Drobne
Drobne wypadły praktycznie z obiegu. Leżą gdzieś zapomniane – w szufladach, puszkach, słoikach. Najbardziej chyba przydają się w fontannach. Rzadko używane, potrafią jednak czasem wywołać eksplozję radości u pani na poczcie czy w sobotę u pana na targu. Sięgam po takiego moniaka, wysupłuję go z pamięci i kładę przed Tobą na dowód, że to, czego doświadczyliśmy, jest skończone – ale ciągle istnieje.
3 maja 1988
Stary, kanciasty wagonik „siedemnastki”, wstrząsany dziwnymi drganiami, wziął zakręt ze Straszewskiego w prawo. Gdy tramwaj skręcał w ciasny łuk, ulica rozbrzmiewała przeszywającym piskiem metalu – jakby ktoś przeciągał gwoździem po tafli szkła. Aż ciarki przechodziły nam po plecach.
Tłum studentów zajmował całe Planty pod Collegium Novum, obserwując ten manewr wagonika z rosnącym zdumieniem, gdyż ulica, w którą skręcał, została zablokowana zwartym szpalerem zomowców uzbrojonych w długie pały i duże tarcze – w żargonie „hoplitów”. Rozstąpili się, a tramwaj powoli wjechał na prostą. To była jego stała trasa na Cichy Kącik. Przystanek znajdował się tuż za falangą i nikomu o zdrowych zmysłach nie przyszłoby do głowy, że tam się zatrzyma. A jednak.
Wysiadł jeden pasażer. Zatańczył po zejściu ze schodka pijacki taniec i złapał się latarni. „Siedemnastka” odjechała.
Między tłumem na Plantach a zomowcami trwała zażarta wymiana ciosów – z jednej strony leciał bruk, w drugą gaz. Harcownicy z parku podchodzili coraz bliżej kordonu, a kostki brukowe trafiały w tarcze coraz celniej i mocniej. Ktoś dał rozkaz, gliniarze odwrócili się w tył zwrot i w uporządkowanym szyku zaczęli się wycofywać.
Pijaczek, z opuszczoną głową, wyszedł im naprzeciw. Szedł powoli ku Plantom. Nagle stanął jak wryty, widząc kohortę zmierzającą wprost na siebie. Byli tuż przed nim. Otrzeźwiał w oka mgnieniu i kontynuował marsz prosto w zomowców. Chyba czuł, że chwila zawahania mogłaby go kosztować całą stawkę – musiał być pewny i naturalny w swoim kroku. Musiał wzbudzić wśród hoplitów szacunek, a przez szacunek – akceptację, a przez akceptację – przyzwolenie na przejście na drugą stronę.
To był PRL – „świętego pijaka” się nie tykało. To inna kategoria obywatela – nie agresywny student UJ, nie mściwy robotnik z Huty, nie „klecha” od Dominikanów. To był swój – masowy twór systemu.
Tyraliera milicji stworzyła lukę, a on – jak Mojżesz, tylko zygzakiem (napruty był ponad ludzką miarę) – wstąpił w ciemną otchłań. Odwrócone wektory prędkości tego manewru sprawiły, że oba podmioty (pijaczyna oraz wataha z pałami) już po chwili dzieliła spora odległość a dystans rósł szybko.
Manewr zakończył się raptownym zatrzymaniem tyraliery – padł rozkaz zajęcia nowej pozycji, więc odwrócili się i znów utworzyli mur z tarcz pleksi, w który rytmicznie walili pałami.
Setki młodych ludzi na Plantach z uwagą obserwowały te manewry – zapanowała pauza w wymianie ciosów z milicją.
Nagle rozległy się okrzyki: „Kapuś!”, „Esbek!”, „To tajniak!”, i w jego kierunku poleciały kostki brukowe. Sytuacja zrobiła się nieciekawa dla naszego bohatera. Dotarło do niego z całą bezwzględnością, że będąc w pasie ziemi niczyjej, nie ma żadnej ochrony – ani przed kamieniami, ani przed gazem, którego zaraz niechybnie użyje ZOMO.
Stał – a raczej chwiał się – jeszcze przez chwilę, rozglądając się nieporadnie. Nagle pochylił się i sięgnął po najbliżej leżący kamień. Zwrócony teraz twarzą do tłumu, wychylił się, mierząc rzut, po czym – co niebywałe zważywszy na jego stan – obrócił się płynnie o sto osiemdziesiąt stopni i cisnął kostką w tarczę oddalonego o jakieś piętnaście metrów „hoplity”.
Tłum zawył z zachwytu. „To nasz!”. Zaczął biec, ile sił w nogach, szerokimi łukami, próbując zachować równowagę i nie wywinąć orła na tramwajowym torowisku. „Dajesz, dajesz!” – dopingowali.
Gdy był już blisko, kilku chłopaków wyrwało się, by pomóc na ostatnich metrach dystansu. Wreszcie zniknął w tłumie.. Czas był najwyższy – pierwsza salwa gazu właśnie wykwitła nad szpalerem zomowców.
Opowiadałem tę historię wiele razy, doszukując się w niej takiej czy innej symboliki. Interpretacja zmieniała się z upływem lat. Sama opowieść pozostawała bez zmian a interpretacje pokazywały mi, jak zmienia się świat, otoczenie i ja sam.
Teraz myślę, że jakakolwiek symbolika tej sceny już nie istnieje. W mojej pamięci pozostał zapis zdarzeń – klisza historii, obraz życia prawdziwych ludzi w realnej przestrzeni. Tylko tyle. I aż tyle.

Piotr Fajks
Piotr Fajks jest absolwentem I L. O. im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (matura 1984) oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W czasach szkolnych stworzył wiele niezapomnianych tekstów, z których szczególnie zapamiętano do dzisiaj musical pt. „Pastorałka szkolna” (1982). W latach 2004-2006 pełnił funkcję dyrektora pełnił funkcję dyrektora biura współpracy międzynarodowej i handlu w TVP. W latach 2006-2014 był prezesem Polskich Mediów, nadawcy TV4 i TV6, która została połączona z Telewizją Polsat. W latach 2014-2023 pełnił funkcję członka zarządu Polsatu.

