AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Bez fajerwerków. Nie urodziłem się 4 lipca

Czytajcie i nućcie, a będzie Wam dane

4 lipca znów byliśmy na wsi. Tym razem w Małoszycach, ażeby przywołać ducha Gombrowicza. W Małoszycach po Witoldzie właściwie nie ma śladu. Wszyscy za to w okolicy bezrefleksyjnie nucą Leśmiana. Nocujemy nieopodal – u Ponurego w Janowicach.

Teraz już jest noc i wokół tak ciemno, lecz nam nie jest wszystko jedno. Ja przynajmniej czasu nie liczę, gdy w domu zimno, okna zamykam, wkładam szlafmycę. Nasz czarny kotek zaś wlazł na płotek i mruga. Ładna to piosneczka, nie długa. Nie długa, nie krótka, lecz w sam raz. Zaśpiewaj koteczku jeszcze raz.

Doczekaliśmy mrocznych czasów, gdy neofaszystowski populizm (tak, nie bójmy się tego określenia) emanuje z wymarzonej przez tak wielu Ameryki, wciągając nas wszystkich w globalno-lokalny pojedynek na gęby. Trumpowski ruch MAGA (Make America Great Again) szaleńczo i cynicznie zawładnął umysłami nieznacznej większości małomiasteczkowej Ameryki. Donald Trump bezlitośnie zadekretował masowe deportacje domniemanych nielegalnych imigrantów. Odbywa się to wszystko niejako „poza trybem”, pośród łez spływających bezsilnie po policzkach nowojorskiej Statuy Wolności. Tej samej, która – odkąd pamiętamy – stanowiła dla uchodźców i emigrantów ze świata symbol lepszego, godniejszego życia.

Haniebne wzorce zza oceanu usiłują przeszczepić na nasz europejski i polski grunt rodzimi trumpiści, a właściwie mętni i smętni Bąkiewicze et consortes, nakręcający antyuchodźczą i antyimigrancką spiralę zagrożenia i nienawiści. Organizują na granicy polsko-niemiecko-polskiej „obywatelskie patrole”, w poszukiwaniu migrantów. Dzieje się to w chrześcijańskiej Polsce, gdzie miłość bliźniego w potrzebie winna być raczej dla nas wszystkich najwyższym nakazem…?

Nie urodziłem się w USA ani nawet 4 lipca, kiedy to każdego roku przypada amerykański Independence Day. W moim życiu najważniejszy Dzień Niepodległości zdarzył się w roku 1988, gdy byłem jeszcze uchodźcą i emigrantem. Brzmi to niczym zamierzchła przeszłość, ale to wtedy właśnie na pograniczu Oregonu i Kalifornii, na autostradowym podjeździe pod Grands Pass padło sprzęgło samochodu, którym jechaliśmy z Susan i Steve’em. Była to jeszcze epoka przedkomórkowa, więc każda awaria w trasie wiązała się z poważnymi turbulencjami.

Po około godzinnym oczekiwaniu na poboczu drogi pojawiła się wreszcie policja oraz pomoc drogowa z warsztatu, który sprawnie naprawił usterkę. Susan stwierdziła post factum, iż mieliśmy wielkie szczęście w nieszczęściu. 4 lipca 1988 nocowaliśmy oczywiście w Grants Pass, OR. Wieczorem wybraliśmy się najpierw na kolację, a potem na tradycyjny pokaz fajerwerków. W lokalnej Kentucky Fried Chicken w pewnym momencie ku mojemu szczeremu osłupieniu dostałem czerwoną różę od jednej z kelnerek, która następnie serdecznie mnie wyściskała. Okazało się, iż byłem tego dnia pierwszym cudzoziemcem, który pojawił się w owej restauracji. Nie ukrywałem wzruszenia i zaskoczenia, że coś takiego było w ogóle możliwe. Tak objawiła się Ameryka, o jakiej marzyliśmy.

Jak widać, tej Ameryki już nie ma, tak jak chyba nie ma już Polski otwartej, życzliwej, gościnnej – po prostu: przyzwoitej.

Trwa nadwiślańskie rodeo, w którym obsesyjnie ujeżdżają nasz rodzimy dyskurs swojsko-kowbojskim wściekłym jadem ludzie dziwni i mali, na domiar złego powtarzający monotonnie, natrętnie i fałszywie, iż dzieje się tak w imię patriotyzmu oraz dla naszego wspólnego dobra. Taaak, Bóg, Honor, Ojczyzna to jest to… Mój czarny kotek zaś znów wlazł na płotek i mruga. Ładna to piosneczka, nie długa. Nie długa, nie krótka, lecz w sam raz. A ty mi koteczku buzi dasz? Zatańczmy w ciemności, czekając na cud. Czy znowu kupi to ciemny lud? Po latach szczucia, gdy uschły uczucia, warto sprawdzić, czy polsko-polscy trumpiści faktycznie mają rację. Bez fajerwerków.

POSTSCRIPTUM: 5 lipca 1988 dotarliśmy na Grizzly Peak w Berkeley, CA, gdzie – po podróżnych wzruszeniach dnia poprzedniego – wpadliśmy na chwilę do Czesława Miłosza. Dla ukojenia nerwów i pocieszenia Czesław od razu zaproponował bruderszaft – jak to określił – śliwowicą, to znaczy na talerzu Carol przyniosła śliwki, które popiliśmy czystą wódeczką… Przykolorowanym i rozweselonym naszym gębom – patrzącym z góry na Zatokę San Francisco – można się przyjrzeć bliżej na zdjęciu poniżej. Zwidy i dreszcze z tego spotkania mam do dzisiaj. Bez kaca.

A Ty, jak się masz Koteczku?