniczych gminach na południu województwa zostałby zaś prezydentem już po I turze.

Tym, co chyba najmocniej przyczyniło się do politycznego zwrotu, było niespełnienie oczekiwań dotyczących sfery socjalnej. A właściwie: zlekceważenie potrzeb opóźnionego w rozwoju gospodarczym i posiadającego olbrzymie braki infrastrukturalne regionu.

Rząd Leszka Millera podejmował jakieś propagandowe próby okazania swojej troski. Jedno z wyjazdowych posiedzeń gabinetu odbyło się nawet w Kielcach. Realnych efektów było jednak jak na lekarstwo. Budowa jednopasmowej obwodnicy Jędrzejowa czy wyremontowanie niespełna stumetrowego odcinka głównego kieleckiego deptaku to były główne osiągnięcia. Polska dopiero aspirowała do członkostwa we wspólnocie europejskiej i nie miała wówczas szerokiego dostępu do funduszy strukturalnych, a po drodze jeszcze przyplątała się w 2002 r. powódź tysiąclecia, która spustoszyła spore obszary województwa. Panowało przekonanie, że związane z SLD elity nie potrafią zadbać w Warszawie o odpowiednie dowartościowanie regionu.

Gwiazda z Darłowa

Tym, który pokazał, w jaki sposób można docenić Świętokrzyskie i jego mieszkańców, okazał się poseł Prawa i Sprawiedliwości Przemysław Gosiewski. Wcale nie pochodził z regionu, nie miał w nim nawet swojej rodziny, ale kiedy jako bliski współpracownik Jarosława i Lecha Kaczyńskich został w 2001 r. kieleckim posłem, mocno zaangażował się w sprawy województwa. – Jeździliśmy do miejsc, w których nie pojawiał się wcześniej żaden poseł. To była praca, praca i jeszcze raz praca. Odbywaliśmy setki spotkań, ale przede wszystkim rozmawialiśmy i słuchaliśmy ludzi – wspomina Mariusz Goraj, który w tej pierwszej dla PiS sejmowej kadencji był dyrektorem biura poselskiego Przemysława Gosiewskiego.

O tym, że Gosiewski był tytanem pracy, mogą mówić nie tylko jego najbliżsi współpracownicy, trzymani na nocnych naradach przez swego szefa nawet w niedzielne wieczory. Przekonywali się o tym także dziennikarze, którzy byli wręcz zasypywani inicjatywami podejmowanymi przez opozycyjnego wówczas parlamentarzystę. Te wysiłki przyniosły efekty, a PiS, które przy swym pierwszym starcie uzyskało w Świętokrzyskiem mniej głosów niż startująca także po raz pierwszy PO, w kolejnych wyborach było już na pierwszym miejscu. Sam Gosiewski zdobył najlepszy indywidualny wynik, skromne jeszcze jak na późniejsze osiągnięcia 31 tys. głosów, ale do Sejmu weszły oprócz niego jeszcze cztery inne osoby.

Po tych wyborach polityczna gwiazda Gosiewskiego zaczęła świecić naprawdę jasno. Został najpierw przewodniczącym Klubu Parlamentarnego PiS, a gdy Jarosław Kaczyński objął funkcję premiera – uczynił Gosiewskiego swoją prawą ręką w rządzie. Początkowo minister bez teki i przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów, w niedługim czasie został mianowany wicepremierem. Komitet Stały nazywany jest czasem „małą Radą Ministrów”, gromadzi wiceministrów na administracyjnych i technicznych z punktu widzenia sprawowania władzy posiedzeniach. Jego zadaniem jest ułatwianie pracy ministrom spotykającym się raz w tygodniu na posiedzeniach gabinetu. Gosiewski uczynił z Komitetu narzędzie swojego politycznego sukcesu.

Nie było tygodnia, by nie pojawiał się w Kielcach i innych miejscowościach regionu w towarzystwie któregoś z wiceministrów. Wysłuchiwał samorządowców, spotykał się z mieszkańcami, obiecywał i nadzorował wykonywanie tych obietnic, często nie pytając nawet, co o danej sprawie ma do powiedzenia konstytucyjny zwierzchnik danego resortu. W rządzie potrafił mu się sprzeciwić jedynie Ludwik Dorn, który publicznie studził rozgrzewane przez Przemysława Gosiewskiego emocje. Na przykład gdy po głośnej zapowiedzi, że w podkieleckich Obicach powstanie duże międzynarodowe lotnisko, jako minister spraw wewnętrznych i administracji deklarował, że nawet jeśli zostanie ono wybudowane, nie pojawi się na nim żadna placówka Straży Granicznej. Pozostali zazwyczaj nie kwestionowali kolejnych inicjatyw, a w regionie powstało wrażenie, że Przemysław Gosiewski może w Warszawie załatwić wszystko.

PiS bije rekord

Cała Polska dowiedziała się o tym, gdy pociągi jadące bezpośrednio z Warszawy do Krakowa zaczęły się nagle zatrzymywać na stacji Włoszczowa Północ. Właściwie to bardziej na peronie niż na stacji, bo prawdziwy i pozostający przez długi czas w opłakanym stanie dworzec we Włoszczowie znajdował się kilka kilometrów dalej. Kiedy do tego doszło, w październiku 2006 r., memy nie były jeszcze najpopularniejszą formą komentowania życia politycznego. Przemysław Gosiewski stał się za to gwiazdą „Szkła kontaktowego” w TVN 24. A drwinom i żartom z peronu na odludziu nie było końca.

Z perspektywy województwa świętokrzyskiego sprawa nie była jednak absurdalna. Położony w centrum Polski region należał bowiem do najsłabiej skomunikowanych. Kolejarze lubili się chwalić, że na świętokrzyskim odcinku Centralnej Magistrali Kolejowej pociągi osiągają rekordową jak na ówczesną Polskę prędkość 120 km/h, ale mieszkańcy województwa nie mieli możliwości się o tym przekonać. Trasę z Warszawy do Krakowa jadące po CMK pociągi pokonywały w około dwie godziny. Podróż kolejowa z leżących w połowie drogi między tymi miastami Kielc zajmowała do stolicy około czterech godzin.

Pierwotny pomysł był taki, żeby najpierw wybudować stosunkowo krótki odcinek spinający centralną magistralę z torami prowadzącymi do Kielc, a później umożliwić pasażerom znacznie krótszą podróż z Kielc do Warszawy lub Krakowa. Łącznica w Czarncy powstała jednak dopiero w 2022 r. Ale to detal. Symbolicznie to na peronie we Włoszczowej wyborcy okręgu 33 przesiedli się z SLD do PiS. Kiedy za sprawą, nomen omen, Romana Giertycha Jarosław Kaczyński stracił rządową większość i trzeba było rozpisać przedterminowe wybory, Świętokrzyskie nie miało już wątpliwości, na kogo głosować. Prawie 40 proc. mieszkańców wybrało PiS, a Przemysław Gosiewski, zdobywając ponad 138 tys. głosów, pociągnął za sobą do Sejmu jeszcze sześć innych osób. Oddanie elektoratu dla lidera listy było na tyle duże, że pozostali kandydaci musieli zadowolić się okruchami poparcia. Żeby zostać posłem, wystarczyło wówczas kandydatom PiS uzyskanie 2,5 tys. głosów.

PO nie udało się powtórzyć takiego sukcesu. Trudno nawet powiedzieć, że realnie próbowała pójść w ślady wytyczone przez Gosiewskiego. Po jego tragicznej śmierci w katastrofie smoleńskiej nawet zsyłany tutaj Zbigniew Ziobro nie miał problemów z uzyskiwaniem znakomitych wyników. W 2019 r. PiS udało się wprowadzić ze Świętokrzyskiego aż 10 posłów, a tym samym pobić ustanowiony przez SLD w 2001 r. rekord.

Ile waży jeden głos w Polsce

W tym miejscu tak naprawdę rozpoczyna się kalkulacja, która doprowadziła do startu z okręgu nr 33 Jarosława Kaczyńskiego. Oczywistą, choć nie zawsze pamiętaną stawką tegorocznych wyborów jest zdobycie 231 mandatów, które pozwolą na sformowanie rządu. I nieważne, skąd te mandaty będą pochodzić. Jeśli w jednym miejscu pula sięga aż 16, a przy silnej polaryzacji i rozdrobnieniu list po opozycyjnej stronie można liczyć na zdobycie więcej niż 10, to oczywiste staje się, że warto posłać w takie miejsce najmocniejsze posiadane zasoby. Prezes Kaczyński, co sam zresztą kilkakrotnie już publicznie powiedział, potrafi poświęcać swoją osobistą wygodę na rzecz partii, a większych atutów niż on sam PiS przecież nie posiada.

Sprawa bezpośredniej rywalizacji z Donaldem Tuskiem w Warszawie nie musiała mieć tutaj decydującego znaczenia. Dodatkowo jeszcze, co przyznaje sama Państwowa Komisja Wyborcza, do wybrania jednego posła w okręgu 33 potrzeba znacznie mniej głosów niż w Warszawie. Dokonanie takiego obliczenia nakazuje PKW ordynacja w oparciu o liczbę mieszkańców w gminach. Punktem wyjścia był stan na 30 września 2022 r. Ustalona wówczas tzw. norma przedstawicielska wynosi 78 424 mieszkańców na jeden mandat. Problem w tym, że rozdzielone przy poprzednich głosowaniach między okręgami mandaty nie uwzględniają zachodzących w Polsce demograficznych przeobrażeń. W konsekwencji PKW zaproponowała Sejmowi dokonanie zmian aż w 21 okręgach, w tym w Kielcach i w Warszawie. Wniosek wylądował w zamrażarce u marszałek Sejmu, a wybory 2023 r. odbędą się według nieaktualnych obliczeń. Okręg 33 nie zostanie pozbawiony jednego mandatu, nie zyska za to ani Warszawa, ani okręg podwarszawski. W stolicy na jeden mandat przypadnie więc 82 319 mieszkańców, w Kielcach natomiast realna norma wyniesie 73 634. Czy to nie jest kolejny dobry powód, żeby startować, ale i wybierać posłów akurat właśnie tutaj?

Kto na tym skorzysta?

Pojawienie się na listach w regionie Jarosława Kaczyńskiego i podążającego za nim Romana Giertycha wywróciło do góry nogami układane wcześniej lokalne scenariusze. Najdotkliwiej przekonał się o tym dotychczasowy poseł Koalicji Obywatelskiej, przedsiębiorca Adam Cyrański, który zapewniwszy sobie ostatnie miejsce na liście, obwiesił całe Kielce swoimi przedkampanijnymi banerami. Jeszcze chyba nigdy w Polsce z taką intensywnością nie reklamowano biura poselskiego, które zostanie zamknięte za dwa miesiące. Sopocka zapowiedź Donalda Tuska o starcie byłego lidera Ligi Polskich Rodzin zaskoczyła wszystkich świętokrzyskich działaczy PO. Dynamika kampanii jest tak duża, że żaden z liderów nie poświęca energii na terenowe konsultacje. Mogliby to także potwierdzić działacze PiS, którzy do samego końca nie wiedzieli, czy Kaczyński na pewno wystartuje w Kielcach. Na ostatnim miejscu znajdzie się więc Giertych, a Cyrański ogłosił wycofanie się z wyborów.

Szefowa świętokrzyskiego sztabu wyborczego KO Agata Wojda, która na skutek wewnętrznych rywalizacji w partii nie walczy w tym roku o mandat poselski, liczy, że pojawienie się Romana Giertycha poprawi wynik całej listy. Choć wcale nie twierdzi, że będzie to łatwe. – Trudne z pewnością dla tych, z którymi ramię w ramię protestowałyśmy na strajkach kobiecych i maszerowaliśmy, manifestując prawo do równości – mówi. – Ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę wcześniejsze sukcesy właśnie u nas agenta Tomka i innych „gwiazd”, taki ruch przyniesie dodatkowe głosy – dodaje. Sztabowcy PO z Warszawy nie uronią łez, jeśli Giertychowi się nie powiedzie. Jego zadanie ma być inne, ma wyraźnie utrudnić start Jarosławowi Kaczyńskiemu i pozbawić go w Świętokrzyskiem komfortu. Taka rola wydaje się zdecydowanie łatwiejsza.

Na starcie Giertycha może więc skorzystać Lewica. Wielu tysiącom uczestników protestów kobiecych w Kielcach zdecydowanie łatwiej będzie głosować teraz na jej kandydatów, tym bardziej że listy Koalicji – bez Agaty Wojdy, byłej popularnej wiceprezydent, jednej z liderek licznych manifestacji, za to z Romanem Giertychem – przestaną być dla tych środowisk atrakcyjne. Liczy na to lider Lewicy w Kielcach i jednocześnie zastępca prezydenta miasta Marcin Chłodnicki, który był jedną z twarzy udanego wprowadzenia samorządowego dofinansowania do zapłodnienia metodą in vitro. – Od posłanek i posłów oczekuje się możliwości spotkania i dostępności na miejscu. Prezes Kaczyński jest osobą całkowicie odizolowaną od społeczeństwa, a Romana Giertycha w ostatnich latach w ogóle nie ma w kraju. Jeśli dołożymy jeszcze ich konserwatywne oblicze, to lewicowa lista może być najbardziej atrakcyjna dla demokratycznej opozycji – przekonuje. Choć gwoli prawdy nie ma na niej zbyt wielu charyzmatycznych kobiet.

Najwięcej publicznego zadowolenia wykazują jak dotąd działacze PiS. Liczą, że prezes partii przyciągnie rekordową liczbę wyborców. Kiedy jednak nie ma w okolicy dziennikarzy z prorządowych mediów, w których przy każdej okazji prezentują swoją obecność, zaczynają nerwowo liczyć swoich zwolenników. Jeśli Jarosław Kaczyński zgarnie, jak się ocenia, 170 tys. głosów, to pozostali kandydaci, co prawda z wieloma szansami na mandat, będą musieli się zadowolić znacząco mniejszym poparciem. A w sytuacji, gdy o zdobyciu mandatu może zdecydować mniej niż 2 tys. głosów, szanse zyskują nawet ulokowani na dalekich miejscach lokalni działacze, nieposiadający jeszcze parlamentarnego stażu. W skłóconym do granic możliwości środowisku, gdzie o politycznej hierarchii decydowała częstotliwość pobytu i dostęp do gabinetu prezesa na Nowogrodzkiej albo liczba wysyłanych do niego listów, nagle okazało się, że żadni pośrednicy nie będą potrzebni. Przecież będzie można zagłosować osobiście na prezesa.

Która z tych kalkulacji zwycięży? Nawet w Świętokrzyskiem zdarzają się wyborcze niespodzianki. Jak na razie, na początku września niebo nad Kielcami pogodne. Czasze spadochronów prezentują się okazale.

Polityka 38.2023 (3431) z dnia 12.09.2023; Polityka; s. 18

Oryginalny tytuł tekstu: „Okręg 33”.

Tekst publikujemy za zgodą autora oraz redakcji „Polityki”

Bartłomiej Zapała

Dr Bartłomiej Zapała jest absolwentem I LO im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (matura 1995). Dziennikarz przez wiele lat związany z Polskim Radiem Kielce (2000-2018), dyrektor Akademickiej Szkoły Podstawowej (2018-2024) i wykładowca akademicki. Zastępca prezydenta Kielc (V 2024 – III 2025). Ekspert w sprawach Unii Europejskiej. Jedyny reprezentant województwa świętokrzyskiego w sieci Team Europe Direct. Założyciel i prezes Fundacji Future for Europe. Laureat Europejskiej Nagrody Obywatelskiej przyznanej przez Parlament Europejski (2014).