WIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Patatajnia. Bumerangi historyczne

Koń jaki jest, każdy widzi (i czuje), a mnie generalnie na sam widok konia ogarnia przedziwna monotonia. Chyba że byłby to na przykład jakiś bezpański koń trojański albo jeden z tych co w szyku husarii ratował Europę pod Wiedniem: koń hetmański. Och, a gdyby tak jeszcze nasi hej-hej-ułani znowu na koniach przybyli pod okienko? Może jakaś Kasztanka? Ach, znasz-li jakiś inny kraj, gdzie bardziej namiętnie brzmi to nasze swojskie patataj-patataj-patataj?

Najmłodszym zaś obywatelom, w ramach wdrażania ich w przeszłość-teraźniejszość-przyszłość (patrz: polityka historyczna) oraz w prezencie wyborczym, można było modelowo przynajmniej podarować konika-na-biegunach plus? W ten sposób na nowo wybrzmiałoby wkoło to nasze święte-czasem-przeklęte i patriotyczne patataj-patataj-patataj. A jaki kraj, takie przecie i jego patataj.

Bruksela, Berlin, Paryż i Wiedeń to takie miejsca, gdzie naprawdę trudno uciec przed samym sobą, a tym bardziej przed rozpędzoną, bohaterską polską husarią. Po kolejnej nadwiślańskiej anty-europejskiej szarży niektórzy nadal twierdzą, że wygrali „bitwę”, ale przegrywają „wojnę” polsko-polską.

15 X 2023 co prawda suweren na szczęście w końcu przemówił, iż dosyć ma haniebnej i cynicznej propagandy sukcesu, absurdalnej megalomanii, ordynarnej hucpy, kłamstwa i złodziejstwa w majestacie prawa (i sprawiedliwości). Macchiavelli przewiedziałby zapewne, iż to wszystko nie mogło się dobrze skończyć. Jednakże co zdarzy się w 2027 to – póki co – nawet z ciemnych chmur ciężko wyczytać.

W przeszłości na nic się zdała dogmatyczna szarża ideologicznie nabzdyczonych i zaślepionych post-liberalnych „rycerzy Apokalipsy”. W amoku samozadowolenia zapomniano, że żadna władza nie trwa wiecznie. Nie da się bezkarnie poniewierać i upokarzać obywateli, którzy inaczej pojmują istotę współczesnego patriotyzmu. Obiecane radykalne zmiany idą jednak opornie i raczej w rytminie prrr…, gdzie głównym hamulcowym okazuje się być sam Prezydent RP. Coś w tym jest, ale jaki kraj, takie i jego patataj-patataj-patataj.

Ostatnimi czasy – niczym bumerangi właśnie – powracają do nas ponadto raz po raz najobrzydliwsze i raczej dawno zapomniane demony przeszłości. Antysemickie i antyeuropejskie wybryki europosła Brauna, antyimigrancka histeria pod wodzą Bąkiewicza oraz nacjonalistyczne kibolskie marsze nie wróżą niczego dobrego na przyszłość. Na naszych oczach cyniczny populizm przepoczwarza się w ordynarny mentalny faszyzm i lada moment może być za późno, by go powstrzymać. I nie pomogą tu żadne – choćby najbardziej wyszukane – analizy politologiczne. Ano bo jak kraj, takie i jego patataj.

Skrajna prawica kontra skrajna lewica wiodą nas na manowce, a tak zwane centrum również sobie nie radzi. W obliczu niekończącej się wojny w Ukrainie oraz polsko-polskich ustawek tym bardziej ogarnia przerażenie, co dalej. To prawda, że jaki kraj, takie i jego patataj-patataj-patataj. Zaczyna to jednak brzmieć coraz bardziej złowieszczo.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Let’s be(e) happy! Życie na pograniczu

Jak to na pograniczu, przy porannej kawie czytam z zapartym tchem po raz kolejny “Nieznośną lekkość bytu” Milana Kundery. I co z tego? Ano picie kawy tylko wtedy ma sens, gdy towarzyszą mu szalone emocje. Tylko wtedy ta banalna z pozoru czynność staje się przeżyciem głęboko egzystencjalnym.

Einmal ist keinmal (raz to tyle, co nic), dlatego tak ważnym staje się staranne kultywowanie codziennych rytuałów. W innym przypadku życie przecieknie nam mimowolnie przez palce, a na końcu tej drogi jest już tylko nuda i bezsens – a do tego dopuścić nie możemy.

Gdy wszystko wokół przemija niczym sen, tak czy inaczej szukamy w pamięci jakichś trwałych punktów odniesienia do przeszłości, pozwalających przetrwać to, co niespodziewanie zsyła nam los.

Nie mają oczywiście większego sensu jakiekolwiek próby użalania się nad sobą. Albowiem tak jak nie można zatrzymać czasu, nie można też uciec ani przed sobą, ani przed przeznaczeniem. Warto zatem ot tak, po prostu dać się ponieść owej nieznośnej fali błogiej tymczasowości. Jak to na pograniczu.

To oczywiste, że nie można zmienić przeszłości, a teraźniejszość na pograniczu okazuje się w gruncie rzeczy wieloznacznym i nieznośnym półsnem. Jedyne zatem, co pozostaje i trzyma nas przy życiu tu i teraz, i wszędzie, to nadzieja na przyszłość.

W miarę upływu lat zmagania z codziennością kończą się u mnie zawsze konstatacją, iż w gruncie rzeczy ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, gdyż tylko na nie czekamy i tylko to, co przed nami można jeszcze zmienić na lepsze.

Trudno zresztą nie ulec wrażeniu, iż na pograniczu można sobie do woli gwizdać i dmuchać na wszystko. Życie na pograniczu wydaje się w gruncie rzeczy znacznie ciekawsze niż nawet najlepsze sanatorium. Albowiem codzienna i nieznośna tymczasowość mają po prostu jakiś głęboko ukryty i – mimo wszystko – relaksujący sens. Na pograniczu od razu robi się weselej i szczęśliwiej.

Poza tym szczęście niewątpliwie naprawdę jest w nas i nieustannie trzeba je tylko kultywować. Nie pozwólmy zatem go sobie odbierać nabzdyczonym pseudo-patriotycznym, antyeuropejskim i neofaszystowskim trutniom. Delektujmy się pograniczną tymczasowością, ile tylko się da. Niech trwa to nasze EUropejskie carpe diem, gdyż jutra może nie być…

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

KIELCE. Historia i teraźniejszość

To, co dziś jest stare, kiedyś było nowe. To, co dziś jest nasze, kiedyś nasze nie było. Nie było też cudze, bo w powszechnym mniemaniu było niczyje – a skoro niczyje, to wszyscy mieli to gdzieś.

Jesteśmy pokoleniem naprawdę szczęśliwym, gdyż na naszych oczach dokonały się w Polsce po roku 1989 przemiany, o jakich wielu przed nami mogło tylko pomarzyć. Wydawało się, że poprzez przystąpienie do NATO oraz Unii Europejskiej nareszcie udało nam się wydostać z geopolitycznego koszmaru Europy Środkowo-Wschodniej. Dzisiaj niestety po raz kolejny przychodzi nam stawić czoła „niezamierzonym konsekwencjom” dopiero co odzyskanej wolności.

Mniej wiecej rok temu – 26 lipca 2025 roku – w samo południe – przez główną ulicę Kielc przemaszerował pochód przeciwko „nielegalnej imigracji” oraz powstaniu w naszym mieście Centrum Integracji Cudzoziemców, zorganizowany przez „Kieleckich Patriotów”.

Ich patronem i bohaterem jest m. in. Janusz Waluś – polski emigrant do RPA, zwolennik apartheidu i morderca czarnoskórego Chrisa Haniego w roku 1993. W haniebnym i skandalicznym pochodzie domniemani lokalni patrioci przemaszerowali z Walusiem na czele, wraz z piłkarskimi kibicami Korony Kielce oraz wyborcami faszysty i – pochodzącego ze świętokrzyskich Mirogonowic – antysemity europosła Grzegorza Brauna.

Demonstracja przeszła od kieleckiego dworca PKP do Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego, po drodze mijając miejsce powojennego pogromu żydowskich mieszkańców Kielc (4 lipca 1946 roku). Cokolwiek należałoby dodać do tej krótkiej relacji, nie ma usprawiedliwienia dla antysemityzmu oraz rasizmu, które w sposób uwłaczający nam wszystkim objawiają się coraz dobitniej w polskim życiu publicznym. Nie powinno być w nim miejsca dla Walusiów, Braunów i Bąkiewiczów!

Tak oto budzą się w naszym kraju dawno zapomniane demony przeszłości, tak oto na naszych oczach odradza się faszyzm. Czyżbyśmy byli świadkami kolejnej „ucieczki od wolności”? A może chodzi raczej o – jak mawia nadprezes Kaczyński – „syndrom sztok-sztook-sztoookholmski”? Trudno powiedzieć. Mam jednak nieodparte wrażenie, iż pewna część naszego społeczeństwa nie może po prostu żyć bez babrania się w bagnie historii. I to nie tylko w Kielcach.

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Snobizm i po(d)stęp*, czyli ulotny czar rewolucji

Pochodzenie słowa snob sięga czasów raczej odległych, kiedy to w rejestrze nowo przyjmowanych żaków na najstarszych angielskich uniwersytetach w rubryce dotyczącej pochodzenia społecznego, tych którym nie był dany przywilej szlacheckiego urodzenia, określano jako sine nobilitate (w skrócie: s.nob). Tak też powstała klasa snobów, dla których dobre wykształcenie stawało się przepustką do awansu społecznego, z aspiracjami do przywództwa i ewentualnego sprawowania władzy.

Szlachectwo w sposób naturalny zobowiązywało, noblesse oblige. Awans społeczny snoba zaś odbywał się niejako 'poza trybem’ i o ile szlachectwo faktycznie zobowiązywało, o tyle snobstwo wytwarzało iluzję równości z tymi, którzy z racji urodzenia odziedziczyli, to znaczy mieli pewne niepisane i raczej trudno nauczalne wartości i zasady niejako we krwi.

Nieskrywana wyższość owych 'szlachetnie urodzonych’ niekoniecznie dawała równe szanse tym, którzy do szlacheckości jedynie aspirowali, w kontekście demokracji jednak i jedni, i drudzy stawali się 'równymi’ wobec prawa, co samo w sobie nie było przecież złe, jednakże stawiało pod znakiem zapytania sposób interpretowania nie tylko otaczającej rzeczywistości, lecz także szeroko rozumianych praktyk demokratycznych i ich ducha.

Snobizm przeobrażał się zatem z czasem i wynaturzał, przybierając nędzne formy historycyzmu, czyli tzw. konieczności dziejowej, bo tak miało być i już, bo tak było lepiej, bo co wy tam w gruncie rzeczy wicie-rozumicie, skoroście się urodzili z miejsca predestynowani do tego, by lepiej widzieć i czuć, a bo to i zawsze od razu słychać, że ktoś jest “z miasta” albo nie. Stąd już był tylko krok do ordynarnego populizmu, często nazywanego za Stefanem Kisielewskim „dyktaturą ciemniaków”…

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Don’t give up… You’re in KIELCE!

Jerzy Pilch określił kiedyś Kielce jako ” fantastyczne, depresyjne miasto”. I zapewne coś w tym jest, chociaż nie o tej porze roku. Nie da się także ukryć, że „stąd” wszystko wygląda nieco ekscentrycznie i kosmicznie zarazem. Takie właśnie można odnieść wrażenie, ilekroć wylądujemy nieopodal kieleckiego dworca autobusowego w kształcie latającego spodka.

Na najwyższym poziomie tegoż znajdujemy filię Miejskiej Biblioteki Publicznej (nomen omen im. Jerzego Pilcha) – nazwaną trafnie, kulturalnie i inspirująco „Poczytalnią na dVoRcu”. Tak oto objawia się ponowoczesność w czystej formie i tym samym z domniemanych peryferii stajemy się nareszcie centrum. I o to chodzi.

Już od ponad 60 lat Kielce są światową stolicą majonezu, o czym winniśmy przypominać wszem i wobec. To tylko w 2022 roku buńczucznie patriotyczne farbowanie rzeczywistości – przy okazji otwarcia przekopu Mierzei Wiślanej – totalnie przyćmiło obchody Światowych Dni Majonezu Kieleckiego.

Zapatrzeni w niewątpliwie ekscentryczny horyzont elbląskiego portu Nowy Świat, wpadliśmy wtedy na mieliznę zapomnienia o naszej Małej Ojczyźnie. Bywa i tak, bo z Kielc do morza jest ciągle strasznie daleko. Poza tym najbliższe naszemu sercu lotnisko to Warszawa-Radom i od niedawna da się zeń „skądś-dokądś” polecieć, na przykład „na południe”.

Nie zapominamy przy tym, iż na Ziemi Żeromskiego na wszystkie możliwe sposoby próbujemy złapać w nasze żagle „wiatr od morza”, ażeby wypłynąć w końcu na szerokie oceany wyobraźni. Czynimy to naturalnie po to, by ani Stasia Bozowska, ani tym bardziej Tomasz Judym nie utknęli na amen w „kagańcach” lokalnych ograniczeń. Wszelkie podróże niewątpliwie kształcą, a nauka jest przecież niczym „niezmierne morze” oraz „im więcej jej [pijemy], „tym bardziej jesteśmy spragnieni”.

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

W winie prawda, w wodzie zdrowie?

To Tacyt opisał kiedyś, jak to ludy germańskie miały w zwyczaju pić wino w trakcie narad plemiennych. Wierzyły, że w stanie nietrzeźwości nikt nie potrafi skutecznie kłamać. Według Herodota z kolei, starożytni Persowie stosowali zasadę, że decyzje podjęte na trzeźwo, należało potem na nowo przemyśleć po pijanemu. Alkohol pomagał zatem w zbliżaniu się do prawdy, co niekoniecznie było zdrowe. Stąd wzięło się powiedzenie: „W winie jest prawda, w wodzie zdrowie” (In vino veritas, in aqua sanitas)…

W sezonie ogórkowym na świętokrzyskiej wsi ponownie przykładam do oczu lornetkę, aby lepiej przyjrzeć się peryferyjno-centralnej codzienności po drugiej stronie. Im dłużej patrzę, tym więcej piję i tym bardziej pogrążam się w zadumie. Cóż mi z tego, że na Łysej Górze beztrosko harcują czarownice, a w okolicznych lasach Makosz z Makoszą nabożnie odprawiają swe tajemne rytualne pląsy? W przerwach pajączki delikatnie oplatające roznamiętnioną Makoszę, przepowiadają Makoszowi przyszłość. Na szczęście nie brakuje wina sandomierskiego, a w razie czego, dopóki jest woda, poprosimy o cud. Zewsząd słychać także fantastycznie jazzujące klezmerskie kapele. Nic dodać, nic ująć – po prostu: wino, kobiety i muzyka.

Wszelkie powiewy peryferyjnej sielanki w zestawieniu z centralnie inspirowaną antyimigrancką histerią należy jednak traktować z daleko idącym sceptycyzmem. Niestety ów iluzoryczny wakacyjny spokój zakłócają rasistowskie pomruki rodzimego neofaszyzmu…

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Lato na peryferiach. Czarodziejskie Davos

Jeden z lipcowych weekendów w tym roku spędziłem na belgijsko-francuskich peryferiach – wśród malowniczych wydm Dunkierki – kolorowej, ciepłej i nieco tajemniczej. Dzisiaj z kolei jestem już w zupełnie innym świecie – w szwajcarskim centrum Davos, nieopodal „Czarodziejskiej Góry”, która przywodzi oczywiście na myśl Thomasa Manna.

Było i jest magicznie, więc zastanawiam się, skąd tak naprawdę lepiej patrzeć na świat. Podobno najlepiej zrozumieć centrum świata z peryferii, jeszcze lepiej zaś, gdy peryferie stają się w końcu centrum. W świecie, w którym przyszło nam żyć, granica pomiędzy peryferiami a centrum stała się zresztą niezwykle ulotna.

W Davos przykładam do oczu lornetkę, by lepiej przyjrzeć się peryferyjno-centralnej codzienności. Im dłużej patrzę, tym bardziej pogrążam się w swoistej nudzie i otępieniu globalno-lokalnego obyczaju. Nastrój znowu jest jakby niepokojąco przedwojenny. W nie tak znowu odległej naszej małej ojczyźnie zaś, na Łysej Górze, raz po raz beztrosko harcują świętokrzyskie czarownice.

W okolicznych lasach natomiast Makosz z Makoszą nabożnie odprawiają swe rytualne pogańskie pląsy. W przerwach zaś pajączki delikatnie oplatające piersi roznamiętnionej Makoszy, nabożnie przepowiadają Makoszowi przyszłość.

Makosz staje się tym samym na naszych oczach takim współczesnym i wszystko-wiedzącym Settembrinim, który dał sobie wreszcie spokój zarówno z Naphtą, jak i z Castorpem. W tym wszystkim nie brakuje oczywiście sandomierskiego wina, a jakby co, to poprosimy o więcej – poprosimy o cud.

Zewsząd słychać też fantasmagorycznie jazzujące klezmerskie kapele. Po coż nam zatem zawracać sobie głowę bezruchem czy dekadencką nudą, skoro wokół tyle się dzieje. I tu, i tam, i teraz. I wszędzie. Z okolic Czarodziejskiej Góry – albo i ze Łysej Góry na przykład – po prostu widać lepiej.

Read More
AktualnościFelietonyNOTABENE 1985-2025WIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Bez fajerwerków. Nie urodziłem się 4 lipca

Teraz już jest noc i wokół tak ciemno, lecz nam nie jest wszystko jedno. Ja przynajmniej czasu nie liczmy, gdy w domu zimno, okna zamykam, wkładam szlafmycę. Nasz czarny kotek zaś wlazł na płotek i mruga. Ładna to piosneczka, nie długa. Nie długa, nie krótka, lecz w sam raz. Zaśpiewaj koteczku jeszcze raz.

Doczekaliśmy mrocznych czasów, gdy neofaszystowski populizm (tak, nie bójmy się tego określenia) emanuje z wymarzonej przez tak wielu Ameryki, wciągając nas wszystkich w globalno-lokalny pojedynek na gęby. Trumpowski ruch MAGA (Make America Great Again) szaleńczo i cynicznie zawładnął umysłami nieznacznej większości małomiasteczkowej Ameryki. Donald Trump bezlitośnie zadekretował masowe deportacje domniemanych nelegalnych imigrantów. Odbywa się to wszystko niejako „poza trybem”, pośród łez spływających bezsilnie po policzkach nowojorskiej Statuy Wolności. Tej samej, która – odkąd pamiętamy – stanowiła dla uchodźców i emigrantów ze świata symbol lepszego, godniejszego życia.

Haniebne wzorce zza oceanu usiłują przeszczepić na nasz europejski i polski grunt rodzimi trumpiści, a właściwie mętni i pokrętni Bąkiewicze et consortes, nakręcający antyuchodźczą i antyimigrancką spiralę zagrożenia i nienawiści. Dzieje się to w chrześcijańskiej Polsce, gdzie miłość bliźniego w potrzebie winna być dla nas wszystkich najwyższym nakazem…?

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Obce we wsi! Paszcze w puszczy

Skoro wszystko już było, nie warto się powtarzać. Jednakże, gdy wokół wojna, trudno nie ulec mrocznym rozmyślaniom. To niesamowite zresztą, jak niewiele przez lata zmieniło się w naszej zbiorowej wyobraźni. Do tego niełatwo jednoznacznie stwierdzić, dlaczego tak się dzieje. Do niedawna wydawało się, że po roku 1989 wpadliśmy po prostu w jakiś wir błędnej czarnej dziury, z której nijak nie możemy się wydostać.

Podczas  zakupów kieleckim Lewiatanie, po raz kolejny dopadły mnie dylematy XVII-wiecznego angielskiego filozofa Thomasa Hobbes’a, który niedługo po wojnie domowej w Anglii w roku 1651 wyartykułował słynne antyczne powiedzenie Homo homini lupus est (Człowiek człowiekowi wilkiem).

Według Hobbes’a „życie człowieka jest samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie,” wobec czego nie pozostaje nam nic innego, jak się dogadać i stworzyć suwerenną wspólnotę, która pozwoliłaby ten permanentny w dżungli stan walki o przetrwanie, czyli „wojny wszystkich ze wszystkimi” trwale przezwyciężyć. 

Lewiatan Hobbes’a to potwór z ludzką twarzą, który paradoksalnie daje nadzieję na zbudowanie lepszego jutra. Przewodzi on wyimaginowanej (politycznej) wspólnocie, stworzonej oczywiście ze strachu. Tak, jak straszą nas od wieków wyobrażenia, m. in. Williama Blake’a o makabrycznej i szatańskiej w istocie Paszczy Lewiatana, który chciałby na wszelkie sposoby pożreć resztki ludzkiego rozumu i zdrowego rozsądku.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Krużganki oświaty: POLSKA DLA BOCIANÓW!

Tym razem będzie na poważniej, albowiem niezbadane są wyroki niebios oraz szlaki, jakimi chadza nasza wyobraźnia. Niezbadane są horyzonty, z jakimi przychodzi się nam mierzyć w nudnej codzienności. Naiwnie wciąż dziwię się i dziwię, i nadziwić nie mogę. To trochę tak, jakbym był ciągle na początku, gdyż koniec raczej wymyka się mej percepcji. Jest mi zdecydowanie bliższa nieskończoność.

Widziałem wiele razy pustynię ogromną i step szeroki a także prerię, których naturalnie nawet okiem sokolim zmierzyć nie dawało rady. Dookoła zaś prawie wszystko było w ruinie. Nicość po prostu, taka trochę “ziemia ulro”. Nie pozostawało zatem nic innego, jak czem prędzej wstawać z kolan i głowę (dumnie choć nieśmiało) unosić ku niebu, coby zaraz potem z zapartym tchem zerkać na horyzont. Metafizycznie ekscentryczny ma się rozumieć, bo gdy z rzadka raczej bywało tuż po deszczu, po którym zaraz wychodziło słońce, tęczy co raz wypatrywałem,. Tak było po to tylko by natychmiast zdać sobie sprawę, iż cóż z tego że wkoło tak kolorowo, skoro i tak nikt nie woła, a i tak trzeba było jechać dalej. Fatamorgana, nudny bezruch i cisza to w sumie to samo.

Codzienny gwar panujący w sercu Europy jest także na swój sposób metafizyczny i ekscentryczny. Owe tysiące eurokratów mozolnie i z pasją starających się porządkować wszechobecny wielowymiarowy chaos. Sprawnie poruszają się wewnątrz iście platońskiego labiryntu, gdzie definicje naszej europejskości jawią się niczym ulotne cienie na jego ścianach. Wszystko układa się potem w dość przekonywującą całość, w coś, co można by zapewne nieco enigmatycznie nazwać pragmatycznym idealizmem ponowoczesnej Europy.

Read More