FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Lato na peryferiach. Czarodziejskie Davos

Czytajcie Thomasa Manna (i nie tylko), a będzie Wam dane

Jeden z lipcowych weekendów w tym roku spędziłem na belgijsko-francuskich peryferiach – wśród malowniczych wydm Dunkierki – kolorowej, ciepłej i nieco tajemniczej. Dzisiaj z kolei jestem już w zupełnie innym świecie – w szwajcarskim centrum Davos, nieopodal Czarodziejskiej Góry, która przywodzi oczywiście na myśl Thomasa Manna.

Było i jest magicznie, więc zastanawiam się, skąd tak naprawdę lepiej patrzeć na świat. Podobno najłatwiej zrozumieć centrum świata z peryferii, jeszcze lepiej zaś, gdy peryferie stają się w końcu centrum. W świecie, w którym przyszło nam żyć, granica pomiędzy peryferiami a centrum stała się zresztą niezwykle ulotna.

Do Dunkierki dotarłem za sprawą filmu, który już raz widziałem. Do Davos zaś przywiodła mnie ponownie po latach powieść Thomasa Manna, którą czytam na nowo i w jakże odmiennym kontekście. Oczywiście, że podobają mi się nadal najbardziej tylko i wyłącznie te filmy/miejsca/książki, z którymi już się kiedyś zetknąłem.

Od czterdziestu lat czuję się jak w transie albo na rejsie, niczym na łódce targanej niespodziewanymi podmuchami wiatrów, wśród nieustająco powracających w mą stronę fal oceanu. Zręcznie dryfuję i to szalone uczucie wolności nie zna granic. Nie ma też końca. 

W Davos przykładam do oczu lornetkę, by lepiej przyjrzeć się peryferyjno-centralnej codzienności. Im dłużej patrzę, tym bardziej pogrążam się w swoistej nudzie i otępieniu globalno-lokalnego obyczaju. Nastrój znowu jest niepokojąco i katastroficznie przedwojenny. W nie tak znowu odległej naszej małej ojczyźnie zaś, na Łysej Górze, raz po raz beztrosko harcują świętokrzyskie czarownice.

W okolicznych lasach natomiast Makosz z Makoszą nabożnie odprawiają swe rytualne pogańskie pląsy. W przerwach zaś pajączki delikatnie oplatające piersi roznamiętnionej Makoszy, nabożnie przepowiadają Makoszowi przyszłość.

Makosz staje się tym samym na naszych oczach takim współczesnym i wszystko-wiedzącym Settembrinim, który dał sobie wreszcie spokój zarówno z Naphtą, jak i z Castorpem. W tym wszystkim nie brakuje oczywiście sandomierskiego wina, a jakby co, to poprosimy o więcej – poprosimy o cud.

Zewsząd słychać też fantasmagorycznie jazzujące klezmerskie kapele. Po coż nam zatem zawracać sobie głowę bezruchem czy dekadencką nudą, skoro wokół tyle się dzieje. I tu, i tam, i teraz. I wszędzie. Z okolic Czarodziejskiej Góry – albo i ze szczytu Łysej Góry na przykład – po prostu widać lepiej.