WIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Świętokrzyska donkiszoteria

Zbliża się maj i pierwszy długi weekend tej wiosny. Czas zatem na relaks, odrobinę spokoju i auto-refleksji. Chciałoby się powiedzieć: czas na miłość – taką, która nie jest niemożliwym do spełnienia marzeniem i nie jest jedynie ulotnym cieniem mrugającym nieśmiało na platońskiej ścianach jaskini. Czas na miłość, która siłą wyobraźni i pozytywnej energii dodaje nadziei i wiary, inspiruje, uskrzydla i góry przenosi, czyż nie tak? Dodaje po prostu sił w codziennej „walce z wiatrakami”. Te wszystkie właściwości przypisywane są krzemieniowi pasiastemu, który istnieje w naszej wyobraźni od wieków jako talizman ozdrowieńczego optymizmu, szczęścia i miłości właśnie. Świętokrzyski krzemień pasiasty zawiera zatem w sobie niesamowitą moc.

Źródłem nieskończonej inspiracji dla Don Kichota jest natomiast postać Dulcynei. Błędny rycerz-idealista oraz jego wierny giermek-realista podążają tą samą drogą, wzajemnie się uzupełniając. Rycerski Don Kichote potrzebuje Dulcynei, platonicznej muzy, która jest idealnym drogowskazem w jego pozornie szalonej walce o lepszy świat. Pragmatyczny Sanczo Pansa wiernością, pełną realizmu trzeźwością umysłu i bezwarunkowym oddaniem, służy tej samej sprawie.

Nasza „walka z wiatrakami” byłaby raczej beznadziejna i pozbawiona sensu bez miłości. Irracjonalny romantyzm splata się w naszej czasoprzestrzeni kulturowej nieustannie z pragmatycznym realizmem i pozytywizmem. W tym kontekście nie jest zaskoczeniem, iż stworzona przez Cervantesa postać Don Kichota – w chwili, gdy ją poznajemy – jest już w dojrzałym wieku „około pięćdziesięciu lat” (proces dojrzewania zabiera jednak trochę czasu). Dedykowany Dulcynei obłędny idealizm Don Kichota, wraz z dojrzałym realizmem Sanczo Pansy, ostatecznie zwyciężają.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Kolory świata

Dawniej mówiło się „oby do wiosny” i chyba mamy wreszcie wiosnę, ale to niestety dopiero kwiecień-plecień. Wszystko się zatem przeplata: wojna i pokój, rozpacz i szczęście, smutek i radość. Tak po prostu wygląda codzienność na pograniczu centrum i peryferii świata tego.

Są takie miejsca, gdzie tragedia nieustająco miesza się z komedią. Strach tworzy w nich smutną całość ze śmiechem będącym wszak jego antidotum, a zniewoleni ludzie dodają sobie nawzajem odwagi patrzeniem w oczy innym współtowarzyszom niedoli.

Są takie miejsca, gdzie wciąż zewsząd spoziera albo orwellowski Wielki Brat, albo Minister Szczęścia – w samym sercu pustyni – czujnie nadzoruje pełen świecidełek ponowoczesny blichtr, nikczemnie tworzony rękami współczesnych niewolników. Nieopodal zaś, co piątek o zachodzie słońca i w majestacie prawa, publicznie ścinane są głowy winnych i niewinnych. Nieco dalej na wschód post-sowieckie hordy palą w mobilnych krematoriach ciała bezdusznie zamordowanych… Ten barbarzyński świat istnieje naprawdę i jest geograficznie bliżej niżby nam się wydawało.

W Szirazie, niedaleko Persepolis znajduje się otoczone parkiem pełnym egzotycznie kolorowych kwiatów mauzoleum perskiego poety Hafiza. Pomimo opresywnego kulturowo kontekstu dzisiejszego Iranu, zakochane pary – bez strachu i z uśmiechem na twarzy, o dziwo – przechadzają się tam co piątek z tomikami poezji Hafiza, z których w nabożnym skupieniu odczytują szeptem przypadkowo wybrane wersy. Odważnie wierzą, że spełnią się kiedyś ich pragnienia. Wierzą, że “kto czyta, żyje wielokrotnie”, bez względu na pełną wyzwań codzienność.

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Snobizm i po(d)stęp*, czyli ulotny czar rewolucji

Pochodzenie słowa snob sięga czasów raczej odległych, kiedy to w rejestrze nowo przyjmowanych żaków na najstarszych angielskich uniwersytetach w rubryce dotyczącej pochodzenia społecznego, tych którym nie był dany przywilej szlacheckiego urodzenia, określano jako sine nobilitate (w skrócie: s.nob). Tak też powstała klasa snobów, dla których dobre wykształcenie stawało się przepustką do awansu społecznego, z aspiracjami do przywództwa i ewentualnego sprawowania władzy.

Szlachectwo w sposób naturalny zobowiązywało, noblesse oblige. Awans społeczny snoba zaś odbywał się niejako 'poza trybem’ i o ile szlachectwo faktycznie zobowiązywało, o tyle snobstwo wytwarzało iluzję równości z tymi, którzy z racji urodzenia odziedziczyli, to znaczy mieli pewne niepisane i raczej trudno nauczalne wartości i zasady niejako we krwi.

Nieskrywana wyższość owych 'szlachetnie urodzonych’ niekoniecznie dawała równe szanse tym, którzy do szlacheckości jedynie aspirowali, w kontekście demokracji jednak i jedni, i drudzy stawali się 'równymi’ wobec prawa, co samo w sobie nie było przecież złe, jednakże stawiało pod znakiem zapytania sposób interpretowania nie tylko otaczającej rzeczywistości, lecz także szeroko rozumianych praktyk demokratycznych i ich ducha.

Snobizm przeobrażał się zatem z czasem i wynaturzał, przybierając nędzne formy historycyzmu, czyli tzw. konieczności dziejowej, bo tak miało być i już, bo tak było lepiej, bo co wy tam w gruncie rzeczy wicie-rozumicie, skoroście się urodzili z miejsca predestynowani do tego, by lepiej widzieć i czuć, a bo to i zawsze od razu słychać, że ktoś jest “z miasta” albo nie. Stąd już był tylko krok do ordynarnego populizmu, często nazywanego za Stefanem Kisielewskim „dyktaturą ciemniaków”…

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Szok kulturowy. Pnioki, krzoki i ptoki

W hipernowoczesnym świecie pnioki należą chyba do rzadkości. Coraz trudniej też pozostać krzokiem. Najczęściej zatem jest się ptokiem. Krzokiem zresztą po prostu się bywa, a ptokiem się jest.

To oczywiste, że zawsze skądś jesteśmy i dokadś zmierzamy. W Europie wielu z nas jest jak te bociany, co to zawsze luksusowo fruną sobie tam gdzie cieplej – Polacy do Egiptu, Niemcy do Hiszpanii i tak dalej. Nie inaczej jest i w Kanadzie, gdzie przed zimą snowbirds (śnieżne ptaki) – jak nazywają Kanadyjczyków Amerykanie – gromadnie lecą z zimnej północy na ciepłe florydzkie południe, aby przeczekać koszmarne mrozy.

Żeby w pełni zrozumieć, trzeba doświadczyć. Żeby zrozumieć uchodźców nadal koczujących w głodzie i chłodzie u bram wolnego świata, samemu trzeba było być kiedyś uchodźcą i emigrantem. I stąd mam szok, bo nie wiem, czym sam jest krzok czy ptok. Wiem za to, że krzok ptoka raczej nie zrozumie. Ptok ptoka – już prędzej.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Nie ma, jak na wsi. Być, czyli mieć

Często nad ranem z Kielc do Lublina zmierzam – przez Sycynę, Zwoleń i Czarnolas. Po drodze – jak zawsze – mijam małą wieś Szczęście, nazwaną tak zapewne na cześć Jana Kochanowskiego.

Tak właśnie sobie wyobrażam “wieś spokojną, wieś wesołą”, gdzie mimo chłodu, nie ma głodu, a faunowie skaczą radośnie po lesie, szczęśliwi gospodarze zaś wieczorami liczą wracające z pola ekstatycznie ryczące bydło.

Od czasów wieszcza wiele się tu zmieniło, bo obecnie w Szczęściu – bez względu na porę – ze świecą szukać by bydła jakiegoś. No właśnie, gdzie się podziały te krowy szczęśliwe i święte? Pewnie śpią jeszcze bądź też wyemigrowały. Wyklęte?

Skoro o szczęściu mowa, nie sposób nie poddać się metafizyce i nie wspomnieć o Arystotelesie. Według niego być szczęśliwym, to “dobrze żyć i dobrze się mieć”. Szczęście zatem to bardziej sposób życia niż stan materialny. Szczęście to najwyższe pragnienie wszelkich istot ludzkich.

Skoro zatem szczęście jest w nas, to droga do niego prowadzi poprzez rozważne pielęgnowanie w sobie cnót najszlachetniejszych. Indywidualne szczęście splecione jest też ze szczęściem zbiorowym, z troską o dobro wspólne.

Im bardziej sami jesteśmy szczęśliwi, tym szczęśliwszymi czynimy naszych współobywateli. Być szczęśliwym, to mieć szczęście i potrafić się nim dzielić. Wtedy nigdy nam szczęścia nie zabraknie.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Tako rzecze DJ Trump, czyli w oparach absurdu…

Wenezuelski dyktator Nicolas Maduro obalony, a mija dopiero rok, odkąd DJ Trump usiłuje nas przekonać, że mimo tego coś jednak „źle się dzieje” w państwie duńskim… Widać, słychać, a i czuć to zresztą na ulicach takiej na przykład Kopenhagi. Pomimo zimowej pory porozbierane nieprzyzwoicie Lego-syrenki, przykucnięte przy nabrzeżach, bujają się mimo wszystko frywolnie, z całą pewnością nieświadome, że Dania juz niebawem może znaleźć się w centrum kolejnego poważnego kryzysu międzynarodowego – na skalę wprost nie-wy-o-bra-żal-ną.

A wszystko to za sprawą legotycznie komiksowego prezydenta Trumpa oraz rzeczywistej, będącej duńskim terytorium zależnym, Grenlandii, którą tenże chciałby „sobie wziąć” i uczynić zeń raczej „Amerykę” niż „EUropę” – choćby nawet tego bardzo nie chciała (?).

Coś się zmieniło jednak od roku 2019, gdy Trump gotów był Grenlandię kupić, chociaż nie była wystawiona na sprzedaż ani wtedy, ani teraz. Jak to NIE na sprzedaż? Powiedzenie NIE amerykańskiemu hucpiarzowi urasta niestety ni-stąd-ni-zowąd w dzisiejszych czasach do rangi dyplomatycznego faux pas.

Skoro okazało się, iż o jakimkolwiek „biznesie” w kwestii grenlandzkiej nie było i nie może być mowy, czekamy teraz na kolejnego focha naszego anty-bohatera, który w 2019 odwołał w trybie pilnym planowaną wtedy wizytę oficjalną w Lego-Królestwie Danii. Nie, to nie!

Lego-Królowa Małgorzata naturalnie bardzo się tym przejęła i wpadła w rozpacz tak wielką, iż czem prędzej zarządziła ogólnonarodową Lego-fiestę, która zakończy się (a jakże) konkursem i balem charytatywnym, podczas którego dumni poddani stworzą z klocków gigantyczną Lego-Grenlandię?

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Maskarada

Pora wstawać, bo mam dziś znowu urodziny. Imieniny także kiedyś miałem dziś, ale kilka lat temu przeniosłem je na czerwiec, no bo po co świętować raz, skoro można i dwa, i trzy, i cztery, i tak dalej. Jak co rano, wkładam maskę i sprawdzam w lustrze, czy wszystko ze mną OK. Głowa jest. Dwie ręce są, dwie nogi też, więc pora wziąć sie do pracy. Spróbuję jeszcze po drodze złapać przynajmniej kilka myśli ulotnych. Zanim bezpowrotnie przewieje je wiatr. Skoro jestem dziś homo sapiens (człowiek „myślący”), robię co głowa na myśl przyniesie. Ależ to jest maskarada urodzić się w Dzień Konrada.

Nie tak dawno w Krakowie w tymże dniu znowu były “Dziady”. Konrad zaś improwizował – jak zawsze – w samotności, tamtym razem (w 2022) jako niewiasta i stąd tak kategoryczne były żądania co niektórych, by przedstawienie zdjąć z afisza albo przynajmniej nie pokazywać go młodzieży. Nie wnikając w meritum sporu, lepszą reklamę w tym wypadku trudno było sobie wyobrazić. 

Domniemany patriotyczny homo ludens (człowiek bawiący się) czyli Mickiewicz i jego dzieło w ogóle mają u nas wyjątkowego pecha, tudzież „wielkie szczęście”. Mówienie “Dziadami” – odkąd stało się modne – miało się wszak skończyć w roku 1968. Oburzył się był wtedy nań – i to nie na żarty – sam homo „sovieticus” (człowiek sowiecki). Wtedy odprawianie “Dziadów” bezskutecznie wybijano z głowy protestującym obywatelom, studentów zapędzając “do nauki”, literatów zaś – “do pióra”. I tak to za sprawą Konrada wciąż trwa w najlepsze ta nasza swojska, trochę kowbojska i nabzdyczona maskarada.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

O wschodzie słońca. Brzmienie ciszy…

13. stycznia 2026r. w przededniu siódmej rocznicy zamordowania prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza znów jest ciemno, smutno i cicho. Wsłuchując się w ciszę, paradoksalnie czuję, że jestem pod ścianą płaczu. Wydaje się, iż przed tą nieznośną przeznaczoną nam ciszą nie ma ucieczki. W ciszy można jednak jeszcze coś szeptać. Cisza jest modlitwą. Modlitwa jest ciszą.

Według wyklętego poety Edwarda Stachury “życie to jest (i nie jest) teatr.” Wobec piękna, miłości i kolorowej “maskarady” życia, blednie zaś nawet sama śmierć. Na scenie życia wszyscy jesteśmy niczym zakochany i boski antyczny Chór. Arystoteles powiedziałby, iż jesteśmy “idealnymi widzami”, tańcem i muzyką wyrażającymi zarówno radość jak i smutek.

W tragedii greckiej kluczowym i najważniejszym momentem jest katharsis, oczyszczenie, które choć przeszywa na wskroś niepojętym bólem, to jednak pozwala żyć dalej. Reszta jest milczeniem i ciszą. Nie pozostaje nic innego, jak wsłuchać się w jej brzmienie, po to by codziennie przezwyciężać wszechobecny hejt…

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Europejskie metamorfozy. Polska korrida 2025/2026

Wysłuchawszy cierpliwie sylwestrowego orędzia prezydenta RP, natychmiast zamarzył mi się długi spacer po Domu Historii Europejskiej w Brukseli. A wszystko po to, by uciec choćby na chwilę (i jak najdalej) od przaśnego i siermiężnego prezydenckiego przekazu ostatniego dniu roku 2025. Tenże „Dom Europy” jest miejscem doskonałym i na swój sposób wyzwalającym. Myśląc bowiem o historii nabieramy niezbędnego dystansu, by mierzyć się raz po raz z nabzdyczoną, nudnawą, usilnie zakłamywaną nadwiślańską codziennością.

Dla równowagi oddaję się zatem magii metafor, symboli, legend i mitów. Naturalnie od razu przychodzi mi na myśl Owidiusz i jego mitologiczne metamorfozy, w których to z chaosu – po wielu przemianach i perypetiach – zawsze wyłania się w końcu jakaś spójna i szczęśliwa całość. I zapewne – mimo wszystko – tak też będzie z naszą czasoprzestrzenią kulturową w roku 2026.

Jeśli wierzyć Owidiuszowi, porwana przez (zmienionego w dorodnego Byka) Zeusa przepiękna Europa wydaje się być wystraszona i zachwycona jednocześnie, jakby zdając sobie sprawę, iż pomimo podróży w nieznane wszystko i tak dobrze się skończy. Na Krecie. Zapytajcie przy okazji współczesnych Kreteńczyków o tajemniczą grotę, która stała się schronieniem dla Europy, uwiedzionej przez niewątpliwie zakochanego w niej po uszy Zeusa.

Ktoś powie, że to było dawno i nieprawda, że to wszystko są opowieści dziwnej treści, na miarę na przykład tych z tysiąca i jednej nocy. Szeherezada to Szeherezada, a Europa to Europa, Miłość to Miłość, koniec i kropka, i nie ma tu nad czym się rozwodzić. Wszystko i tak znajdzie prędzej czy później swój kres – czego na razie nie przyjmuje do wiadomości rozkrzyczany prezydent Nawrocki vel Trumpski… Poczekamy, ale czy doczekamy? Oto jest pytanie.

Nie można jednak spokojnie myśleć o końcu bez refleksji nad początkiem. Nie można zrozumieć tego, co jest, bez znajomości tego, co za nami. Pomiędzy jest droga, na której przebycie jesteśmy skazani. Ciągle idziemy, nie zawsze wiedząc dokąd i po co. Życie to jest taki niekończący się peripatetikon. Lecz warto iść aż po horyzontu kres (mimo łez), bo podróże kształcą.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Bee happy! Życie na pograniczu

Jak to na pograniczu, przy porannej kawie czytam z zapartym tchem po raz kolejny “Nieznośną lekkość bytu” Milana Kundery. I co z tego? Ano picie kawy tylko wtedy ma sens, gdy towarzyszą mu szalone emocje. Tylko wtedy ta banalna z pozoru czynność staje się przeżyciem głęboko egzystencjalnym.

Einmal ist keinmal (raz to tyle, co nic), dlatego tak ważnym staje się staranne kultywowanie codziennych rytuałów. W innym przypadku życie przecieknie nam mimowolnie przez palce, a na końcu tej drogi jest już tylko nuda i bezsens – a do tego dopuścić nie możemy.

Gdy wszystko wokół przemija niczym sen, tak czy inaczej szukamy w pamięci jakichś trwałych punktów odniesienia do przeszłości, pozwalających przetrwać to, co niespodziewanie zsyła nam los.

Nie mają oczywiście większego sensu jakiekolwiek próby użalania się nad sobą. Albowiem tak jak nie można zatrzymać czasu, nie można też uciec ani przed sobą, ani przed przeznaczeniem. Warto zatem ot tak, po prostu dać się ponieść owej nieznośnej fali błogiej tymczasowości. Jak to na pograniczu.

To oczywiste, że nie można zmienić przeszłości, a teraźniejszość na pograniczu okazuje się w gruncie rzeczy wieloznacznym i nieznośnym półsnem. Jedyne zatem, co trzyma nas przy życiu tu i tam, i wszędzie, to dająca nadzieję przyszłość.

W miarę upływu lat zmagania z codziennością kończą się u mnie zawsze konstatacją, iż w gruncie rzeczy „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”, gdyż tylko na nie czekamy i tylko to, co przed nami można zmienić na lepsze. Szczęśliwego Nowego Roku 2026!

Read More