Autor: Adam Schippmann

AktualnościFelietonySTĄD DOTĄD

Po prostu Kanada (niczym czekolada)

Mam na biurku globus plastikowy i podświetlany, który włączam co rano i gaszę wieczorem. I właściwie nic mi więcej nie potrzeba do szczęścia. To jest właśnie ten mój cały świat, którym wystarczy lekko pokręcić, by przenieść się gdzieś, ot tak na chwilę, żeby po prostu być gdzie indziej, po drugiej stronie na przykład, gdzie trawa zawsze zieleńsza jest od naszej. Z półki obok zlewa mi się, a raczej ścieka, zegar Salvadora Dalí. Przypomina jęzor czasu i szkoda tylko, że nie jest zrobiony z czekolady, bo można by go wtedy polizać.

Przed chwilą znów pokręciłem globusem i – za sprawą Trumpa – ponownie myślę dziś tylko  (i wyłącznie) o mojej „ziemi obiecanej”, czyli Kanadzie. Na jej wschodnim krańcu, w miasteczku St. John’s, zaczyna się Trans-Kanadyjska Autostrada numer 1, która naprawdę kończy się w Victorii, na Wyspiej Vancouver, w sumie 7821 km dalej, a mari usque ad mare, od Atlantyku do Pacyfiku. Trudno to sobie wyobrazić, trzeba tę drogą koniecznie przebyć. Szkoda, że nie jest zrobiona z czekolady.

Dziwny i niesprawiedliwy (zazwyczaj) jest ten świat. A tu taka niespodzianka. Od 2018 roku w Kanadzie legalne jest posiadanie marihuany „w małych ilościach”. Dodatkowo, kto chce, może też od razu posadzić sobie w oknie w ilości nie większej niż cztery, krzaczki konopii indyjskich. Coś w tym jest, bo gdy przyjrzeć się bliżej, kształt liścia marihuany niemalże do złudzenia przypomina liścia klonowego z kanadyjskiej flagi. Różnią się jedynie kolorem.

Read More
FelietonySTĄD DOTĄD

Nie ma, jak na wsi. Być, czyli mieć

Często o tej porze do Lublina zmierzam – przez Sycynę, Zwoleń i Czarnolas. Po drodze – jak zawsze – mijam małą wieś Szczęście, nazwaną tak zapewne na cześć Jana Kochanowskiego. Tak właśnie sobie wyobrażam “wieś spokojną, wieś wesołą”, gdzie mimo chłodu, nie ma głodu, a faunowie skaczą radośnie po lesie, szczęśliwi gospodarze zaś wieczorami liczą wracające z pola ekstatycznie ryczące bydło.  Od czasów wieszcza wiele się tu zmieniło, bo obecnie w Szczęściu – bez względu na porę – ze świecą szukać by bydła jakiegoś. No właśnie, gdzie się podziały te krowy szczęśliwe i święte? Pewnie śpią jeszcze bądź też wyemigrowały. Wyklęte?

Skoro o szczęściu mowa, nie sposób nie poddać się metafizyce i nie wspomnieć o Arystotelesie. Według niego być szczęśliwym, to “dobrze żyć i dobrze się mieć”. Szczęście zatem to bardziej sposób życia niż stan materialny. Szczęście to najwyższe pragnienie wszelkich istot ludzkich. Skoro zatem szczęście jest w nas, to droga do niego prowadzi poprzez rozważne pielęgnowanie w sobie cnót najszlachetniejszych. Indywidualne szczęście splecione jest też ze szczęściem zbiorowym, z troską o dobro wspólne. Im bardziej sami jesteśmy szczęśliwi, tym szczęśliwszymi czynimy naszych współobywateli. Być szczęśliwym, to mieć szczęście i potrafić się nim dzielić. Wtedy nigdy nam szczęścia nie zabraknie.

Read More
FelietonySTĄD DOTĄD

Szok kulturowy. Pnioki, krzoki i ptoki

W ponowoczesnym świecie pnioki należą chyba do rzadkości. Coraz trudniej też pozostać krzokiem. Najczęściej zatem jest się ptokiem. Krzokiem zresztą po prostu się bywa, a ptokiem się jest.

To oczywiste, że zawsze skądś jesteśmy i dokadś zmierzamy. W Europie wielu z nas jest jak te bociany, co to zawsze luksusowo fruną sobie tam gdzie cieplej – Polacy do Egiptu, Niemcy do Hiszpanii i tak dalej. Nie inaczej jest i w Kanadzie, gdzie przed zimą snowbirds (śnieżne ptaki) – jak nazywają Kanadyjczyków Amerykanie – gromadnie lecą z zimnej północy na ciepłe florydzkie południe, aby przeczekać koszmarne mrozy.

Żeby w pełni zrozumieć, trzeba doświadczyć. Żeby zrozumieć uchodźców nadal koczujących w głodzie i chłodzie u bram wolnego świata, samemu trzeba było być kiedyś uchodźcą i emigrantem. I stąd mam szok, bo nie wiem, czym sam jest krzok czy ptok. Wiem za to, że krzok ptoka raczej nie zrozumie. Ptok ptoka – już prędzej.

Read More
FelietonySTĄD DOTĄD

O wschodzie słońca. Brzmienie ciszy…

13. stycznia 2025 r. w przededniu szóstej rocznicy zamordowania prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza znów jest ciemno, smutno i cicho. Wsłuchując się w ciszę, paradoksalnie czuję, że jestem pod ścianą płaczu. Wydaje się, iż przed tą nieznośną przeznaczoną nam ciszą nie ma ucieczki. W ciszy można jednak jeszcze coś szeptać. Cisza jest modlitwą. Modlitwa jest ciszą.

Według wyklętego poety Edwarda Stachury “życie to jest (i nie jest) teatr.” Wobec piękna, miłości i kolorowej “maskarady” życia, blednie zaś nawet sama śmierć. Na scenie życia wszyscy jesteśmy niczym zakochany i boski antyczny Chór. Arystoteles powiedziałby, iż jesteśmy “idealnymi widzami”, tańcem i muzyką wyrażającymi zarówno radość jak i smutek.

Read More
AktualnościFelietonySTĄD DOTĄD

TAKO RZECZE DONALD TRUMP: Weźmy sobie Grenlandię, Kanadę albo Panamę?

Jedno jest pewne, jak to w „Lego Movie” wyśpiewano: Everything is awesome! (Wszystko jest wspaniale!) Zblazowany Kim Jong Un przeniesie legotyczna Kanado-Greelandię, podczas dalszego przestępowania z nogi na nogę w strefie zdemilitaryzowanej, pomiędzy Lego-Koreą-Płn. i Lego-Koreą-Płd. Tym samym zostanie przypieczętowany proces zjednoczenia obu Lego-Korei.

I tak w miejscu, gdzie dziś można stracić życie (i rozum), nakręcą kiedyś kolejne Lego-Bondy, w których nie będzie już żadnych dwuznaczności i tylko dobro po prostu będzie konsekwentnie (w odcinkach) zwyciężać nad złem. Ot, powstanie taka sobie neo-Lego-Bonanza, gdzie Lego-Un z Lego-Tru swobodnie i do woli uprawiać będą swe legotycznie pokojowe manewry. Może zaproszą też do zabawy innych Lego-władców albo nawet samego „premiera-gubernatora” Kanady? A jeśli nie, to na bank przypłynie „ktoś z Panamy”, być może Elon M. się pofatyguje?

Read More
FelietonySTĄD DOTĄD

Ekscentryczne horyzonty ponowoczesności. Tu i tam, i wszędzie czy nigdzie?

Jerzy Pilch określił kiedyś Kielce jako ” fantastyczne, depresyjne miasto”. I zapewne coś w tym jest, zwłaszcza o tej porze roku. Nie da się także ukryć, że „stąd” wszystko wygląda nieco ekscentrycznie i kosmicznie zarazem. Takie właśnie można odnieść wrażenie, ilekroć wylądujemy nieopodal kieleckiego dworca autobusowego w kształcie latającego spodka. Na najwyższym poziomie tegoż znajdujemy filię Miejskiej Biblioteki Publicznej (nomen omen im. Jerzego Pilcha) – nazwaną trafnie, kulturalnie i inspirująco „Poczytalnią na dVoRcu”. Tak oto objawia się ponowoczesność w czystej formie i tym samym z domniemanych peryferii stajemy się nareszcie centrum. I o to chodzi.

Już od ponad 60 lat Kielce są światową stolicą majonezu, o czym winniśmy przypominać wszem i wobec. To tylko w 2022 roku buńczucznie patriotyczne farbowanie rzeczywistości – przy okazji otwarcia przekopu Mierzei Wiślanej – totalnie przyćmiło obchody Światowego Dnia Majonezu Kieleckiego. Zapatrzeni w niewątpliwie ekscentryczny horyzont elbląskiego portu Nowy Świat, chwilowo wpadliśmy na mieliznę zapomnienia o naszej małej ojczyźnie. Bywa i tak, bo z Kielc do morza jest ciągle strasznie daleko. Poza tym najbliższe naszemu sercu lotnisko to Warszawa-Radom i od niedawna da się zeń „skądś-dokądś” polecieć, na przykład „na południe”…

Read More
FelietonySTĄD DOTĄD

Paszcza w Puszczy. Nie ma co się bać

Podczas międzyświątecznych zakupów w kieleckim Lewiatanie znienacka dopadły mnie dylematy XVII-wiecznego angielskiego filozofa Thomas’a Hobbes’a, który niedługo po wojnie domowej w Anglii w roku 1651 kreatywnie wyrzucił z siebie słynne antyczne powiedzenie „Homo homini lupus est” (Człowiek człowiekowi wilkiem). Według Hobbes’a „życie człowieka jest samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie,” wobec czego nie pozostaje nam nic innego, jak się dogadać i stworzyć suwerenną wspólnotę, która pozwoliłaby ten permanentny stan „wojny wszystkich ze wszystkimi” trwale przezwyciężyć. 

Też się boicie? To nic. Jak wiadomo, strach ma zazwyczaj wielkie oczy, nawet gdy rzeczy dzieją się niemalże na pograniczu europejskiego Nieba i Piekła, czyli w Polsce Wschodniej. Dante i Blake byliby dumni z tych wszystkich z nas, którym nie brakuje mimo wszystko odwagi na robienie zakupów w Lewiatanie. No ale w naszej przestrzeni kulturowej Lewiatan kojarzy się raczej z Wilkiem, ewentualnie przebranym za Babę Jagę, podstępnie wędrującym przez… Puszczę Jodłową?

Read More
FelietonySTĄD DOTĄD

Zimna wojna. Polska rapsodia 2024

Sto sześć lat później czas by znowu napisać coś o miłości, co nie zna granic, o wierze, co góry przenosi oraz nadziei, co nie jest jedynie matką głupich i naiwnych. 11. listopada 2018 r. siedzałem w zadumie wewnątrz ogromnej Bazyliki Brukselskiej (Basilique du Sacré-Cœur à Koekelberg), gdzie w Wielkim Roku 1989 Freddie Mercury wyśpiewał ze swym zespołem Bohémską rapsódię.

Wracam oczyma wyobraźni do tamtych czasów. Gdy Freddie śpiewał Bismillah! (w imię Boga!), Mamma mia (skądkolwiek wieją wiatry), w Polsce też już było po wyborach, a pod Kolumną Zygmunta tańczono poloneza i zewsząd pobrzmiewało rapsodyczne Kochajmy się! Tak było.

Wszelkie rapsodie mają naturalnie swoje własne i znacznie dłuższe historie. W czasach antycznej Grecji pojmowano rapsodię jako tkaną muzykę. Były to pieśni z obowiązkowymi elementami improwizacji, wykonywane podczas publicznych zgromadzeń przez utalentowanych zapiewajłów. Ot, taki ludowy jazz, można powiedzieć: czasem wzniosły, czasem egzaltowany, zawsze inspirujący i pełen niezłomnej wiary, nieustająco dającej nadzieję, że otaczająca tragikomiczna rzeczywistość ma jednak (jakiś) sens.

Read More
FelietonySTĄD DOTĄD

O przemijaniu. Przez trudy do gwiazd?

Pomiędzy Halloween a Dniem Wszystkich Świętych snujemy refleksje o tym, co było, co jest i co będzie. Wierzymy, mamy nadzieję, kochamy, bo wiemy już, że nieubłaganie wszystko płynie i dwa razy do tej samej rzeki wejść nie sposób. Tym samym wszystko jest poezja. Po prostu. W otaczającym nas świecie szukamy zatem sensu i inspiracji.

W jednym z miasteczek u podnóża Świętego Krzyża, w odległości zaledwie kilkuset metrów od siebie znajduję dwa cmentarze. Nad ich bramami widnieją dwa łacińskie napisy: Morituri te salutant (Pozdrawiają cię idący na śmierć) oraz Requiescant in pace (Niech spoczywają w pokoju). Łacińskie sentencje zawsze dodają powagi. Kim zatem są i kogo pozdrawiają “idący na śmierć”? Zapewne są to ci sami, którym życzymy, ażeby “spoczywali w pokoju”.

Read More
FelietonySTĄD DOTĄD

Trick-or-treat?! Halloween’owa fatamorgana

Ze skojarzeniami jest jak z mirażami na pustyni. Im mocniej próbujemy się do nich zbliżyć, tym stają się ulotniejsze. Nie wiadomo do końca, gdzie kończy się w nich prawda a gdzie zaczyna zmyślenie. Tragiczny czar przeszłości ostatecznie pryska w każdym z nas niczym mydlana bańka albo… pustynna fatamorgana. Zmienia się też ciągle perspektywa i – jak pisze Czesław Miłosz – już nie to wielkim się nazywa, co się nam wielkim wydawało. Déjà vu?

W przededniu Halloween AD 2024 z oparów bolesnej mgły smoleńskiej znów wyłonił się wszem i wobec makabrycznie groteskowy Antoni Macierewicz, czyli domniemany „che’gevara polskiej polityki”. Przy okazji przypomniano też ponownie brzozę, od której to wszystko się zaczęło ponad 14 lat temu. Smoleńska mgła i brzoza „powróciły niczym wampiry i nijak nie można ich zatłuc”… I niestety nie była to fatamorgana. Nie była i nie jest. Trick-or-treat?!

Read More