AktualnościNOTABENE 1985-2025

MARCIN, bez kitu

Za zgodą wydawcy publikujemy ostatni rozdział książki Grzegorza Miecugowa i Tomasza Sianeckiego „KONTAKTOWI, czyli szklarze bez kitu” (Wydawnictwo Świat Książki 2007) poświęcony Marcinowi Pawłowskiemu.

KONTAKTOWI, czyli szklarze bez kitu • Posłowie, czyli MARCIN

Ten Marcin to Marcin Pawłowski. Najkrócej mówiąc – kolega. I Miecugowa, i Sianeckiego. Sporo młodszy od nich, ale wcale nie szczawikowaty. Doświadczony dziennikarz. Pod pewnymi względami nawet bardziej niż oni. Zanim bowiem trafił jako członek założyciel (tak nazywa się nieoficjalnie tych, którzy są w stacji od pierwszego dnia emisji programu) do TVN, zaliczył wszystkie rodzaje mediów. Gazety różne, ale głównie redakcje sportowe, na przykład istniejący kiedyś “Nowy Świat”. Radio to Radio Kolor, w czasach Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny było nobilitujące. Na początku Panowie M rzeczywiście stworzyli radio wnoszące wiele świeżości na polskim rynku medialnym. Wywodzą się stamtąd, oprócz Marcina: Wojciech Cejrowski, Beata Pawlikowska, Beata Sadowska i inni. Przed TVN zahaczył też o inną telewizję – WOT, czyli Warszawski Ośrodek Telewizyjny. Robił także programy o filmach z Karoliną Korwin-Piotrowską. Bardzo eksperymentalne programy. Spadali z wysoka na ławeczki, rozmawiali z anonimowymi postaciami i w ogóle zachowywali się dość ekstrawagancko. Szczególnie jak na pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych. Filmidło nadawała telewizja publiczna. Portali internetowych jeszcze wtedy nie było, więc ich nie zaliczył.

Sianecki wiedział, jak wygląda Marcin właśnie z tego programu. Nie znali się osobiście. Pierwszy raz spotkali sie w TVN. Jeszcze przed startem stacji. Agnieszka Ejerman (zatrudniona przez Miecugowa w TVN koleżanka z programu trzeciego), Grzegorz i Tomasz wyszli z dyrektorskiego gabinetu (ani chybi po jakimś knuciu) i natknęli sie na Pawłowskiego. Spojrzał na nich i powiedział: “O! Banda Trojga”. W jednym stwierdzeniu nawiązał i do Chin Ludowych, i do Trójki, do knucia, do zaistniałej sytuacji. Ot tak, po prostu.

Od 1997 roku Marcin szefował warszawskim Faktom. Brzmi to dość dumnie, a faktycznie oznacza, że robił z niewielkim zespołem lokalny program dla Warszawy i Mazowsza. Jeśli, biorąc pod uwagę ówczesny zakres odbierania TVN, w ogóle docierały one do adresatów. Stacja nadawała wtedy także programy z Krakowa, Gdańska i Łodzi. Ścigali się, często z niezłym skutkiem, z dużymi Faktami.  Pawłowski już wtedy bawił się formą. Pod jego światłym kierownictwem miała powstać telewizja, a nie radio z wizją. Wykorzystywał dostępną technikę i grafikę. Nie stał za pulpitem prezenterskim, a poruszał się po całym studiu. Sprawiając tym duży kłopot operatorom kamer. Namawiał reporterów do niekonwencjonalnych zachowań. Jeśli relacja z basenu, to w kostiumie kąpielowym. Szczerze mówiąc, nie w każdym wykonaniu wyglądało to najlepiej. Ale już relacja z bezsensownie zagrodzonego parku, okraszona tygrysim skokiem przez płot w wykonaniu  Janka Bergera, weszła do kanonów wczesno-TVN-owskiego dziennikarstwa. Marcin w tamtych czasach zastepował w głównych, weekendowych  Faktach Miecugowa, gdy tamtemu coś wypadło. Aż w końcu, po niewielu latach, stał się pierwszym zastepcą Tomasza Lisa.

Po roku czy dwóch od startu zaczął też pełnić zaszczytną funkcję reportera dużych  Faktów. Do historii przeszła jego relacja z ogrodu zoologicznego o odrzuconym przez partnerkę hipopotamie Żabie. Zrobił prawdziwie filozoficzną opowiastkę o losie niby-hipopotama, a tak naprawdę człowieka. Bawiącą, uczącą i wychowującą. Tak przemówił do wyobraźni, że przez pewien czas sam nosił przezwisko Żaba.

Gdy cała redakcja przygotowywała z wielką pompą zagraniczne wydanie z Kopenhagi w 2002 roku (de facto tam decydowało się przyjęcie naszego kraju do Unii Europejskiej), on pojechał do Szwecji. I w niecałe trzy minuty opowiedział o dwóch chłopcach, braciach Zielińskich, którzy pod podwoziem ciężarówki uciekli w latach osiemdziesiątych do Szwecji. Do swojej Europy. Choć Maciej Dejczer w filmie fabularnym 300 mil do nieba powiedział o tej ucieczce wszystko, to Marcin, od już teraz dorosłych Zielińskich, zdołał wydobyć coś nowego. I ukradł kolegom kopenhaskie wydarzenie. Po zagranicznym wydaniu z kilkunastoma łączeniami, ekskluzywnymi wywiadami, nowoczesnymi grafikami pamiętało się tylko tę jego opowieść.

Ukradł, a mimo to nie złodziej. Podobnie było w przypadku meczu piłkarskiego z gwiazdami RAP, czyli Reprezentacji Artystów Polskich. Marcin ukradł wtedy coś Tomaszowi Sianeckiemu, co ten drugi zresztą bardzo przeżył. W reprezentacji TVN było tylu graczy, że, nie do końca w zgodzie z przepisami, zmieniali się bez ograniczeń. Sianecki z Pawłowskim, obaj lewa pomoc, umówili się, że będą się zastępować mniej więcej co dziesięć minut. Wszystko było w porzadku do stanu 3:2 dla przeciwników. Wolny dla TVN w okolicach pola karnego. Trzy minuty do końca. Marcin gotowy do wejścia. Tomasz wcale nie gotowy do zejścia, bo generalnie spędziłby najchętniej całe życie na boisku. Ale cóż, umowa to umowa. Schodzi powoli, Marcin wbiega szybko. Ustawia się. Ktoś strzela, ktoś wybija, ktoś dobija i jest 3:3. Oczywiście tym kimś dobijającym był Pawłowski. To on został bohaterem meczu. To on ma piękne zdjęcie, gdy biegnie przez całe boisko, ciesząc się jak Marco Tardelli na mundialu w 1982 roku.

Gdy  Fakty  wybierały się na wyjazdowe wydanie do Krakowa, Pawłowski pojechał tam pierwszy, bo musiał nagrać coś wcześniej. Ale Marcin doskonale wiedział, kiedy jest czas na pracę, a kiedy na zabawę. Gdy reszta redakcji wysiadała z pociągu relacji Warszawa – Kraków, ujrzała na peronie przygrywający dziarsko zespół muzyczny. Jak na starych zdjęciach z powitania pierwszego sekretarza. Obok stały piękne panie, modelki z agencji (wcale nie towarzyskiej), z chlebem i solą. I witały po staropolsku. Ten wieczór wiadomo czym się mógł skończyć. Oczywiście odwiezieniem pań do domów i udaniem się reporterów na zasłużony odpoczynek. Bo następnego dnia czekała ciężka praca, orka po prostu. Pawłowski zapłacił za wszystko z własnej kieszeni. O ściepie ze strony kolegów nawet nie chciał słyszeć.

Marcinowi, jako prowadzącemu Fakty , przytrafiło się szalenie nieprofesjonalne zachowanie. No cóż, nikt nie jest doskonały (to z Pół żartem, pół serio, i w ogóle pół żartem, pół serio). Jedna z koleżanek dziennikarek, gdy jeszcze pracowała w Wiadomościach  TVP, wyznaczyła pewien trend w zawodzie. Otóż gdy rozpoczęła zapowiedź (w branży nazywa się to “białą” – bo kiedyś na białych kartkach pisano to, co miało być odczytane na wizji, a na zielonych to, co z offu, czyli bez pokazywania się prezentera), na nosie siadła jej mucha. Taka zwykła, namolna mucha. Widziała to całą Polska. Koleżanka, twarda jak głaz, wytrzymała do końca. Nie machała rękami, nie marszczyła się, nie robiła głupich min. Przeczytała, co miała przeczytać, i w ten sposób weszła do kanonu dziennikarskich ikon. Jak ten, co sie kulom nie kłaniał. A Marcin co? Okazał się mięczakiem. Zdarzyło mu się to samo. Zamiast wykorzystać szansę, jaką szczęście, a może bardziej mucha, daje raz w życiu, i stać się drugą ikoną, nie wytrzymał. Pogonił muchę na oczach widzów. Nawet się nie zastanawiając. Dobrze, że jej nie zabił, bo mogłaby się nieestetycznie rozpłaszczyć i zaprotestowałyby organizacje chroniące zwierzęta. Nawet odniósł się do tego w krótkich, improwizowanych, żołnierskich słowach. Okazał się więc człowiekiem z ulicy, nie z pomnika.

Niektóre koleżanki utrzymują, że Marcin przywiązywał dużą wagę do swojego wyglądu, że był bardzo trendy i jazzi. Nawet jeśli rzeczywiście tak było, to świetnie się kamuflował. Zimą nosił zieloną, pikowaną kurtkę. Tak dużą, że wyglądała jak namiot, a może wręcz jak dziesiecioosobowy hangar. Latem wprost przeciwnie. Powiedzieć o jego ulubionym płaszczyku, że był kusy, to tyle, co nic nie powiedzieć. Miecugow i Sianecki podczas pierwszego wystepu Marcina w dużych  Faktach byli w Zakopanem. O 19.30 (wtedy Fakty  nadawane były jeszcze o 19.30) porzucili swoje zwykłe zakopiańskie zajęcia i zasiedli przed telewizorem. Jakież było ich zakoczenie, gdy zobaczyli Pawłowskiego na brązowo. Marynarka, koszula, krawat. Tak się nikt nie nosił. Później też stosował różne eksperymentalne zestawy koszulowo-krawatowo-marynarkowe. Zanim stało się to normą, łączył paski w koszuli z zupełnie innymi paskami na krawacie. Uwielbiał różowy kolor, dobrze, że nie tęczowy. I buty, przy których campery Miecugowa to klasyczny, angielski styl. Ustalmy jednak, że panowie M i S do arbitrów elegancji się nie zaliczają, może więc koleżanki miały rację.

Skąd tyle miejsca poświęconego Marcinowi w książce o Szkle Kontaktowym? Bo Marcin do Szkła bardzo pasuje. Pasował właściwie. Świetnie wpisałby sie w formułę tego programu. Byłby idealnym tym trzecim, a może tym drugim lub nawet tym pierwszym. Może budzić zdziwienie, że Adam Pieczyński, wymyślając Szkło, nie zwrócił się od razu do Niego. Tyle że Adam nie mógł tego zrobić. Gdy w listopadzie 2004 roku trwały gorące dyskusje nad kształtem nowego programu, Marcin leżał w szpitalu przy ulicy Banacha w Warszawie. Nie leżał właściwie, a umierał. Wszyscy o tym wiedzieli już dwa miesiace wcześniej, obserwując na ekranie jego, jak sie niestety, okazało, beznadziejną walkę z rakiem. Cała Polska dyskutowała wtedy zawzięcie, czy TVN nie przesadza, pokazując takie reality show z udziałem swojego dziennikarza. Czy chęć zdobycia widza, nawet w telewizji komercyjnej, ma jakieś granice. Czy to estetyczne pokazywać takiego chudnącego człowieka, kościotrupa właściwie, w chwili, gdy je się kolację. Przecież to odbiera apetyt. Czy ten łysy (po kolejnej chemii przecież) nie mógłby sobie zapuscić włosów, bo wygląda jak dresiarz (cha, cha, cha). Takie się wtedy ukazywały posty, a także dużo gorsze. Zawsze anonimowe. Szkoda brudzić klawiaturę takimi plwocinami. Sianecki od tamtego czasu, choć to na pewno niezbyt profesjonalne, bojkotuje w tej materii internet. Co innego argumenty prosto w twarz, a co innego plucie zza wegła.

To Marcin chciał, dopóki mógł, występować w Faktach. Robił to nawet wtedy, kiedy ból odbierał mu przytomność. Gdy operator Jacek Nakielski musiał przed programem jechać po specjalne środki uśmierzające nieco ból. Bo tylko on wiedział, gdzie Marcin trzyma je w domu. Gdy przejście kilku kroków było dla niego czymś porównywalnym nawet do przebiegnięcia maratonu. Marcin nie litował się nad sobą. Nie czytał napisanych przez kogos zapowiedzi. Sam to robił, jak zwykle. Nie opuszczał porannych zebrań, choć mógł. Nie wyręczał sie innymi przy zatwierdzaniu materiałów wchodzących do jego wydań. Te przygotowania były dla niego niezwykle ważne. Chciał poprowadzić pierwsze wydanie Faktów  z nowego, nowoczesnego studia. I, choć tego nigdy się nie wie na pewno, gdyby mu zabroniono, to umarłby wcześniej. Ale kto byłby w stanie Mu tego zabronić. Pan Mariusz? Piotr? Adam? Oni, za co można być dumnym ze swojej Firmy, zrobiliby wtedy dla Marcina dużo więcej niż umożliwienie mu prezenterskiego dyżuru. Dlatego 6 września kto chciał, to usłyszał: – Fakty, Marcin Pawłowski, witam państwa. Zaczynamy od…

Dyżur prezenterski w Faktach  to z reguły pięć dni. Od poniedziałku do piątku. Marcin prowadził do czwartku. Choć w tym czasie zdarzyła się awaria całego systemu, to dziennik ukazał się jak zwykle. Z piątku zrezygnował. Czuł się coraz gorzej, poza tym i do Niego dociarały opinie internautów. W 99 procentach solidaryzujących się z Nim, dziękujących Mu za nadzieję, za dodawanie siły do walki z własną chorobą. Widzowie pisali, że modlą się za Niego, że myślą, że trzymają kciuki. I ten jeden procent pomyj. To nieracjonalne, ale On czytał tylko te pomyje. Po kilka razy.

Potem dom, szpital, dom, szpital, dom, szpital, szpital, szpital. Ola i Zuzia obok. We wtorek, na trzy dni przed śmiercią, Marcin rozmawiał z Sianeckim. Wiesz, mówił, chodzi mi po głowie taka stara transmisja radiowa z meczu piłkarskiego. Ale nie nowoczesna, żadne tam dolby, stereo, high technology. Normalnie trzeszcząca, niewyraźny komentarz. Może być przez telefon. Na długich falach oczywiście. W Jedynce. Następnego dnia coś się w piłce działo. Może polska liga, może Liga Mistrzów. Darek Łapiński, reporter Faktów,  a wcześniej małych Faktów  kierowanych przez Marcina, zawiózł mu wyszukane z trudem radio, które miało w swoim zakresie długie fale. Ale żadnej transmisji nie było.

Marcin ma teraz swoje miejsce na Starych Powązkach. W pięknym, wymyślonym przez Jego żonę Olę pomniku. Stare drzwi. Zamkniete, ale nie do końca. Pewnie przyjemnie Mu, kiedy spogląda przez tę szparkę i widzi nieustannie płonące znicze. I zawsze świeże kwiaty.

To Marcin, gdy biegnie przez całe boisko, ciesząc się jak Marco Tardelli na mundialu 1982 r.