Antoni Bieżanek – mój dyrektor w „Żeromskim”
Któż z nas Żeromszczaków – absolwentów tego sławnego liceum, nie wspomina z łezką w oku swoich nauczycieli, a przede wszystkim dyrektora. Moim był legendarny profesor Antoni Bieżanek. Funkcję dyrektorską sprawował od roku 1947 (do 1962). Kiedy rozpoczynałem w roku 1956 naukę w Państwowej Szkole Ogólnokształcącej Stopnia Licealnego im. Stefana Żeromskiego (od roku 1960 szkoła nosi nazwą I Liceum im. Stefana Żeromskiego) profesor Bieżanek był jedną z najbardziej znanych postaci Kielc, cieszącą się dużą popularnością. Z drugiej strony zaufaniem darzyła go władza ludowa, której przedstawicielom nierzadko pomagał uzupełniać wykształcenie. Ogromny autorytet miał także u swoich współpracowników, którzy widzieli w nim rzeczywistego rzecznika i nierzadko przyjaciela.
A były to czasy samowładzy Związku Młodzieży Polskiej, okres tzw. kultu jednostki. Osobom posiadającym rzeczywisty autorytet moralny nie łatwo było realizować odpowiedzialne zadania. I chociaż od roku 1948 dyrektor Bieżanek należał do PZPR, a w latach 1948-49 był formalnym opiekunem ZMP, to wg opinii współpracowników i młodzieży, dzięki jego zdecydowanej postawie rzadko dochodziło do sytuacji dwuznacznych, drażliwych i konfliktowych. Dyrektor nie uprawiał nigdy hałaśliwej propagandy i nie dopuszczał do jej stosowania w kierowanej przez siebie szkole.
Był świetnym pedagogiem. Mnie uczył logiki, ale także prowadził lekcje z historii i języka polskiego. Niezwykle opanowany, wzór spokoju i pobłażliwości, a równocześnie stanowczości i konsekwencji w realizacji stawianych sobie celów. Umiał wywołać i poprowadzić dyskusję, a także zachęcić do pracy na rzecz szkoły i społeczności lokalnej. Na lekcjach nigdy nie podnosił głosu. Szanowaliśmy dyrektora, w pełni czując jego ojcowską rękę. I co ciekawe wierzyliśmy, że uwielbiany przez nas „dyro” nie ma wrogów. Dawało to tak potrzebny w tamtych czasach spokój i stabilizację. Pamiętam, że był niezwykle wyrozumiały w stosunku do naszych szkolnych wybryków, pobłażliwie traktując dowcipnisiów. Miał także umiejętność wyłapywania talentów. Jako pierwszy poznał się m.in. na pasji fotograficznej mojego starszego kolegi Pawła Pierścińskiego, późniejszego mistrza obiektywu. Dyrektor Bieżanek był przy tym człowiekiem ogromnie zaangażowanym w pracę zawodową. Poza kierowaniem naszym liceum, w latach 1950-57 był dyrektorem pedagogicznym kieleckiej Szkoły Felczerskiej, zaś w latach1951 i 1953 kierownikiem Kursu Centralnego dla dyrektorów szkół średnich i ogólnokształcących. Jednocześnie przez wiele lat organizował dokształcanie i samokształcenie kadry dyrektorskiej. Często przewodniczył komisji maturalnej w liceach na terenie ówczesnego województwa kieleckiego, a nawet województw sąsiednich.
Dyrektor udzielał się także społecznie. Pamiętam, że we wrześniu 1958 roku z jego inicjatywy zorganizowano Zjazd Absolwentów szkoły z lat 1938-58, W czasie Zjazdu postanowiono wmurować odnowioną tablicę z popiersiem Stefana Żeromskiego oraz tablicę z nazwiskami nauczycieli i uczniów, którzy zginęli podczas II wojny światowej.
Jak przystało na humanistę, szczególną jego pasją były książki. Interesował się zarówno poezją – uwielbiał Mickiewicza (znał na pamięć prawie w całości „Pana Tadeusza”) oraz Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, jak i prozą. Z prozaików szczególną sympatią dyrektora cieszyli się Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus, Adolf Dygasiński oraz oczywiście Stefan Żeromski. Posiadał dużą bibliotekę z dziełami tych ulubionych autorów.
Był wielkim miłośnikiem przyrody. Każdą niemal chwilę spędzał na łonie natury, najczęściej w podkieleckich górkach na Klonowej, Radostowej czy Zelejowej. Uwielbiał czynny wypoczynek. Rokrocznie wyjeżdżał do Zakopanego, wraz z całą rodziną przemierzając Tatry wzdłuż i wszerz. Godzinami mógł wypoczywać nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, wpatrując się w swoje ukochane góry. Tu znajdował spokój i relaks po całorocznej pracy w gwarnej i hałaśliwej szkole.

Jako domator przedkładał życie rodzinne nade wszystko. Najlepiej czuł się we własnym domu. Był dobrym mężem i troskliwym ojcem. Gdy żona z racji obowiązków zawodowych, jako pracownik Kuratorium Ośrodka Metodycznego, wizytowała placówki oświatowe w terenie, dyrektor przejmował jej obowiązki domowe. Był ponoć dobrym kucharzem. Jak wspomina go jedna z córek, Maria, miał duże poczuciem humoru i lubił płatać figle. Nie zaniedbywał jednak również kontaktów towarzyskich. Przyjaźnił się m.in. z kuratorem Stanisławem Steczeniem, znanym małżeństwem Krawczyków, Góralskich, a także z rodziną inżyniera geodety Antoniego Wędzińskiego. Utrzymywał żywe relacje z kolegą szkolnym, Janem Kanarkiem z Dęblina, pochodzącym podobnie jak on ze Staszowa.
Wiele informacji na temat profesora Antoniego Bieżanka uzyskałem właśnie od Jana Kanarka, pocztowca z zawodu, a astronoma z pasji, a także od młodszego brata profesora, Stefana Bieżanka, inżyniera leśnika ze Staszowa, miasta w którym pracowałem w latach 1975-2003 w tamtejszym powiatowym szpitalu. Inżyniera Stefana Bieżanka, ówczesnego nadleśniczego Lasów Państwowych w Staszowie, poznałem w końcu lat 70. XX wieku. Uderzyło mnie wielkie podobieństwo fizyczne do starszego brata. Przypominał mojego profesora także z charakteru, sposobu bycia i zachowania. Dzięki wielu przeprowadzonym z nim rozmowom miałem okazję poznać wiele faktów z życia dyrektora i pełniej poznać jego bogatą osobowość. Okazało się, że zarówno Stefan Bieżanek, jak i jego starszy brat Antoni, urodzili się w Staszowie w tym samym dniu i tego samego miesiąca. Byli prezentem okolicznościowym w dniu Święta Matki, jaki swojej żonie Antoninie (z domu Kwiatkowskiej) ofiarował jej mąż, mistrz kowalstwa, znany staszowski rzemieślnik Andrzej Bieżanek. Urodzili się obaj 26 maja w odstępie 14 lat. Antoni w roku1906, zaś Stefan w 1920. Myślę, że ta data urodzenia determinowała podobieństwo charakterów, usposobienia dwóch braci w wieloosobowej rodzinie Bieżanków. Stefan wielokrotnie w rozmowie ze mną przyznawał, że ze swoim najstarszym bratem Antonim rozumiał sie i czuł najlepiej. Z dumą podkreślał, że Antoni był jednym z pierwszych absolwentów staszowskiego Gimnazjum. Po ukończeniu nauki w szkole powszechnej w Staszowie, w październiku 1918 roku rozpoczął edukację w nowo utworzonym tam ośmioklasowym Gimnazjum. Razem z nim do jednej klasy uczęszczał m.in. wspomniany wyżej Jan Kanarek.

Antoni Bieżanek stoi II z prawej w górnym rzędzie, Kanarek siedzi I z lewej u dołu
W Gimnazjum Antoni uczył się dobrze, nie miał kłopotów z żadnym z przedmiotów. Już wówczas przejawiał szczególne zdolności z przedmiotów humanistycznych. Nic więc dziwnego, że po zdaniu z powodzeniem egzaminów maturalnych w czerwcu 1926 roku rozpoczął studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego (studiował filologię polską). W roku 1931 ukończył je uzyskując tytuł magistra.


List do rodziców po ukończeniu studiów
W tym samym roku 1 września podjął pracę w słynnym Liceum Krzemienieckim jako nauczyciel języka polskiego. W roku 1933 po zdaniu egzaminów w Warszawie otrzymał dyplom nauczyciela szkół średnich, a trzy lata później został nauczycielem państwowej szkoły średniej rolniczej w Białokrynicy k. Krzemieńca. Pracował w niej do kwietnia 1940 r., tj. do jej zamknięcia przez Rosjan. Przez cały czas pracy na Wołyniu (aż do wybuchu II wojny światowej) utrzymywał żywe i serdeczne relacje z rodzicami i rodzeństwem mieszkającym w Staszowie. Przyjeżdżał do swego rodzinnego miasta na święta, na wszelkie rodzinne zjazdy i uroczystości. Stefan Bieżanek bardzo mile wspominał te wizyty starszego brata. Antoni pamiętał zawsze o prezentach dla rodziców i dla sióstr, i braci. Zresztą finansował ich edukację, m.in. pomagając rodzeństwu w płaceniu czesnego w szkole. Dzięki niemu wszyscy ukończyli staszowskie Gimnazjum. W ostatnim dniu sierpnia 1939 roku Antoni poślubił Elżbietę Brzozowską, z zawodu także nauczycielkę, którą poznał podczas studiów w Warszawie.

Ślub odbył się w kościele parafialnym w Krzemieńcu. Po zajęciu Wołynia przez Niemców latem 1941 roku Antoni zatrudnił się jako księgowy w Stadninie Ogierów w Krzemieńcu, gdzie pracował do stycznia 1944 roku. W międzyczasie, w kwietniu 1941 roku przyszła na świat pierworodna córka Jadwiga. Zimą 1944 roku w związku ze zbliżaniem się frontu wraz z ewakuowaną załogą stadniny koni dostał się wraz z rodziną do pociągu towarowego.

W trakcie ewakuacji dzięki sprytowi i szczęściu udało im się uciec z pociągu na stacji kolejowej w Rozwadowie i dotrzeć do rodzinnego Staszowa. Tu spędził ostatnie miesiące wojny. I tu 22 lipca 1944 roku przyszła na świat jego druga córka Maria. Od września 1944 roku do stycznia 1945 roku wraz z całą rodziną przebywał na wysiedleniu we wsi Krzywda k. Połańca, a potem we wsi Ruda k. Rytwian. Tu doczekał ofensywy styczniowej. W końcu stycznia 1945 roku Kuratorium w Kielcach skierowało Antoniego Bieżanka do Zawiercia, gdzie zorganizował Gimnazjum i Liceum. W październiku 1947 roku przybył (także z polecenia władz oświatowych) do Kielc, obejmując po Janie Straszu stanowisko dyrektora naszego Liceum (wówczas Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Stefana Żeromskiego).
Kierował nim do końca życia, tj. do lipca 1962 roku. W ostatnich latach życia dyrektor Bieżanek poświęcił się idei budowy nowego gmachu szkolnego. W roku 1956 z jego inicjatywy powołano Komitet Budowy nowej siedziby liceum. Pamiętam (byłem już po maturze) dzień 18 czerwca 1960, kiedy to miało miejsce uroczyste wmurowanie kamienia węgielnego i aktu erekcyjnego w fundamenty nowego gmachu. Miałem zaszczyt uczestniczyć w tej podniosłej chwili.
Niestety dyrektor Bieżanek nie doczekał chwili oddania nowego budynku. Zmarł nagle na stanowisku pracy 21 lipca 1962 roku w następstwie wylewu krwi do mózgu. (przeniesienie szkoły miało miejsce dwa miesiące później). Pogrzeb dyrektora był wzruszającą manifestacją uczuć, jakimi darzyło Go kilka pokoleń kielczan Tłumy towarzyszyły Mu w ostatniej drodze. W asyście Orkiestry Wojskowej kondukt pogrzebowy pomaszerował ówczesną ulicą Świerczewskiego na stary Cmentarz, zatrzymując się dwukrotnie – przed budynkiem starej szkoły (obecnie Muzeum Lat Szkolnych Stefana Żeromskiego) oraz nowej jej siedziby. Trumnę nieśli na własnych barkach ówcześni celebryci kieleccy, jego wychowankowie. Żegnał zmarłego Stefan Mazur, dyrektor Liceum im. Jana Śniadeckiego. Idąc w kondukcie pogrzebowym odnosiłem wrażenie jakby ze śmiercią dyrektora zamykał się powojenny okres historii mojej szkoły.
Dzisiaj po latach jestem o tym bardzo głęboko przekonany. I mam świadomość, jak dużo, zarówno ja, jak i wielu moich kolegów mamy mu do zawdzięczenia. Przekazał nam nie tylko wiedzę, ale nauczył odpowiedzialności i wrażliwości na potrzeby bliźnich. A nade wszystko wpoił poczucie dumy wynikające z bogatej historii naszej szkoły oraz bycia Polakiem.
Maciej A. Zarębski, absolwent szkoły rocznik 1960, posiadacz jakże ważnej dedykacji z autografem dyrektora


