WIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Obce we wsi! Paszcze w puszczy

Skoro wszystko już było, nie warto się powtarzać. Jednakże, gdy wokół wojna, trudno nie ulec mrocznym rozmyślaniom. To niesamowite zresztą, jak niewiele przez lata zmieniło się w naszej zbiorowej wyobraźni. Do tego niełatwo jednoznacznie stwierdzić, dlaczego tak się dzieje. Do niedawna wydawało się, że po roku 1989 wpadliśmy po prostu w jakiś wir błędnej czarnej dziury, z której nijak nie możemy się wydostać.

Podczas  zakupów kieleckim Lewiatanie, po raz kolejny dopadły mnie dylematy XVII-wiecznego angielskiego filozofa Thomasa Hobbes’a, który niedługo po wojnie domowej w Anglii w roku 1651 wyartykułował słynne antyczne powiedzenie Homo homini lupus est (Człowiek człowiekowi wilkiem).

Według Hobbes’a „życie człowieka jest samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie,” wobec czego nie pozostaje nam nic innego, jak się dogadać i stworzyć suwerenną wspólnotę, która pozwoliłaby ten permanentny w dżungli stan walki o przetrwanie, czyli „wojny wszystkich ze wszystkimi” trwale przezwyciężyć. 

Lewiatan Hobbes’a to potwór z ludzką twarzą, który paradoksalnie daje nadzieję na zbudowanie lepszego jutra. Przewodzi on wyimaginowanej (politycznej) wspólnocie, stworzonej oczywiście ze strachu. Tak, jak straszą nas od wieków wyobrażenia, m. in. Williama Blake’a o makabrycznej i szatańskiej w istocie Paszczy Lewiatana, który chciałby na wszelkie sposoby pożreć resztki ludzkiego rozumu i zdrowego rozsądku.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Zimna wojna. Polska rapsodia 2025

Sto siedem lat później czas by znowu napisać coś o miłości, co nie zna granic, o wierze, co góry przenosi oraz nadziei, co nie jest jedynie matką głupich i naiwnych. 11 listopada 2018 r. siedzałem w zadumie wewnątrz ogromnej Bazyliki Brukselskiej (Basilique du Sacré-Cœur à Koekelberg), gdzie w Wielkim Roku 1989 Freddie Mercury wyśpiewał ze swym królewskim zespołem Bohémską rapsódię. Wracam oczyma wyobraźni do tamtych czasów. Gdy Freddie śpiewał Bismillah! (w imię Boga!), Mamma mia (skądkolwiek wieją wiatry), w Polsce też już było po wyborach, a pod Kolumną Zygmunta tańczono poloneza i zewsząd pobrzmiewało rapsodyczne Kochajmy się! Tak było.

Na odzyskanie przez Polskę niepodległości 107 lat temu kilka pokoleń musiało czekać 123 lata. Kolejne pokolenia czekały na ostateczny rapsodyczny upadek żelaznej kurtyny, aż do roku 2004, czyli do rozszerzenia Unii Europejskiej na Wschód. To wszystko wiemy, ale czy rozumiemy? Hasło tegorocznego Marszu Niepodległości w Warszawie przeraża tym bardziej, że identyfikuje się z nim tak wiele osób, od prezydenta RP pozynając. „Jeden naród, silna Polska!” wydaje się być okrzykiem już nie tylko nacjonalistycznym, ale też symptomem rodzącego się na naszych oczach neofaszyzmu. Ponad 100 tysięcy uczestników wydaje się popierać anachroniczne idee, tak jakbyśmy nie przynależeli do Unii Europejskiej, której fundamentem jest przecież różnorodność i otwartość. Bezduszny rów mentalny wykopany przez polityczną sektę po katastrofie smoleńskiej w 2010 roku jest nadal metodycznie pogłębiany w świadomości obecnego pokolenia.

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

O przemijaniu. Per aspera ad astra?

Zbliża się Halloween, a potem Dzień Wszystkich Świętych, czyli czas, kiedy mniej lub bardziej poważnie snujemy refleksje o tym, co było, co jest i co będzie. Wierzymy, mamy nadzieję, kochamy, bo wiemy przecież, że nieubłaganie wszystko płynie i dwa razy do tej samej rzeki wejść nie sposób. Nic dwa razy się nie zdarza?

Tym samym wszystko jest poezja. Po prostu. W otaczającym nas świecie niewątpliwie szukamy jednak sensu i inspiracji.

W Rudkach, na terenie gminy Nowa Słupia, u podnóża Świętego Krzyża, w odległości zaledwie kilkuset metrów od siebie – niejako w stanie „nowego osłupienia” znajduję dwa cmentarze.

Jeśli faktycznie nie ma przypadków, łacińskie napisy, jakie widnieją nad ich bramami także nie znalazły się tam bez powodu: Morituri te salutant (Pozdrawiają cię idący na śmierć) oraz Requiescant in pace (Niech spoczywają w pokoju). Łacińskie sentencje zawsze dodają powagi. Kim zatem są i kogo pozdrawiają “idący na śmierć”? Zapewne są to ci sami, którym życzymy, ażeby “spoczywali w pokoju”.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Kielecki kosmos. Refleksje pofestiwalowe

Kieleckość podobnie jak świętokrzyskość to jednak jest inny świat, który wymyka się precyzyjnym opisom i definicjom. To rzeczywiście jest takie miejsce z pogranicza, gdzie wszystko się miesza, łącznie ze zdrowym rozsądkiem. Kielce to jest jaskinia, z której dawno wygnano Sokratesa i gdzie nawet Platon miałby problemy, o Arystotelesie nie wspominając.

W Kielcach ważne są pierogi, które najlepiej spożywać na dworcu autobusowym przypominającym latający kosmiczny spodek UFO. Wylądowało ono u nas w latach 70-tych ubiegłego wieku, niedawno je odrestaurowano i lada moment zarządzać nim będzie sztuczna inteligencja. Pierogi świętokrzyskie wysłaliśmy w kosmos, aby nasz dzielny Sławosz, którego rodzina też z Kielc się wywodzi nie umarł z głodu. Są to zresztą jedyne – jak dotąd – pierogi, które ponoć zachowują swój unikatowy wdzięk i smak nawet w stanie nieważkości, czy można by powiedzieć, że już bardziej kreatywnego i inspirującego miejsca na naszej planecie w tej chwili nie ma. Ewentualnie ze świecą by go szukać.

W Kielcach ze świecą by szukać prawdziwego dziennikarstwa, bo jak się jakiś lokalny redaktor obrazi (albo, nie daj boże, nie po drodze mu będzie z opcją polityczną potencjalnych i domniemanych bohaterów jego opowieści), to gleba – nie napisze o nich nigdy więcej i ch… Zresztą najstarsza gazeta w mieście “Echo dnia” od lat niucha koniunkturę i pod nią układa dzień po dniu to, co ważne, a resztę przemilcza. Ponoć redaktor dyżurny wychodzi co rano na balkon, oblizuje wskazujący palec, unosi go dziarsko i sprawdza, z której strony akurat wieje wiatr i komu bije dzwon.  Taki świat, bo lepiej a priori antycypować to, co nam nawet nie przyszłoby do głowy. Faktycznie, to jest jakaś forma kreatywności, godnej pozazdroszczenia. No przecież.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

KIELCE. Historia i teraźniejszość

To, co dziś jest stare, kiedyś było nowe. To, co dziś jest nasze, kiedyś nasze nie było. Nie było też cudze, bo w powszechnym mniemaniu było niczyje – a skoro niczyje, to wszyscy mieli to gdzieś.

Jesteśmy pokoleniem naprawdę szczęśliwym, gdyż na naszych oczach dokonały się w Polsce po roku 1989 przemiany, o jakich wielu przed nami mogło tylko pomarzyć. Wydawało się, że poprzez przystąpienie do NATO oraz Unii Europejskiej nareszcie udało nam się wydostać z geopolitycznego koszmaru Europy Środkowo-Wschodniej. Dzisiaj niestety po raz kolejny przychodzi nam stawić czoła „niezamierzonym konsekwencjom” dopiero co odzyskanej wolności.

Niespełna miesiąc temu – 26 lipca 2025 roku – w samo południe – przez główną ulicę Kielc przemaszerował pochód przeciwko „nielegalnej imigracji” oraz powstaniu w naszym mieście Centrum Integracji Cudzoziemców, zorganizowany przez „Kieleckich Patriotów”.

Ich patronem i bohaterem jest m. in. Janusz Waluś – polski emigrant do RPA, zwolennik apartheidu i morderca czarnoskórego Chrisa Haniego w roku 1993. W haniebnym i skandalicznym pochodzie domniemani lokalni patrioci przemaszerowali z Walusiem na czele, wraz z piłkarskimi kibicami Korony Kielce oraz wyborcami faszysty i – pochodzącego ze świętokrzyskich Mirogonowic – antysemity europosła Grzegorza Brauna.

Demonstracja przeszła od kieleckiego dworca PKP do Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego, po drodze mijając miejsce powojennego pogromu żydowskich mieszkańców Kielc (4 lipca 1946 roku). Cokolwiek należałoby dodać do tej krótkiej relacji, nie ma usprawiedliwienia dla antysemityzmu oraz rasizmu, które w sposób uwłaczający nam wszystkim objawiają się coraz dobitniej w polskim życiu publicznym. Nie powinno być w nim miejsca dla Walusiów, Braunów i Bąkiewiczów!

Tak oto budzą się w naszym kraju dawno zapomniane demony przeszłości, tak oto na naszych oczach odradza się faszyzm. Czyżbyśmy byli świadkami kolejnej „ucieczki od wolności”? A może chodzi raczej o – jak mawia nadprezes Kaczyński – „syndrom sztok-sztook-sztoookholmski”? Trudno powiedzieć. Mam jednak nieodparte wrażenie, iż pewna część naszego społeczeństwa nie może po prostu żyć bez babrania się w bagnie historii. I to nie tylko w Kielcach.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Krużganki oświaty: POLSKA DLA BOCIANÓW!

Tym razem będzie na poważniej, albowiem niezbadane są wyroki niebios oraz szlaki, jakimi chadza nasza wyobraźnia. Niezbadane są horyzonty, z jakimi przychodzi się nam mierzyć w nudnej codzienności. Naiwnie wciąż dziwię się i dziwię, i nadziwić nie mogę. To trochę tak, jakbym był ciągle na początku, gdyż koniec raczej wymyka się mej percepcji. Jest mi zdecydowanie bliższa nieskończoność.

Widziałem wiele razy pustynię ogromną i step szeroki a także prerię, których naturalnie nawet okiem sokolim zmierzyć nie dawało rady. Dookoła zaś prawie wszystko było w ruinie. Nicość po prostu, taka trochę “ziemia ulro”. Nie pozostawało zatem nic innego, jak czem prędzej wstawać z kolan i głowę (dumnie choć nieśmiało) unosić ku niebu, coby zaraz potem z zapartym tchem zerkać na horyzont. Metafizycznie ekscentryczny ma się rozumieć, bo gdy z rzadka raczej bywało tuż po deszczu, po którym zaraz wychodziło słońce, tęczy co raz wypatrywałem,. Tak było po to tylko by natychmiast zdać sobie sprawę, iż cóż z tego że wkoło tak kolorowo, skoro i tak nikt nie woła, a i tak trzeba było jechać dalej. Fatamorgana, nudny bezruch i cisza to w sumie to samo.

Codzienny gwar panujący w sercu Europy jest także na swój sposób metafizyczny i ekscentryczny. Owe tysiące eurokratów mozolnie i z pasją starających się porządkować wszechobecny wielowymiarowy chaos. Sprawnie poruszają się wewnątrz iście platońskiego labiryntu, gdzie definicje naszej europejskości jawią się niczym ulotne cienie na jego ścianach. Wszystko układa się potem w dość przekonywującą całość, w coś, co można by zapewne nieco enigmatycznie nazwać pragmatycznym idealizmem ponowoczesnej Europy.

Read More
FelietonyFestina LenteWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Duumwirowie znad Bajkału

I tak oto, na fali międzynarodowych wichrów, nad taflą jeziora Bajkał sunie motorówka – a w niej dwóch jegomościów, którzy mogliby uchodzić za bohaterów kart rzymskich kronik, gdyby tylko wówczas wynaleziono okulary przeciwsłoneczne i kubki termiczne z napisem „We Obey Dice’s Word”.

Jeden patrzy w dal przez czarne szkła, drugi trzyma w dłoni lornetkę, jakby czekał na sygnał od pretorian, że czas już ruszać w bój. Tylko transparent na brzegu – „Baikal Piuscle Recata” – przypomina, że jesteśmy w groteskowej wersji XXI wieku, a nie w starożytnym Rzymie.

W republice rzymskiej, gdy senat zgrzytał w posadach, a ulice rozbrzmiewały wrzawą trybunów i przekupniów, pojawiał się ten szczególny wynalazek politycznej chemii – duumwirat. Dwu ludzi, pozornie równych, w istocie splecionych w uścisku interesów, jak dwóch żeglarzy w jednej łódce: dopóki fale groźne, dopóty wiosłują zgodnie, ale gdy tylko morze się uspokoi – jeden drugiego gotów utopić.

Pierwszy triumwirat? Wszyscy mówią „trium-”, ale przecież w praktyce zawsze sprowadzało się to do gry w pary: Cezar z Pompejuszem przeciw Krassusowi, potem Cezar przeciw Pompejuszowi… aż piach, krew i marmurowe popiersia pokryte kurzem.

I cóż my dziś widzimy? Putin i Kim – niby nie w togach, lecz z tym samym zmysłem obchodzenia wszelkich konstytucji, regulaminów i traktatów. Jeden daje drugiemu ropę, drugi odsyła mu żołnierzy i amunicję, a całość przyprawia się sosem wspólnej wrogości wobec „imperialistycznych hegemonów”. Rzymianie też tak mówili – tylko wtedy przeciwnikiem był „zepsuty senat” czy „zdrajcy republiki”. Mechanizm identyczny: gdy system trzeszczy, łatwiej dogadać się poza systemem.

A jak to się kończyło w Rzymie? Zawsze tak samo: najpierw prospekty i rauty, potem listy proskrypcyjne, a wreszcie – bratobójcza wojna. Octawian i Antoniusz potrafili jeszcze wspólnie kroić tort państwa, póki nie poczuli, że na stole zostały już tylko dwa noże i jeden kawałek. Wtedy jeden drugiego wysłał do historii – w czarnej ramce.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Fatum, sacrum i profanum. Wojna czy pokój?

Za sprawą Rosji ponownie znaleźliśmy się w owym przeklętym geopolitycznym trójkącie historii, którego ramy wyznaczają fatum (to, co nieuniknione), sacrum (to, co święte), które wszak jest brukane przez nieprzewidywalne profanum (to, co ludzkie, niedoskonałe).

Autor słynnej rosyjskiej epopei narodowej “Wojna i pokój” Lew Tołstoj był przekonany, że historią rządzi ślepy los, fatum, którego w żaden sposób nie da się uniknąć.

Nie jest ono bowiem zależne od jakichkolwiek ludzkich działań. Jego wykonawcami nie są wybieralni “genialni wodzowie”, lecz narodowe masy, na czele których stają władcy wypełniający z woli boga i narodu misję dziejową. W ten sposób uzasadniano wszelkie imperialne podboje. 

Podobną pokrętną logiką zdaje się podążać Władimir Putin, który wraz z aneksją Krymu w lutym 2014 roku samozwańczo stał się imperatorem tzw. Noworosji. Jej integralną część stanowił kiedyś Półwysep Krymski, ale przecież to było dawno. W 1954 roku Nikita Chruszczow “podarował” Krym Ukrainie i tak to powinno było pozostać już na zawsze.

Jeszcze niedawno anachroniczne i barbarzyńskie wojenne zakusy Putina wobec Ukrainy w dłuższej perspektywie nie miały szans powodzenia. Jako przywódca wojny niesprawiedliwej Putin stał się uosobieniem zła, którą to rolę w czasach opisywanych przez Tołstoja pełnił Napoleon Bonaparte.

Agresja Rosji wobec Ukrainy służy tylko i wyłącznie zaspokojeniu chorych ambicji imperatora. Ma też wiele wspólnego z wydumanym historycznym pseudo-patriotyzmem i domniemaną dziejową koniecznością. Oderwany od rzeczywistości Władimir Putin najwyraźniej nie doczytał niestety do końca dzieła Lwa Tołstoja.

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Don’t give up… You’re in KIELCE!

Jerzy Pilch określił kiedyś Kielce jako ” fantastyczne, depresyjne miasto”. I zapewne coś w tym jest, chociaż nie o tej porze roku. Nie da się także ukryć, że „stąd” wszystko wygląda nieco ekscentrycznie i kosmicznie zarazem. Takie właśnie można odnieść wrażenie, ilekroć wylądujemy nieopodal kieleckiego dworca autobusowego w kształcie latającego spodka.

Na najwyższym poziomie tegoż znajdujemy filię Miejskiej Biblioteki Publicznej (nomen omen im. Jerzego Pilcha) – nazwaną trafnie, kulturalnie i inspirująco „Poczytalnią na dVoRcu”. Tak oto objawia się ponowoczesność w czystej formie i tym samym z domniemanych peryferii stajemy się nareszcie centrum. I o to chodzi.

Już od ponad 60 lat Kielce są światową stolicą majonezu, o czym winniśmy przypominać wszem i wobec. To tylko w 2022 roku buńczucznie patriotyczne farbowanie rzeczywistości – przy okazji otwarcia przekopu Mierzei Wiślanej – totalnie przyćmiło obchody Światowych Dni Majonezu Kieleckiego.

Zapatrzeni w niewątpliwie ekscentryczny horyzont elbląskiego portu Nowy Świat, wpadliśmy wtedy na mieliznę zapomnienia o naszej Małej Ojczyźnie. Bywa i tak, bo z Kielc do morza jest ciągle strasznie daleko. Poza tym najbliższe naszemu sercu lotnisko to Warszawa-Radom i od niedawna da się zeń „skądś-dokądś” polecieć, na przykład „na południe”.

Nie zapominamy przy tym, iż na Ziemi Żeromskiego na wszystkie możliwe sposoby próbujemy złapać w nasze żagle „wiatr od morza”, ażeby wypłynąć w końcu na szerokie oceany wyobraźni. Czynimy to naturalnie po to, by ani Stasia Bozowska, ani tym bardziej Tomasz Judym nie utknęli na amen w „kagańcach” lokalnych ograniczeń. Wszelkie podróże niewątpliwie kształcą, a nauka jest przecież niczym „niezmierne morze” oraz „im więcej jej [pijemy], „tym bardziej jesteśmy spragnieni”.

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Hetta, wiśtaa, wiooo…

Współczesny nasz świat naprawdę trudno do końca zrozumieć, gdyż wydarzenia lokalne nieustannie przenikają się z globalnymi. Jak na ponowoczesność przystało, miesza się też przeszłość z teraźniejszością i trudno za tym wszystkim nadążyć.

Ten wielowymiarowy chaos układa się jednak w pewną bolesną całość – w historię, która po prostu lubi się powtarzać.
U nas dzieje się to obecnie w rytmie hetta-wiśtaa-wiooo albo – jak kto woli – patataj-patataj. No bo wiadomo, że jaki kraj, takie i jego patataj.

Około 50 lat temu bladym świtem pędziliśmy z dziadkiem zaprzęgniętą w konia furą z Woli Kopcowej w stronę Domaszowic. Pamiętam ten dzień jak dziś, bo trzymałem wtedy po raz pierwszy w życiu lejce i bat. Podczas jazdy niezdarnie wymachiwałem tymże batem, dziadek zaś co chwila wykrzykiwał komendy “hetta-wiśtaa-wiooo”, które nasz koń posłusznie i bezkrytycznie wykonywał.

Miał oczywiscie klapki na oczach. Patataj-patataj. Hetta, wiśtaa, wiooo… A może ktoś zaordynuje jednak prrrr?

Read More