Okrągły stół czy emigracja?
Mamy w Polsce klincz doskonały – od 20 lat dwa największe obozy polityczne nie są w stanie przeforsować swojej wizji Polski. Ofiarami tej rywalizacji są najważniejsze konstytucyjne ciała, stanowiące o praworządności. Jeśli oponenci nie siądą do Nowego Okrągłego Stołu jak w 1989 roku, w takiej dysfunkcyjnej demokracji będziemy żyli kolejne lat dwadzieścia.
Te dwie wizje to upraszczając – Polska scentralizowana, pod zdecydowaną kontrolą jednej partii, gospodarką licencjonowaną z dużym sektorem państwowym, niechętna obcokrajowcom i współpracy międzynarodowej (na wzór Węgier Orbana) – kontra Polska liberalna, demokratyczna, wolnorynkowa, otwarta, tolerancyjna (na wzór krajów Europy Zachodniej).
Pomysł Nowego Okrągłego Stołu przedstawiłem w krótkim artykule, który opublikowała „Gazeta Wyborcza” 26 czerwca br. w druku (dzień wcześniej w internecie). Po miesiącu (piszę ten tekst 31 lipca) czas na rozwinięcie tego pomysłu i odniesienie się do zrozumiałej jego krytyki.
Do napisania pierwszego artykułu skłonił mnie wynik dwóch ostatnich wyborów prezydenckich, gdzie liczba głosów obu kandydatów w II turze rozłożyła się prawie idealnie po połowie. Obaj kandydaci (Duda – Trzaskowski 2020 r. i Nawrocki – Trzaskowski 2025 r.) reprezentowali dokładnie te dwie skrajności. Wszystko wskazuje na to, że tak mogą wyglądać kolejne wybory – garstka wyborców, przechylających szalę zwycięstwa na jedną lub drugą stronę, będzie decydować o sprawach zasadniczych, ustrojowych, o polskiej racji stanu, a nie o takich „drobiazgach” jak zmniejszenie podatku VAT z 23 do 22 procent czy wprowadzenie niewielkiej opłaty za pobyt w szpitalu i wizytę w przychodni. Czy jesteśmy skazani na życie w warunkach demokracji dysfunkcyjnej, w której najważniejsze konstytucyjne ciała są sparaliżowane?
Wybory w 2027 roku nic nie zmienią
Zacznijmy od diagnozy. Zaczęło się w 2005 r., a domknęło w 2015 roku. Mamy w Polsce nieuznawane przez obecny rząd, Unię Europejską i połowę wyborców – Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, jakąś Radę Mediów Narodowych i Krajową Radę Sądownictwa i Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Po wyborze nowego prezydenta nic się nie zmieni. Mało tego – nic przełomowego nie stanie się po wyborach parlamentarnych w 2027 roku, bez względu na to, kto je wygra. Jeśli władzę utrzyma strona demokratyczna, dalej nie będzie w stanie przeprowadzić odpowiednich reform, bo będzie je blokował Nawrocki. Jeśli do władzy powróci obóz przeciwny, wspomniane wyżej ciała będzie wprawdzie uznawał jej rząd, ale dalej będą traktowane jako nielegalne przez połowę Polaków i Unię Europejską.
Mamy więc klincz doskonały. Nie wierzę, że uda się go rozwiązać demokratycznymi wyborami. Analogiczną sytuację mieliśmy w PRL – też była konstytucja, nawet gwarantująca wolność zgromadzeń i wolność słowa, której zapisów jednak nie przestrzegali rządzący, a obywatele ją ignorowali, przyzwyczajeni do życia w zakłamanym Orwellowskim świecie. Nie chcę, aby kolejne pokolenie Polaków żyło w Polsce niepraworządnej, z Konstytucją, której najważniejsze artykuły pozostają martwymi zapisami.
Nie widzę lepszego wyjścia niż dobrze przygotowane, zaplanowane i zakończone konkretnymi ustaleniami obrady Nowego Okrągłego Stołu. Spodziewam się, że w rezultacie strona demokratyczna i przeciwna ustalą uchwalenie odpowiednich ustaw, a może nawet poprawek Konstytucji, aby znowu wspomniane wyżej ciała były powszechnie uznawane i honorowane. Politycy muszą zgodnie oświadczyć, że wyroki sądowe będą przestrzegane, nawet jeśli się nie podobają, że nie może być sędziów „swoich” i „nie swoich”, że media publiczne pod kontrolą KRRiT nie będą już nigdy tubą propagandową aktualnie rządzącej partii. Dalszym moim marzeniem byłoby, żeby obie strony sporu dogadały się co do zasad podwyższenia wieku emerytalnego (jak to zrobiły główne partie w Niemczech) i wprowadzenia w Polsce euro.
Przejdźmy do odpowiedzi na krytykę. Mój pomysł krytykowali znajomi na Facebooku i komentujący pod artykułem w „Wyborczej”. Wśród nich profesorowie i publicyści, ławnicy Sądu Najwyższego, działacze organizacji prodemokratycznych. I w zasadzie krytyka ta sprowadzała się do jednego stwierdzenia – pomysł nierealny, utopia. A kiedy pytałem, jaką widzą alternatywę, odpowiedzią było… milczenie. Jeden ze znajomych odpowiedział „emigracja”. Jeśli pomysłem na naprawienie Polski jest z Polski wyjechać, to jest to wyraz najwyższej rozpaczy i desperacji.
Pierwsze kroki
Pomysł nierealny? Mam wrażenie, że świadomość klinczu, który można rozwiązać tylko debatą, a nie wyborami powoli zaczyna docierać do klasy politycznej. Nieoczekiwanie w podobnym tonie wypowiedziała się sędzia Małgorzata Manowska, zresztą jedna z aktorek tego dramatu – przez jednych uznawana, przez innych nieuznawana za prezeskę Sądu Najwyższego. W wywiadzie dla TV Republika (20.07.2025) Manowska powiedziała:
„W tej chwili jest chaos, dlatego że obywatele nie wiedzą, czy dobry skład, czy niedobry skład orzeka w ich sprawie i czy ten wyrok się ostanie. (…) Gdyby ugrupowania polityczne zawarły jakiś rozejm, co do przynajmniej kardynalnych kwestii, dotyczących nie tylko wymiaru sprawiedliwości, ale i najważniejszych spraw dla Polski, to z całą pewnością nie mielibyśmy do czynienia z chaosem”.
Nie wnikam w intencje tego „nawrócenia”, ale treść jest dość zgodna z tym, co napisałem miesiąc wcześniej w „Wyborczej”. „Wynikiem okrągłego stołu powinna być zmiana (poprawki) Konstytucji, ewentualnie zgoda największych obu obozów politycznych na przegłosowanie i podpisanie przez prezydenta odpowiednich ustaw. Sądy muszą być sądami! Nie można mieć sędziów „naszych” i „ich”! Bez praworządności nie ma demokracji”.
W ten scenariusz nieoczekiwanie wpisał się również marszałek sejmu Szymon Hołownia, słusznie krytykowany za okoliczności spotkań w mieszkaniu Adama Bielana z Jarosławem Kaczyńskim. Broni się on właśnie tym, że „trzeba rozmawiać z wszystkimi” i on to robi. Wprawdzie zachował się jak słoń w składzie porcelany, ale kierunek obrał słuszny.
Zrezygnować z rozliczeń?
Nie bez powodu nawiązałem do Okrągłego Stołu z końca lat 80. ub. wieku. Jeśli komuś pomysł Nowego Okrągłego Stołu wydaje się dziś nierealny, niech sobie przypomni (albo poczyta), w jakiej sytuacji byliśmy powiedzmy w 1985, 86 roku. Ilu ludzi, w tym działaczy „Solidarności” i PZPR, przewidziało wtedy, że za kilka lat obie strony siądą do rozmów, w wyniku których PZPR odda władzę bez jednego wystrzału, jednej przelanej kropli krwi? Że Polska wejdzie na drogę liberalnej demokracji i wolnorynkowej gospodarki? Wtedy taki scenariusz dla zdecydowanej większości Polaków był nierealny, był utopią. W 1984 roku, kiedy opuszczałem mury liceum Żeromskiego, marzyłem o emigracji, bo byłem przekonany, że komuna pod butem Moskwy będzie w Polsce trwała jeszcze 50 lat, a nie że za pięć lat upadnie.
Na koniec warto się zastanowić, co może pomóc w przekonaniu polityków obu obozów do takich obrad. Niestety, obawiam się, że strona demokratyczna będzie musiała zrezygnować z części rozliczeń. Może być to trudne. A strona przeciwna – zaprzestać prób zmiany ustroju Polski na kleptokrację wzorowaną na Ameryce Trumpa, Węgrzech Orbana czy Białorusi.
W realizacji tego pomysłu mogą pomóc organizacje prodemokratyczne, jak Komitet Obrony Demokracji, Akcja Demokracja, Obywatele RP, WatchDog, Strajk Kobiet no i oczywiście stowarzyszenia – sędziów Iustitia i prokuratorów Lex Super Omnia. Aby to mogły zrobić, muszą jednak przekonać do pomysłu Nowego Okrągłego Stołu swoich członków i sympatyków, bo zdaję sobie sprawę, jak wielu może on mieć krytyków.

Ziemowit Nowak jest absolwentem I L. O. im. Stefana Żeromskiego w Kielcach z roku 1984. Od 2011 roku jest rzecznikiem Wodociągów Kieleckich. Wcześniej przez 20 lat był redaktorem i dziennikarzem, w tym 18 lat w „Gazecie Wyborczej”. Był również menedżerem w spółce radiowej AC Radio. Jest stypendystą German Marshall Fund of the United States. Prowadzi szkolenia z zakresu PR.

