AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Bee happy! Życie na pograniczu

Cieszcie i dzielcie się szczęściem, a będzie Wam dane

Ciemne chmury i żelazna kurtyna trwały w naszej części Europy o wiele lat za długo. Stąd też, gdy już ponad 20 lata temu dotarło wreszcie i do nas to „wielkie szczęście” powiększenia Unii Europejskiej na wschód, wielu z niedowierzaniem i sceptycyzmem odbierało fakt, że oto zdarzył się za życia naszego pokolenia prawdziwy cud. Dostaliśmy się pod „kolorowy parasol” Europy, o którym można było jedynie pomarzyć na przykład w roku 1985, i pod którym dla wszystkich miało starczyć miejsca. A skoro nie ma granic, śmiało można powiedzieć, że od 2004 mieszkamy “na pograniczu” – gdzie wszystko staje się nie tylko ulotne i tymczasowe, ale też fascynujące. Życie na pograniczu ma swój urzekający koloryt.

Jak to na pograniczu, przy porannej kawie czytam z zapartym tchem po raz kolejny “Nieznośną lekkość bytu” Milana Kundery. I co z tego? Ano picie kawy tylko wtedy ma sens, gdy towarzyszą mu szalone emocje. Tylko wtedy ta banalna z pozoru czynność staje się przeżyciem głęboko egzystencjalnym. Einmal ist keinmal (raz to tyle, co nic), dlatego tak ważnym staje się staranne kultywowanie codziennych rytuałów. W innym przypadku życie przecieknie nam mimowolnie przez palce – a do tego dopuścić nie możemy.

Gdy wszystko wokół przemija niczym sen, tak czy inaczej szukamy w pamięci jakichś trwałych punktów odniesienia do przeszłości, pozwalających przetrwać to, co niespodziewanie zsyła nam los. Nie mają oczywiście większego sensu jakiekolwiek próby użalania się nad sobą. Albowiem tak jak nie można zatrzymać czasu, nie można też uciec ani przed sobą, ani przed przeznaczeniem. Warto zatem ot tak, po prostu dać się ponieść owej nieznośnej fali błogiej tymczasowości. Jak to na pograniczu.

To oczywiste, że nie można zmienić przeszłości, a teraźniejszość na pograniczu okazuje się w gruncie rzeczy wieloznacznym i nieznośnym półsnem. Jedyne zatem, co trzyma nas przy życiu tu i teraz, i wszędzie, to dająca nadzieję przyszłość.

W miarę upływu lat zmagania z codziennością kończą się u mnie zawsze konstatacją, iż w gruncie rzeczy ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, gdyż tylko na nie czekamy i tylko to, co przed nami można zmienić na lepsze.

Zbiegiem okoliczności pracowałem nie tak dawno w Kaczycach, mieszkałem zaś w Pogwizdowie, czyli na pograniczu polsko-czeskim. W razie czego mogłem więc szybko zmieniać kanały RTV ilekroć cyniczno-dogmatyczny jazgot i bzykot “pszczół” z pasiek Kaczyńskiego, Mentzena bądź Brauna stawał się naprawdę nieznośny.

Trudno nie ulec wrażeniu, iż na pograniczu można sobie do woli gwizdać i dmuchać na wszystko. Życie na pograniczu wydaje się w gruncie rzeczy znacznie ciekawsze niż nawet najlepsze sanatorium. Codzienna i nieznośna tymczasowość mają po prostu jakiś głęboko ukryty i jakże relaksujący sens. Na pograniczu od razu robi się weselej i szczęśliwiej.

Poza tym szczęście niewątpliwie jest w nas i nieustannie trzeba je tylko kultywować. Nie pozwólmy zatem go sobie odbierać nabzdyczonym pseudo-patriotycznym, antyeuropejskim i neofaszystowskim trutniom. Delektujmy się pograniczną tymczasowością, ile tylko się da. EUropejskie carpe diem? Jawohl, einfach Nirwana. Another day in paradise indeed. Naprawdę, kolejny dzień w raju. Opravdu další den v ráji. Szczęśliwego Nowego Roku 2026!