2025 • ROK ŻEROMSKIEGOFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Snobizm i po(d)stęp*, czyli ulotny czar rewolucji

W Roku Żeromskiego po ponownej lekturze “Przedwiośnia” aż ciśnie się na usta pytanie, czy faktycznie wszystko można wytłumaczyć nieudaną miłością? Cezary Baryka z powodu zawiedzionej miłości do Laury zdecydował się stanąć na czele rewolucyjnego pochodu, z przewidywalnymi konsekwencjami. Był wszak przekonany, że kto za młodu nie był romantykiem, na starość będzie musiał cierpieć. Wolał zatem tego nie doczekać. Nie zrozumiał, że skoro nagle runął mu świat, wiosna i tak by nadeszła. Uległ rewolucyjnemu przekonaniu, że jutra może nie być albo też, nawet jeśli byłoby mu ono dane, życie bez Laury i tak straciło sens.

Baryka nie wiedział, że totalna dezintegracja wewnętrzna, może prowadzić jednak do re-integracji na wyższym poziomie (pod)świadomości, ewolucyjnie. Świat nie kończy się wszak na jednej ulotnej, choćby nawet najdoskonalszej idei. Ze złamanym sercem też można dalej żyć. Głos wewnętrzny tym razem nie podpowiedział Cezaremu, ani czego ma nie robić, ani tym bardziej, jak ma dalej żyć. Szalona, idealna i bezkompromisowa miłość niejako odebrała naszemu bohaterowi rozum, a polityczne zaangażowanie stało się dlań niestety manifestacją podstępnego snobizmu. Idąc za głosem sponiewieranego serca, snobistycznie szedł za głosem ludu. Ano, bo przecież nie od dziś wiemy, że “głos ludu” może być postrzegany niczym “głos Boga” (Vox populi, vox Dei). Taaak, ta niemożliwa samotność (cóż po ludziach) omotała Cezarego bez reszty…

Pochodzenie słowa snob sięga czasów raczej odległych, kiedy to w rejestrze nowo przyjmowanych żaków na najstarszych angielskich uniwersytetach w rubryce dotyczącej pochodzenia społecznego, tych którym nie był dany przywilej szlacheckiego urodzenia, określano jako sine nobilitate (w skrócie: s.nob). Tak też powstała klasa snobów, dla których dobre wykształcenie stawało się przepustką do awansu społecznego, z aspiracjami do przywództwa i ewentualnego sprawowania władzy.

Szlachectwo w sposób naturalny zobowiązywało, noblesse oblige. Awans społeczny snoba zaś odbywał się niejako 'poza trybem’ i o ile szlachectwo faktycznie coś znaczyło, o tyle snobstwo wytwarzało iluzję równości z tymi, którzy z racji urodzenia odziedziczyli, to znaczy mieli pewne niepisane i raczej trudno nauczalne wartości i zasady niejako we krwi. Nieskrywana wyższość owych 'szlachetnie urodzonych’ niekoniecznie dawała równe szanse tym, którzy do szlacheckości jedynie aspirowali. W kontekście demokracji jednak i jedni, i drudzy stawali się 'równymi’ wobec prawa, co samo w sobie nie było przecież złe, jednakże stawiało pod znakiem zapytania sposób interpretowania przez snobów nie tylko otaczającej rzeczywistości, lecz także szeroko rozumianych praktyk demokratycznych i ich ducha.

Snobizm przeobrażał się zatem z czasem i wynaturzał, przybierając bezkrytycznie rewolucyjne formy nędznego historycyzmu, czyli tzw. konieczności dziejowej, bo tak miało być i już, bo tak było lepiej, bo co wy tam w gruncie rzeczy wicie-rozumicie, skoroście się urodzili z miejsca predestynowani do tego, by lepiej widzieć i czuć, a bo to i zawsze od razu słychać, że ktoś jest “z miasta” albo nie.  Stąd już był tylko krok do ordynarnego populizmu, często nazywanego za Stefanem Kisielewskim dyktaturą ciemniaków.

Czy sedno demokracji zatem rzeczywiście tkwi w tym, że wolni ludzie w wolnym kraju faktycznie dokonują większościowego wyboru w imię starej prawdy „vox populi, vox DeI” (głos ludu, głosem Boga)? Domniemana 'boskość’ demokratycznie wyrażonej woli większości o tyle jest przydatna, że suweren ulega wtedy iluzji wpływu na rzeczywistość i autentycznego 'poczucia władzy’. Jakże mogłoby być inaczej, skoro Bóg tak chciał…

Vox populi, vox Dei było przez jakiś czas przypisywane autorowi „Robinsona Crusoe” Danielowi Defoe, co nie odpowiada faktom historycznym. Maksyma ta po raz pierwszy została wypowiedziana przez angielskiego teologa i filozofa Alcuina około roku 789. Miała ona zresztą nieco inne znaczenie, mianowicie „głos ludu” o tyle był istotny, by tenże lud 'prowadzić’, nie zaś by za nim 'podążać’. Poprzez odniesienie do Alcuina można by zatem prawdopodobnie uzasadnić paradoksalną logikę tzw. demokracji nie-liberalnej, w myśl której nawet minimalna, nieufna i subiektywna większość może swoje idee narzucać owej liberalnej mniejszości, dla której najcenniejsze są indywidualne idee poszczególnych obywateli, składające się potem na 'negocjowalną’ i tym samym zdecydowanie bardziej obiektywną całość.

Liberalna demokracja jest naturalnie sama w sobie konceptem raczej idealistycznym, niczym cienie na ścianach słynnej jaskini Platona. Cienie te wyznaczają nam ideały, ku którym zmierzamy nie jako bezwolna masa, ale jako wolni ludzie dobrowolnie wybierający elementy tworzące otwartą i inkluzywną przestrzeń dla autentycznie zaangażowanej w tworzenie dobra wspólnego większości. Większość ta z kolei wynika z uczestnictwa świadomych obywateli, nawet tych, którzy woleliby 'być prowadzeni’ zamiast po prostu starać  się 'przewodzić’ innym, tak by możliwie największa liczba współobywateli pozostawała 'po jasnej stronie mocy’.

Czar populistycznej rewolucji jest w gruncie rzeczy ulotny, a najgorsze, co może nam się przytrafić, to rządy snobów ze złamanymi sercami, zakładając że przeżyją oni pseudo-bohaterski marsz na czele rozentuzjazmowanego tłumu. Chociaż to trudne, nie ulegajmy podstępom. Zresztą, tak czy inaczej zapewne jakoś to będzie, prawda?…

_______

* Stefan Żeromski, „Snobizm i postęp”, Warszawa 1923