Wspomnienie o nas „Pani Nauczycielki”
Wspomnienie „żeromskich czasów” w moim życiu nie jest zadaniem łatwym z wielu powodów, z których dzielące mnie trzydzieści pięć lat od zakończenia wieloletniej pracy w tym liceum wydaje się najbardziej banalne. Dwadzieścia lat funkcjonowania jako nauczycielka języka polskiego i literatury oznacza, że miałam możliwość poznania około ośmiuset młodych ludzi, a w ciągu ich czteroletniej edukacji, doświadczać razem z nimi wielu niezwykłych przeżyć wynikających nie tylko z analizy dzieł literackich, ale również z postrzegania świata, oceniania rzeczywistości, która nigdy nie jest jednoznaczna i oczywista.
Błądzac wzrokiem po nazwiskach kolejnych roczników „moich” klas próbuję przypomnieć sobie, co najmocniej utkwiło mi w pamięci z naszych wspólnych doświadczeń odkrywania w literaturze nośników istotnych dla postrzegania świata wokół nas. Okazuje się również, że można przytoczyć mnóstwo anegdot i opowieści z tamtych lat, obrazujacych relacje uczniowie-nauczyciele niekoniecznie związanych bezpośrednio z nauczaniem danego przedmiotu, ale na pewno związanych z tą właśnie szkołą.
Tym razem jednak przytoczę relację z dwóch wydarzeń, które były związane nie tyle z dość bezwzględnie egzekwowanym od nauczyciela stosowaniem procesu dydaktycznego, ile raczej z poszukiwaniem sposobu, jak ten proces ominąć.
Pierwsza historia wiąże się z analizą II części „Dziadów” Adama Mickiewicza. Nawiązując do genezy dramatu zaproponowałam uczniom, żebyśmy wspólnie po prostu odczytali ten utwór w starej kaplicy, którą wcześniej wybrałam na jednym z cmentarzy zarządzanym przez kancelarię kieleckiego kościoła katedralnego. Nie byłam pewna, do kogo konkretnie powinnam się zwrócić, by odnależć właścicieli, ale uczniowie zapewnili mnie, że sami o to zapytają podczas lekcji religii, na którą uczęszczają właśnie do tego kościoła.
Okazało się wkrótce, że sprawa jest załatwiona i powinnam jedynie osobiście potwierdzić w katedralnej kancelarii cel, dla którego chciałabym wprowadzić klasę do tego przybytku… Kaplica Malinowskich, jak wskazywał napis nad wejściem aktualnie była pod zarządem kościoła, gdyż nikt z dawnych włascicieli ani spadkobierców już nie żył.
Póżnym listopadowym popołudniem spotkaliśmy się na cmentarzu pod drzwiami kaplicy. Wkrótce dotarł tam także ksiądz, prowadzący lekcje religii dla uczniów Liceum Żeromskiego, który znał mnie z uczniowskich opowieści, co mnie trochę wystraszyło(co oni tam o mnie napletli), ale jak sIę okazało – niepotrzebnie.
Ksiądz wielkim kluczem otworzył ciężkie odlewane drzwi i zobowiązał mnie, aby po zakończeniu naszego spotkania dopilnować zamknięcia kaplicy i zwrócić klucz nastepnego dnia.
Ustaliliśmy, że większość klasy pozostanie w kaplicy tworząc CHÓR, a OSOBY DRAMATU, które same zdecydowały z jakiego miejsca będą odczytywać przypadajacy im tekst zajęły swoje miejsca. Duch Złego Pana na przyklad nieoczekiwanie „pojawił się” za oknem i stamtąd prowadził swoją dyskusję z atakujacymi go KRUKAMI I WRONAMI.I tak cała grupa stała się jednocześnie uczestnikiem i obserwatorem ZDARZENIA.
Nie wiadomo, kiedy koncepcja odczytania tekstu w scenerii niejako wywołanej przez poetę stała się ponadczasowym misterium z zupełnie nie planowanym epilogiem, kiedy to po zakończeniu uczestnicy rozeszli się w zupełnej ciszy po cmentarnych alejkach rozstawiając zapalone świeczki na pokrytych swieżym śniegiem grobach.
Reperkusje tej lekcji były znamienne: z jednej strony nastapiła reprymenda od dyrektora za „narażanie uczniów na niebezpeczeństwo i czy rodzice wiedzieli” (a oczywiście wiedzieli) i „dlaczego nie zapytałam przełożonych o pozwolenie” (a oczywiście nie zapytałam). Z drugiej strony zaczęli się do mnie zgłaszać uczniowie z równoległych klas z pytaniem, czy oni też by mogli odbyć taką lekcję jak tamta klasa i to pytanie powtarzało się jeszcze przez parę kolejnych roczników, że słyszeli i że też by chcieli…
Drugie wydarzenie, które jeszcze bardziej zapisało się w mojej pamięci to przygotowanie wspólnie z uczniami widowiska w modnej wówczas konwencji „światło i dżwięk” w oparciu o „Puszczę Jodłową”, przepięknego oratorium napisanego przez Stefana Zeromskiego krótko przed śmiercią w hołdzie dla jego „gór domowych”.
W 1985-tym mieliśmy zatem rok obchodów piędziesiątej rocznicy śmierci patrona szkoły i wtedy niejako urzędowo zostałam wraz z innymi polonistkami poproszona o przygotowanie tych obchodów w obrębie szkoły . Nie pamietam już jak doszło do sytuacji, w której okazało się, że z moim pomysłem wykorzystania „Puszczy Jodłowej” jako bazy do widowiska plenerowego odtworzonego w samym sercu Gór Świętokrzyskich zostałam zupełnie sama.
Projekt spotkał się z wątpliwościami dyrekcji szkoły, gdy chodziło o rozwiązania techniczne, gdy trzeba było zdecydować ilu uczniów ma wziąć udział (a jak rodzice zaprotestują, to kto będzie się tłumaczył, bo na pewno nie pani), gdzie mają odbywać się próby, skąd wziąć oświetlenie i nagłośnienie w środku lasu itp. Rozumiałam te obawy doskonale, ale nie powstrzymały mnie one od nieustannego przekonywania, że przedsięwzięcie ma sens.
W porozumieniu z moją obecnie nie żyjacą już siostrą Mirosławą, zresztą absolwentką liceum z 1969 roku, a w tym czasie solistką Akademickiego Baletu Tańca Nowoczesnego „Kontrast” oraz wykładowcą choreografii na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie, mającą spore doświadczenie w przygotowywaniu tego typu widowisk, postanowiłyśmy rozpocząć działanie. Ja miałam zająć się opracowaniem narracji, wyborem postaci uwiecznionych przez pisarza i zaplanowć cały ruch sceniczny. Siostra miała dobrać odpowiednią ilustracje muzyczną i opracować choreografię. Zdecydowałam, że najlepiej będzie, jeśli w przygotowaniach weźmie udział tylko jedna klasa i próby będa się odbywały w godzinach lekcyjnych, czyli do południa, gdyż tylko ten czas wchodził w rachubę z uwagi na fakt, że moja siostra mogła tylko wtedy dojeżdżać z Krakowa.
Wybrałam klasę humanistyczną, której wychowawczynią była anglistka Ania Nowacka-Rzepa. Ponieważ uczyłam tam jezyka polskiego mogłyśmy razem dysponować sporą ilością godzin lekcyjnych przeznaczając je na próby, na co Ania się zgodziła. Jednak jak zwykle w takiej sytuacji nie mogłam za bardzo liczyć na wsparcie innych kolegów, by choć w minimalnym stopniu przygotowali dla uczniów konspekty, aby mogli w domu popracować nad opuszczonymi z powodu prób lekcjami.
Niektórzy nawet czuli się trochę obrażeni, że przez jakieś moje „dzikie pomysły” oni nie mogą prowadzić swoich tak cennych dla uczniów zajęć. Rozumiałam ich niechęć, ale uparcie przekonywałam wice-dyrektorkę, że przecież to tylko jeden lub dwa dni w tygodniu, które nie bedą trwać w nieskończoność. Przychodziła do auli, gdzie próbowaliśmy koordynację narracji z ruchami sytuacyjnymi i po paru minutach niezmiennie pytała: To może to już dosyć na dziś tego łażenia? Niech lepiej idą na lekcje.
Wreszcie doszły próby z muzyką i tekstem, co już spowodowało, że wszystko stało się bardziej klarowne i skoordynowane. Jedną z bardziej dynamicznych części był taniec leśnych widm wspaniale ilustrujący narrację „Lecz stare bóstwa domowe i leśne nie pomarły. Grasują wciąż jeszcze czarownice, cioty i widmy latają na szczyt Łysicy po tajemnicze zioła, rzucają urok i sprowadzają nieszczęście.”
Pamiętam, że odtwórcy innych ról natychmist podchwycili jedno bardzo wyraziste słowo w efekcie czego wybrani z innych klas tancerze byli gotowi zrezygnować ze swojego występu, jeśli koledzy mnisi i koledzy osadnicy nie przestaną ich tak przezywać. Nic nie pomogły moje wyjaśnienia, że to słowo ma w tekście Żeromskiego zupełnie inne znaczenie i pochodzi z ludowych przypowieści. Siostra wpadła w panikę, bo tancerze pochodzacy z innych klas zostali na prośbę Miry starannie wybrani przez świetną naszą „wuefistkę” niestety już nieżyjacą Teresę Korubę. Musieli oni mieć bardzo dobre poczucie rytmu i jednocześnie być porządnie „rozciągnięci”. Na szczęście „przezywacze” zostali zneutralizowani pod grożbą usunięcia z programu i przymusu uczestniczenia w zajeciach lekcyjnych równoległej klasy.
Układ choreograficzny opracowany przez Mirę wymagał wyskoków, szpagatów w powietrzu i innych ewolucji typowych dla tańca klasycznego. Profesorka Koruba znakomicie wywiązała się z zadania przysyłając kilkoro wysportowanych i umuzykalnionych wykonawców, którzy jak się póżniej okazało wręcz brawurowo wykonali taniec uwiecznionych przez Żeromskiego „strzyg i zmór” do muzyki z Obrazków z Wystawy Modesta Mussogorskiego.
Osobnym problemem okazały się kostiumy: habity dla mnichów, chłopskie sukmany dla osadników książęcy strój dla wegierskiego Emeryka. Z większością poradziliśmy sobie sami, a jedynie habity mnichów zostały wypożyczone od „Kontrastu” i zwiezione przez siostrę do Kielc. Kostiumy księcia węgierskiego Emeryka i biskupa Lamberta zostały o ile pamietam, wypożyczone z kieleckiego teatru.
Pozostawała jeszcze bardzo trudna sprawa nagrania muzyki pochodzęcej z odrębnych kompozycji i skoordynowania jej z narracją, która poczatkowo miała być prowadzona przez trzy osoby Edytę Armańską, Elę Białek i Ignacego Jakubczyka. Było czternaście fragmentów tekstu „Puszczy Jodłowej” i tyleż samo fragmentów muzycznych wybranych głównie z klasyki światowej. W radiu kieleckim podjęto się wykonania nagrań oprawy muzycznej oraz tekstu, ale musieliśmy pozostawić tylko jednego narratora, którym został Ignacy.
Przed zbliżajacym się dniem premiery przedstawiłam dyrekcji dokładny plan widowiska i poprosiłam o transport dla aktorów kilka godzin przed występem, aby mogli zapoznać się z wybranym miejscem przedstawienia w Ciekotach w miejscu, gdzie kiedyś stał dom rodziców pisarza. Dyrektor rzeczywiście zwrócił się do jednej z kieleckich jednostek wojskowych o zabezpieczenie oświetlenia i pochodni, a harcerze z Błękitnego Szczepu Dzieci Gór rozstawili namiot 12-tkę, aby występujący mogli tam przechować ewentualne rekwizyty lub zmienić kostium. Razem z Mirą podzieliłyśmy się zadaniami: ona pozostała w namiocie pełniąc funkcję inspicjenta, a ja pozostałam na widowni, aby pilnować tempa rozwoju akcji. Wszystko musiało się odbywać punktualnie, gdyż dżwięk łącznie z narracją dobiegał z tzw. plejbeku, a Ignacy jako narrator musiał się bardzo pilnować, aby nie wyprzedzać i nie opóżniać swojego monologu z czego wywiązał się nadzwyczajnie.
Pamiętam powoli wyłaniające się z mroku reflektorów zarysy wysokich drzew otaczających polanę-scenę i trójkę beztrosko biegających dzieci (Pauliny, Nikodema i Mateusza) oraz słowa pisarza „wskrzeszonego” przez Ignacego: W uszach moich trwa szum twój, lesie dzieciństwa i młodości – choć tyle juz lat nie dano mi go słyszeć na jawie!
Po tym swoistym prologu rozpostarło się całe piękno języka niezwykłego i niepowtarzalnego, przypominajacego jakieś benedyktyńskie chorały, leśne poszumy, ludowe zaśpiewy, ptasie krzyki i pohukiwania puszczyków. Tutaj Ignacy okazał się mistrzem, a widownia naprawdę zamarła, choć przyznam się, że trochę obawiałyśmy się z siostrą reakcji młodzieży nieoswojonej z tego rodzaju przedstawieniem.
Ruszyły kolejne żywe obrazy ludzi leśnych, braci Benedyktynów,orszaku Emeryka z relikwią drzewa z Krzyża Świętego. Potem rycerze kupcy, osadnicy z nadania biskupiego, którzy stali prawdziwymi gospodarzami tej ziemi. Potem Powstanie Styczniowe i wojna pierwsza światowa!
Utkwił mi też w pamięci zabawny epizod pojawienia się na widowni niewidomego żebraka (Robert Kapica) prowadzonego za rękę przez mojego młodszego 7-letniego wówczas syna Mateusza. Zaniepokojeni widzowie zaczęli mnie pytać, czy zuważyłam tego żebraka z małym chłopcem i skąd się tu wziął.
Pamiętam, że ogromne pochodnie symbolizujące grozę wybuchu wojny zostały „odpalone” przez Zbyszka Kowalskiego wywołując niemałe wrażenie na widowni. Po tym stopniowe wyciszenie, obrazy odradzania się życia po wojnie.
„I znowu przyszła na swe miejsce Polska” z puszczą „która jest niczyja – nie moja ani twoja, ani nasza, jeno Boża, święta”.
Generalnie widowisko stało się sporym wydarzeniem, a sceneria wspaniałej świętokrzyskiej przyrody pogłębiła niezapomniane wrażenia i odczucia, o czym informowało mnie wielu widzów. Miałyśmy z siostrą wiele satysfakcji przyjmując gratulacje od koleżanek i kolegów nawet tych najbardziej sceptycznie nastawionych. Ogromnie przeżyli to jednak sami wykonawcy, czyli uczniowie I Liceum im. Stefana Żeromskiego i jestem pewna, że to doświadczenie pogłębiło na pewno ich wrażliwość na niezwykłą spójność sztuki i natury.
Odbyły się dwie prezentacje, jedna dla nauczycieli i uczniów naszej szkoły oraz druga dla tzw. miejscowych władz. Moja siostra Mirosława Zaręba-Wydra odmówiła przyjęcia jakiejkolwiek zapłaty, którą jej zaproponowano dedykując cały projekt „swojej starej budzie”.
Wojewódzki Dom Kultury chciał odkupić od szkoły to widowisko, ale prawdopodobne komplikacje zwiazane z całą transakcją (…i jak my to mamy zaksięgować pani Olu, a poza tym tyle lekcji opuścili i jeszcze wycieczka?) spowodowały, że dyrekcja nie wyraziła zgody, a szkoda, bo moi niezrównani wykonawcy mogliby mieć coś, na co naprawdę zasłużyli.
Do dziś bardzo też żałuję, że nie wykonano żadnego nagrania tego wspaniałego projektu, które byłoby niezwykłą pamiatką dla nas wszystkich. Udało mi się jedynie otrzymać z radia kopię roboczą nagrania, ale bez nałożonego jeszcze głosu narratora czyli Ignacego Jakubczyka, czyli STEFANA ŻEROMSKIEGO, przez którego oczywiście to całe zamieszanie.
Zachowany cudem scenopis widowiska o „Puszczy Jodłowej”. Archiwum Aleksandry Walkowiak









Aleksandra Anna Walkowiak
Aleksandra Walkowiak urodziła się w 1945 roku w Busku-Zdroju. Od 1952 zamieszkała wraz z rodzicami w Kielcach, gdzie ukończyła II Liceum Ogòlnokształcące im. Jędrzeja Śniadeckiego. W latach 1963-1968 studiowała na Wydziale Polonistyki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W latach 1970-1990 pracowała w Liceum Ogòlnokształcącym im Stefana Żeromskiego jako nauczycielka języka polskiego i literatury. W latach 1990-1993 pracowała w Kuratorium jako dyrektor Wydziału Nauczania Ogólnokształcącego i Specjalnego. Od 1994 mieszka w USA.
W latach 1994-96 poszerzała znajomość języka angielskiego w Triton College w Chicago, by móc uzupełnić swoje studia magisterskie z Polski o historię Ameryki (2 semestry), psychologię (2 semestry), co było niezbędne do otrzymania licencji uprawniającej do pracy nauczyciela w USA. Następnie przez kolejne 2 lata studiowała metodykę nauczania języka angielskiego (dzieci i młodzieży przyjeżdżającej do USA z innych krajów), dzięki czemu otrzymała prawo nauczania w klasach od 6 do 12 w programie English Language Learners (ELL). W tym samym czasie uczyła języka polskiego oraz literatury w kilku sobotnich szkołach polonijnych oraz w Szkole Polskiej przy Konsulacie Generalnym RP w Chicago. Pracę w szkole amerykańskiej rozpoczęła jako pomoc nauczyciela, tłumacząc dla polskich uczniów zajęcia różnych przedmiotów w Elmwood Park High School.
Po ukończeniu studiów i otrzymaniu licencji nauczycielskiej zaczęła pracę jako samodzielny nauczyciel w Elmwood Park Middle School. W 2005 roku przeniosła się do Norridge High School, gdzie pracowała w programie ELL, jak też uczyła literatury polskiej w ramach opracowanego samodzielnie autorskiego programu, przeznaczonego dla uczniów pragnących uzupełnić zaliczenia niezbędne do ukończenia szkoły. W 2007 roku przeniosła się do Hogan School w Chicago, gdzie pracowała aż do emerytury, na którą przeszła w roku 2012.
W latach 2012-2013 pracowała na zastępstwach jako tzw. substitute teacher. W listopadzie 2013 roku podjęła pracę jako woluntariuszka w Polskiej Fundacji „Dar Serca”, pomagającej dzieciom z Polski, przyjeżdżajacym na specjalistyczne zabiegi lecznicze do USA. Wolontariat ten kontynuuje do dzisiaj.
Ma dwóch synów: Nikodema i Mateusza oraz czworo wnucząt: Amelię, Julię, Vicktora i Filipa.

