KIELCE. Historia i teraźniejszość
Czytajcie i cieszcie się wolnością, a będzie Wam dane
To, co dziś jest stare, kiedyś było nowe. To, co dziś jest nasze, kiedyś nasze nie było. Nie było też cudze, bo w powszechnym mniemaniu było niczyje – a skoro niczyje, to wszyscy mieli to gdzieś. Jesteśmy pokoleniem naprawdę szczęśliwym, gdyż na naszych oczach dokonały się w Polsce po roku 1989 przemiany, o jakich wielu przed nami mogło tylko pomarzyć. Wydawało się, że poprzez przystąpienie do NATO oraz Unii Europejskiej nareszcie udało nam się wydostać z geopolitycznego koszmaru Europy Środkowo-Wschodniej. Dzisiaj niestety po raz kolejny przychodzi nam stawić czoła „niezamierzonym konsekwencjom” dopiero co odzyskanej wolności.
Znów mamy sierpień, miesiąc historycznej traumy oraz bohaterów, którym zawdzieczamy wszystko. To w sierpniu 1914 na czele Pierwszej Kompanii Kadrowej przybył do Kielc twórca Legionów Polskich Józef Piłsudki, a potem jeszcze bardziej rozradowało się serce i dusza, gdy w sierpniu 1920 ruszyli nasi bohaterowie na bolszewickich najeźdźców, w obronie dopiero co odzyskanej niepodległości (po 123 latach zaborów).
Dalej nie było wcale łatwiej, gdyż kolejne dekady XX wieku przyniosły narodziny oraz błyskawiczną próbę ekspansji dwóch totalitarnych ideologii, radzieckiego komunizmu oraz niemieckiego nazistowskiego narodowego socjalizmu. Za sprawą Józefa Stalina oraz Adolfa Hitlera, na mocy tajnego paktu Ribbentrop-Mołotow, podpisanego 23 sierpnia 1939, już we wrześniu tegoż roku zbrodnicze reżimy Rosji i Niemiec postanowiły podzielić Europę niejako na pół.
Granica podziału przebiegała oczywiście przez Polskę. Jak pamiętamy, przyjaźń wojennych barbarzyńców zakończyła się w momencie ataku III Rzeszy Niemieckiej na Związek Radziecki w czerwcu 1941 roku. Po drodze w kwietniu 1940 był jeszcze Katyń i zamordowanie strzałami w tył głowy kilkudziesięciu tysięcy polskiej elity przywódczej i intelektualnej.
1 sierpnia 2025 – przypadła kolejna 81 już rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, bohaterskiego i straceńczego zrywu polskiego społeczeństwa przeciwko niemieckim okupantom. Powstanie wybuchło m. in. w nadziei, iż maszerująca szybko na zachód Armia Radziecka „pomoże” wyzwolić Warszawę już w sierpniu 1944. Okazało się jednak, że wojska radzieckie zatrzymały się na linii Wisły, aby bezdusznie obserwować zagładę Warszawy oraz, by ją następnie „wyzwolić” dopiero w styczniu 1945 roku.
Wcześniej były „konferencje pokojowe” w Teheranie, a potem w Jałcie i Poczdamie, w konsekwencji których nastało komunistyczne zniewolenie Polski i kolejny podział Europy na strefy wpływów. Jak śpiewa Jacek Kaczmarski – tylko „Stalin dostał to, co chciał”. Nastąpił okupacyjny podział Niemiec oraz zapadła „żelazna kurtyna”, której ostateczne zrzucenie zajęło kolejnych parędziesiąt lat.
31 sierpniu 1980 r. jako nastolatek siedziałem za kultowym kolorowym parawanem na plaży w Niechorzu, z siermiężnym radzieckim odbiornikiem radiowym przy uchu. Wsłuchiwałem się w ezoteryczne trzaski i zgrzyty Radia Wolna Europa (RWE), płynące do nas przez fale Morza Bałtyckiego. Z trudem dało się wychwycić sens radiowego przekazu RWE, ale do dziś brzmi mi w uszach charakterystyczne i niezapomniane przesłanie Tu rozgłośnia polska Radia Wolna Europa… To wtedy narodziła się w Gdańsku „Solidarność” i tym samym rozpoczął się proces demontażu systemu komunistycznego zniewolenia w Polsce i naszej części Europy. Tak, był przy tym Lech Wałęsa.
Zaraz po maturze w 1986 roku wyjechałem z Polski do Włoch, a potem do Kanady. W sierpniu 1989 r. z Budapesztu śledziłem w węgierskiej telewizji tworzenie się rządu Tadeusza Mazowieckiego. Przyjaźń węgiersko-polska miała się wtedy znakomicie – powiedziałbym, że lepiej niż dziś. Siedziałem na kanapie u przyjaciółki, która tłumaczyła mi cierpliwie z węgierskiego na angielski, co działo się w moim kraju, a mianowicie, że przyszła wolność.
Właściwie to dzisiaj też chciałbym tak jak kiedyś, pokręcić gałką, by lepiej zrozumieć, o co naprawdę w tym wszystkim chodzi. Najlepiej to byłoby zatrzymać wtedy czas – w epoce naiwnej dziecięcej niewinności, pozostając wsłuchanym w eteryczny szum morskich fal.
Przez kolejne lata, gdy niczyje stawało się coraz bardziej nasze, błąkałem się po świecie, targany nieprawdopodobnymi namiętnościami, z lekka bujając w obłokach, a co mi tam. Bywało różnie. Powrót do mojej małej ojczyzny po prawie 35 latach nie jest bynajmniej łatwy. Uczucie niewinnej sielanki sprzed lat prysło niczym bańka mydlana. Zrozumiałem, że czas w końcu zachłysnąć się odzyskaną wolnością. Ale czy się da?
Niespełna miesiąc temu – 26 lipca 2025 roku – w samo południe – przez główną ulicę Kielc przemaszerował pochód przeciwko „nielegalnej imigracji” oraz powstaniu w naszym mieście Centrum Integracji Cudzoziemców, zorganizowany przez „Kieleckich Patriotów”. Ich patronem i bohaterem jest m. in. Janusz Waluś – polski emigrant do RPA, zwolennik apartheidu i morderca czarnoskórego Chrisa Haniego w roku 1993. W haniebnym i skandalicznym pochodzie domniemani lokalni patrioci przemaszerowali z Walusiem na czele, wraz z piłkarskimi kibicami Korony Kielce oraz wyborcami faszysty i – wywodzącego się ze świętokrzyskich Mirogonowic – antysemity europosła Grzegorza Brauna.
Demonstracja przeszła od kieleckiego dworca PKP do Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego, po drodze mijając miejsce powojennego pogromu żydowskich mieszkańców Kielc (4 lipca 1946 roku). Cokolwiek należałoby dodać do tej krótkiej relacji, nie ma usprawiedliwienia dla antysemityzmu oraz rasizmu, które w sposób uwłaczający nam wszystkim objawiają się coraz dobitniej w polskim życiu publicznym. Nie powinno być w nim miejsca dla Walusiów, Braunów i Bąkiewiczów!
Tak oto budzą się w naszym kraju dawno zapomniane demony przeszłości, tak oto na naszych oczach odradza się faszyzm. Czyżbyśmy byli świadkami kolejnej „ucieczki od wolności”? A może chodzi raczej o – jak mawia nadprezes Kaczyński – „syndrom sztok-sztook-sztoookholmski”? Trudno powiedzieć. Mam jednak nieodparte wrażenie, iż pewna część naszego społeczeństwa nie może po prostu żyć bez babrania się w bagnie historii. I to nie tylko w Kielcach.

