Obce we wsi! Paszcze w puszczy
Czytajcie Żeromskiego, potem Sienkiewicza, a najlepiej od razu Dżej Conrada. Wtedy będzie Wam dane
Według Dante’go, Blake’a i Einsteina nasz świat jest totalnie podziurawiony, a dziury dzielimy na: białe, szare i czarne. I nikt nas nie przekona, że to, co szare jest czarno-białe albo odwrotnie. W czarnej dziurze może być tylko czarno. I od razu zaczynają się problemy, bo jak tu – w obrazkowej naszej hipernowoczesności – pstryknąć sobie selfie z własną czarną dziurą w tle? Wiadomo, że najtrudniej jest zatrzymać w kadrze ciemność, czyli strach. Sam wiem o tym najlepiej.

Jeszcze lepiej widać to z perspektywy metafizycznej czasoprzestrzeni Puszczy Jodłowej – niczyjej, nie mojej, nie twojej, jeno Bożej, świętej – jak pisał o niej Stefan Żeromski. Puszcza Jodłowa to miejsce szczególne – z pogranicza przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, kraina pomiędzy sacrum i profanum. Drzewa mają wszak długą pamięć. Pośród nich niestety wciąż budzą się podstępne demony. A dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że u podnóża Łysej Góry zapiekle śpi podziurowiony swojski rozum. Trwa tutaj od wieków pogański kult obłudy i haniebna zmowa milczenia. Jest to czasoprzestrzeń, w której lokalni mieszkańcy zaczynają święcie wierzyć w kłamstwa, spadające na nich niczym szatańskie łzy z okolicznego gołoborza. Ilekroć pojawia się obcy, nie ma dlań przeproś u swojaków. W imię zemsty kłamstwo staje się nagle prawdą objawioną i bliskość Świętego Krzyża nic tu nie ma do rzeczy. Nieufne i podejrzliwe swojaki mają własne kategorie prawdy i fałszu, dobra i zła, miłości i nienawiści, sukcesu i klęski, przyzwoitości i honoru, życia i śmierci…
Przez parędziesiąt lat macewy z nieistniejacego żydowskiego cmentarza stanowiły schodki do przydrożnej kapliczki w Nowej Słupi. Z około dwóch tysięcy Żydów, którzy mieszkali w miasteczku przed wojną, nie ocalał nikt. Stanowili wtedy niespełna połowę populacji. Niemcy najpierw utworzyli dla nich getto po to tylko, by zaraz wywieźć wszystkich do Treblinki w roku 1942. Przed wywózką zdążyli podobno jeszcze powykładać niektóre drogi macewami, ale teraz już ich tam nie ma. Aż trudno uwierzyć, że ostały się były tylko te na schodkach prowadzących do przydrożnej kapliczki.

Do lat 90-tych XX wieku leżały macewy napisami do góry i deptali po nich swojscy i bogobojni chrześcijanie w drodze na modlitwę. Wtedy też jeden z mieszkańców odwrócił macewy napisami do ziemi. Nie przeniósł ich w inne miejsce ze strachu, gdyż wśród lokalnej społeczności „nie było ku temu odpowiedniego klimatu społeczno-politycznego”. Dopiero ponad trzy dekady później, w październiku 2025 roku obca dyrektor gminnego ośrodka kultury w porozumieniu z wojewódzkim konserwatorem zabytków – podjęła w końcu inicjatywę usunięcia macew ze schodów kapliczki. Grupa wolontariuszy z uczuciem ulgi przeniosła je w końcu w godne miejsce.
Jak myślicie, co stało się dalej? Ano najpierw rozległ się jazgot przerażenia swojaków, a lokalny burmistrz-swojak uknuł intrygę ze swojakiem-kierownikiem et consortes i… zwolnił dyrektorkę z pracy. Jej miejsce zajął oczywiscie wspomniany przed chwilą kierownik. No bo jakże to, żeby łobca łobcych pamieć kcioła uccić, skoro ich ni mo w łokolicy od parudziesińciu lot… Bo przeca zrestom żydki to złe ludzie beli i som. A juści. Jeśli nie wierzycie, pogadajcie chwilę że swojakami na nowosłupieckim rynku. Oj dzieje się, dzieje na „Ziemi Świętego Krzyża” – a tak reklamuje się przecież Nowa Słupia…
Brzmi ta historia niczym nieco frywolny epilog do niedawno wydanej powieści Macieja Siembiedy „Gołoborze”, w której dominującym motywem świętokrzyskich swojaków jest przekazywana z pokolenia na pokolenie wściekła i bezrozumna zawiść i zemsta.

W lokalnym przekazie, usuwając macewy obce „zniszczyły” kapliczkę, bo od tygodni nie ma do niej dojścia… Przyzwoity gospodarz w trosce o dobro wspólne wysłałby natychmiast kilku swojaków, aby w miejsce ocalonych macew wymurować choćby tymczasowe stopnie, ale gdzie tam. Niech swojaki i łobce widzo, jako hańba ich czeko, gdyby przypadkiem przyszło im do głowy przeciwstawić się lokalnej kulturze kłamstwa, chamstwa i zapiekłej nienawiści. Niech-ta się modlo gdzie indziej, a kapliczka niech-ta odstrasza innych obcych, ano coby swojaki też miały baczenie i nie stały się przypadkiem obce. Ku przestrodze, bo któż z nas nie ma pokus, aby po prostu być przyzwoitym. Zwłaszcza wtedy, gdy nie wiadomo, co zrobić.
Chyba jednak jest w tym zachowaniu nowosłupieckich swojaków coś więcej niż tylko niewinna metafora, albowiem zaledwie około 20 minut drogi samochodem z Nowej Słupi, z Mirogonowicami rodzinnie związany jest najzapieklejszy chyba współczesny polski nacjonalista, rasista i antysemita europoseł Grzegorz Braun.
Tak, to ten sam, co gaśnicą w zeszłym roku zgasił w Sejmie RP świece chanukowe. W nagrodę za postawę antysemicką i antyimigrancką wysłoły go swojaki w łostatnich wyborach do parlomentu eurokołchozu (jak nazywa Braun Unię Europejską). Wiadomo, po co. Ano żeby udający erudytę wiejski zapyzialec i tam czynił rozpierduchę oraz – niestety – „gębę przylepiał” Rzeczypospolitej. Nota bene, nadmuchana gigantyczna makieta braunowej gaśnicy stanowiła jeden z rekwizytów podczas warszawskich obchodów tegorocznego Święta Niepodległości. Braunowi zaś przy okazji nadal rosną sondażowe słupki poparcia społecznego.
Trudno ze spokojem i obojętnością na to patrzeć. Ciężko nie tylko patrzeć, ale i pomyśleć, że to także i za sprawą bezrozumnych i omamionych swojaków świętokrzyskich odradza się na naszych oczach faszyzm. W stanie nieustającego nowego osłupienia (jak to w Nowej Słupi) jeszcze bardziej pogrążam się w swojskiej czarnej dziurze. Oby tylko nie dopadły mnie jakieś paszcze. Ogary (lewiatany) na przykład, co poszły w las?
Skoro wszystko już było, nie warto się powtarzać. Jednakże, gdy wokół wojna, trudno nie ulec tym wszystkim mrocznym rozmyślaniom również i w nieco szerszym kontekście. To niesamowite, jak niewiele przez lata zmieniło się w naszej zbiorowej wyobraźni. Do tego niełatwo jednoznacznie stwierdzić, dlaczego tak się dzieje. Do niedawna wydawało się, że po roku 1989 wpadliśmy po prostu w jakiś wir błędnej czarnej dziury, z której nijak nie możemy się wydostać. A dokoła paszcze w puszczy tylko czyhają, oj czyhają.
Podczas zakupów w kieleckim Lewiatanie, po raz kolejny dopadły mnie dylematy XVII-wiecznego angielskiego filozofa Thomasa Hobbes’a, który niedługo po wojnie domowej w Anglii w roku 1651 wyartykułował słynne antyczne powiedzenie Homo homini lupus est (Człowiek człowiekowi wilkiem).
Według Hobbes’a „życie człowieka jest samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie”, wobec czego nie pozostaje nam nic innego, jak się dogadać i stworzyć suwerenną wspólnotę, która pozwoliłaby ten permanentny w dżungli stan walki o przetrwanie, czyli „wojny wszystkich ze wszystkimi” trwale przezwyciężyć.
Lewiatan Hobbes’a to jednak potwór z ludzką twarzą, który paradoksalnie daje nadzieję na zbudowanie lepszego jutra. Przewodzi on wyimaginowanej (politycznej) wspólnocie, stworzonej oczywiście ze strachu. Tak, jak straszą nas od wieków wyobrażenia, m. in. Williama Blake’a o makabrycznej i szatańskiej w istocie Paszczy Lewiatana, który chciałby na wszelkie sposoby pożreć resztki ludzkiego rozumu i zdrowego rozsądku.

Też się boicie? To nic. Ja sam pocieszam się, iż w rzeczywistości Lewiatan to taki trochę potwór z Loch Ness. Straszy a jakże, ale strach ma w gruncie rzeczy wielkie oczy. Nawet wtedy, gdy rzeczy dzieją się w czarnej dziurze, na pograniczu europejskiego Nieba i Piekła, czyli w Europie środkowo-wschodniej. Dante i Blake byliby dumni z tych wszystkich z nas, którym – mimo wszystko – nie brakuje odwagi na robienie w dzisiejszych czasach zakupów w Lewiatanie. Na szczęście – w naszej czasoprzestrzeni kulturowej – Lewiatan nie kojarzy się z dżunglą, lecz raczej z Wilkiem, ewentualnie przebranym za Babę Jagę, podstępnie mknącą na miotle przez Puszczę Jodłową.
We wszystkie te dni, gdy mógłbym spać do woli, z niejasnych powodów zrywam się (po-woli) i zawsze przed świtem, z natrętnym dylematem, czy aby naprawdę świat szczęścia jest w nas, czy też szczęście jest (za)światem. W ciemności, trochę z ukrycia, obserwuję tę Dżunglę Życia… Ja – Tarzan, Ty – Dżejn… Nad nami ciemna chmura, pod nią zaś czarna dziura. Tak strasznie wieje, że aż świat się chwieje… Co robić, Tarzanie?!?
Dżej Conrad * to by od razu wiedział, co począć, czyli popłynąłby w rejs do samego jądra ciemności. Ano bo, gdy zewsząd wieje i świat szaleje, to najbezpieczniej jest na morzu. Belgijskie Kongo co prawda daleko, ale i tak ciemno wszędzie. Ach… Dżejn, co ze mną będzie? Co się z nami stanie?!… Och…, nie martw się, Tarzanie… Tu wszak jest Dżungla, stąd ten mrok, zapomnij o strachu, wytęż wzrok… Cmok-cmok-cmok.
W pełnym metafizycznych dylematów i podziurawionym historią Sercu Europy niczym w Dżungli Nicości nie ma litości. Przez lornetkę co prawda widać lepiej, jednakże wciąż to samo. Przydałby się jakiś noktowizor. Tak czy inaczej, ile razy w kółko można oglądać ten sam film?… Kury, krowy, kaczki, [świnie], droga na Ostrołękę, jadą traktorem… A dalej znowu ino las i las, i las… Dżejn, Kochanie, czyżby to była Puszcza Jodłowa? Ojej, Tarzanie, chyba widzę Szklany Dom… Chyba jesteśmy uratowani!? Łojtam-łojtam i ch… ta ze szklonymi domami. Ten Zyromski tyż beł chyba łobcy?
No tak, Vox populi, vox Dei (Głos ludu, głosem Boga). Lud świętokrzyski ma swój rozum, a gdzie ma Boga, łatwo zgadnąć, skoro dokoła tak czorno łot’tych dyjabłów i carownic gołoborzońskich... Nie ma przeproś. Ale-ale, nie porzucajmy nadziei i nie lękajmy się. Chociaż swojaki niosą przed narodem bąkiewiczowski „krużganek oświaty”, to i tak wszyscyśmy bracia, co nie? Akurat.
Jedno jest pewne: swojaki dadzą radę. Jak trwoga, to na ratunek… Sienkiewicz. Oby tylko nam obcym z lekka pokrzepione serca – niejako rykoszetem, po drodze – w jaką czarną dziurę nie popadły. Ze strachu? Lelum polelum, lelum-polelum, lelum-polelum. Swojakom niestety nawet obcy Dante nie pomoże. O Blake’u i Einsteinie już więcej nie ośmielę się wspominać. No obcy jestem i tyle. Pora spać, tylko czy da się teraz spokojnie zasnąć?
* Dżej Conrad = Joseph Conrad = Józef Konrad Korzeniowski


