AktualnościHistoriaNOTABENE 1985-2025

Czy Herling-Grudziński był punkowcem?

Punk-rockowe płyty do Kielc nie docierały. „Klub płytowy” w Wojewódzkim Domu Kultury proponował bardziej zachowawczy repertuar, Pink Floyd, Yes i Genesis. Klub był osobliwą instytucją, możliwą do wyobrażenia chyba tylko w systemie realnego socjalizmu, gdzie najprostsze importowane „dobra kultury” kosztowały fortunę, a kontakty z Zachodem zarezerwowano dla wybrańców. W sali z wysokimi kolumnami spotykało się, powiedzmy, dwadzieścia osób, zasiadało na krzesłach, zaraz pojawiał się kaowiec „Suseł”, który najpierw prezentował płytę jak wytrawny krytyk muzyczny, a potem z namaszczeniem uruchamiał czarną łapę gramofonu. W nabożnym skupieniu przez kolejną godzinę słuchaliśmy niekończących się kompozycji rocka symfonicznego sprzed potopu – z hipisowskich lat siedemdziesiątych. Żadnej, broń Boże, rebelii spod znaku The Clash albo naszego Dezertera.

Któregoś razu zobaczyłem na bazarze przy Piotrkowskiej płytę Sex Pistols „Never Mind the Bollocks”. Chłopak zażądał jakiejś astronomicznej kwoty, odpowiadającej miesięcznej pensji. Czasem w radiu udało się posłuchać „Exploited” albo „Bad Brains”. W Kielcach punkowe zespoły prawie się nie pojawiały, z wyjątkiem TZN Xenny w klubie „Pod Krechą”, w 1987 albo 1988. Jako support wystąpił kielecki Dekret, z legendarnym, nienastrojonym Pisklakiem na gitarze. Xenna nie była może objawieniem, ale grała sprawnie kawałki Sex Pistols z polskimi tekstami. Zawsze coś. Po koncercie wyszliśmy z kumplami, nagle podchodzi do nas grupka metalowców, wyposażona w broń zaczepną. Zwiewaliśmy stamtąd gdzie pieprz rośnie, pożegnał nas rechot „metali”, którym nie chciało się nas gonić.

Wiadomo, że punki z metalami się nie lubili, ale my nawet punkami nie byliśmy, po prostu lubiliśmy posłuchać czegoś ostrzejszego.

W tym samym czasie w „Żeromskim” wydawaliśmy gazetę „Notabene”. Naszą mentorką była profesor łaciny Małgorzata Kruszelnicka. Dawała nam wolną rękę, co przynosiło różne efekty, czasem mocno grafomańskie. Twórcą i pierwszym redaktorem „Notabene” był Konrad Cedro; w 1986 roku od Konrada przejęliśmy z Andrzejem Przychodnim redagowanie gazetki. Pisali do niej głównie uczniowie klasy „A” – o profilu klasycznym, ale do współpracy zapraszaliśmy uczniów innych szkół kieleckich, a nawet studentów (dość wspomnieć o Tomku Mercie, który studiował wtedy polonistykę na UW).

 „Notabene” drukowaliśmy w cementowni „Nowiny”. Jeździliśmy do tej zapomnianej już fabryki białego pyłu, pokrywającego z milimetrową dokładnością okoliczny las, z Agnieszką Olszowy. Numer trafiał do typa, który przeglądał gazetkę i stemplował imprimatur. Cenzorowi wręczaliśmy butelkę żytniej wódki. Gazetka szła do druku w 300 egzemplarzach, co dziś wydaje się przyzwoitym nakładem. Nie mieliśmy pojęcia, że komunizm dogorywa, gnije od środka, a cenzorowi z Nowin jest całkowicie obojętne, co chcą wydrukować jacyś gówniarze z liceum. Jednak „Notabene” ze stemplem cementowego tajniaka nie budziła wątpliwości partyjnej wierchuszki „Żeroma”. W gazetce przechodziły nie tylko mgliste aluzje do dyktatury ciemniaków, ale też teksty zakazanego barda – Jacka Kaczmarskiego.

Kiedy zatem dowiedzieliśmy się, że Gustaw Herling-Grudziński jest naszym „starszym kolegą szkolnym”, narodził się pomysł, żeby opublikować chociaż kilka jego tekstów w „Notabene”. Mam wrażenie, że w Kielcach o GHG mało kto wówczas słyszał, podobnie jak o punk-rocku. Dla mnie Herling, którego znałem z wydawnictw drugoobiegowych, był symbolem kontestacji komunizmu, choć na innym poziomie niż piosenki Dezertera czy Siekiery. Należał do głównych wrogów Sowietów, reżimu i cenzury. Zatem z jednej strony „Inny Świat” Herlinga, z drugiej – „Babilon upadł” Brygady Kryzys.

W dostępie do tekstów i do samego GHG pomógł Robert Pawlik, wówczas student Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie wykładał Zdzisław Kudelski, znawca twórczości Herlinga-Grudzińskiego. Profesor Kudelski skontaktował mnie z pisarzem, który udzielił zgody na publikację. Podwójny numer 11-12 ukazał się w drugiej połowie 1989 roku, jako jedna z pierwszych „oficjalnych” publikacji Neapolitańczyka w kraju (po zbiorze opowiadań „Wieża”, wydanym w 1987 roku). Był to wybór wczesnych tekstów eseistycznych (debiutancka „Świętokrzyszczyzna”, „Żeromski i Hitler”) oraz obszerny, jak na owe czasy, fragment „Dziennika pisanego nocą”. Poza tym dwa teksty o twórczości GHG – Marcina Pawłowskiego i mój, świetne rysunki Ignacego Jakubczyka, poety-rysownika.

Herling numer pochwalił. W liście z 25 grudnia 1989 r. pisał: „Numer specjalny Notabene wypadł doskonale, przesyłam Panu i członkom Komitetu Redakcyjnego serdeczne podziękowania. Specjalne podziękowania należą się autorom artykułów „Świadectwo prawdy” i „Dziennik czytany nocą”, oba wydają mi się bardzo dobre i sprawiły mi wiele przyjemności”.

Niedługo potem, w latach 90., GHG znalazł w głównym nurcie krajowego pisarstwa, doczekał się wydań, wywiadów, opracowań krytycznych. Był chętnie czytany, ale raczej w kontekście politycznym, jako komentator i cięty polemista; rzadziej – jako autor subtelnie napisanych, refleksyjnych opowiadań.

Punk-rock wyczerpał swoją rebeliancką energię pod koniec lat osiemdziesiątych, a z upadkiem komunizmu stracił rację bytu – przynajmniej na jakiś czas.

Latem 1991 roku, odbyłem pielgrzymkę do Neapolu. Pamiętam kawę i papierosy, chłodny, zacieniony dom, rozmowę wokół literatury, Gombrowicza i Iwaszkiewicza, ale też o „przeklętych problemach” krajowej polityki. Coś jeszcze zawdzięczam Herlingowi – mój „debiut”, bo grudniu 1991 roku w paryskiej „Kulturze” ukazał się wierszyk „Goya – kaprysy”.

GHG był już wtedy po swojej pierwszej podróży do Polski. W maju odwiedził też Suchedniów, Kielce i dawną siedzibę liceum. Powrót do rodzinnych stron z pewnością nie należał do łatwych. „Byłem więc w Kielcach-Łżawcu-Klerykowie, w starych Kielcach otoczonych szerokim pierścieniem nowych”. Kielce wydały mu się raczej brzydkie i nieciekawe. Naznaczone piętnem pogromu.  

Podczas swojej ostatniej wizyty w Kielcach, w 1997 r., Herling spotkał się z uczniami „Żeromskiego”. „Oko w oko z uczniami i uczennicami mojego dawnego gimnazjum. Powiało sympatyczną młodością, ale nie powiodło się ostrożne opukiwanie ich stosunku do Żeromskiego. Wygasły zatem pasje („na tropach patrona gimnazjum”) mojej młodości. Myślę o tym bez żalu; czas bywa dla sławnych niegdyś pisarzy bezlitosny”. Tym razem pisarzowi udało się jednak „wejść głębiej wspomnieniami w rodzinne miasto”, wzruszyć się widokiem dawnej stancji czy alejkami Parku Staszica. „Odżyły naraz migawkowe niegdyś i zmatowiałe wrażenia (…) Ogarniała mnie chwilami fala Amarcordu Felliniego”.

Może wtedy, na koniec, Herling pogodził się z Klerykowem?

Maciej Ziętara – absolwent I Liceum im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (1989), filologii hiszpańskiej na Uniwersytecie Warszawskim i studiów latynoamerykańskich na Narodowym Autonomicznym Uniwersytecie Meksyku. Był członkiem redakcji „Notabene” i „Literatury na Świecie”. Tłumaczył literaturę hiszpańską i hispanoamerykańską (Paz, Buñuel, Cabrera Infante, Lydia Cabrera, Zoé Valdés). W Chile opublikował przekład na hiszpański wyboru współczesnej poezji polskiej (101. Seis poetas polacos contemporáneos).

Od 1999 r. w służbie zagranicznej, był ambasadorem RP w Kolumbii (2012-2016) i w Meksyku (2018-2024).

Żonaty, ma dwie córki.