WIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Bee happy! Życie na pograniczu

Jak to na pograniczu, przy porannej kawie czytam z zapartym tchem po raz kolejny “Nieznośną lekkość bytu” Milana Kundery. I co z tego? Ano picie kawy tylko wtedy ma sens, gdy towarzyszą mu szalone emocje. Tylko wtedy ta banalna z pozoru czynność staje się przeżyciem głęboko egzystencjalnym.

Einmal ist keinmal (raz to tyle, co nic), dlatego tak ważnym staje się staranne kultywowanie codziennych rytuałów. W innym przypadku życie przecieknie nam mimowolnie przez palce, a na końcu tej drogi jest już tylko nuda i bezsens – a do tego dopuścić nie możemy.

Gdy wszystko wokół przemija niczym sen, tak czy inaczej szukamy w pamięci jakichś trwałych punktów odniesienia do przeszłości, pozwalających przetrwać to, co niespodziewanie zsyła nam los.

Nie mają oczywiście większego sensu jakiekolwiek próby użalania się nad sobą. Albowiem tak jak nie można zatrzymać czasu, nie można też uciec ani przed sobą, ani przed przeznaczeniem. Warto zatem ot tak, po prostu dać się ponieść owej nieznośnej fali błogiej tymczasowości. Jak to na pograniczu.

To oczywiste, że nie można zmienić przeszłości, a teraźniejszość na pograniczu okazuje się w gruncie rzeczy wieloznacznym i nieznośnym półsnem. Jedyne zatem, co trzyma nas przy życiu tu i tam, i wszędzie, to dająca nadzieję przyszłość.

W miarę upływu lat zmagania z codziennością kończą się u mnie zawsze konstatacją, iż w gruncie rzeczy „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”, gdyż tylko na nie czekamy i tylko to, co przed nami można zmienić na lepsze. Szczęśliwego Nowego Roku 2026!

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Czas bałwanów, czyli odwilż?

Kiedy rozum śpi, budzą się demony. Gdy przychodzi zima, budzą się bałwany. Typowy bałwan jest uśmiechnięty, ma czarne oczy z węgielków, pomarańczowy nos z marchewki, czapkę lub kapelusz, a w ręku trzyma kij lub miotłę. Bawi i straszy jednocześnie, ale nie u nas. Ten nasz bardziej straszy niż bawi, w każdej chwili gotów, by absurdalnie pogrążyć się w nicości…

XVIII-wieczny hiszpański artysta Francisco Goya, twórca “kapryśnych” satyrycznych miedziorytów z pewnością nie spodziewał się, iż jego oświeceniowa frywolność nabierze z czasem wymiaru quasi-uniwersalnego. Goya ze strachu przed Inkwizycją zniszczył znaczną część swoich prac. Podobno obawiał się demonów, które trwale tkwią w każdym z nas. Bałwany zaś są tylko sezonowe, tak jak pingwiny i bociany.

Strach ma podobno wielkie oczy, a ja spoglądam niepewnie na stojąca w kącie wielką i ciężką walizkę w kolorze pomarańczowym, której nie mam odwagi otworzyć już od prawie 20 lat. Spakowałem ją przed laty w Arabii Saudyjskiej i omijam od tej pory szerokim łukiem niczym lampę Aladyna. Po prostu boję się, oj boję, tego dżinna, który mógłby zeń wyskoczyć. Był kiedyś taki radziecki film Magiczna lampa Aladyna, nakręcony w roku mojego urodzenia… Lepiej więc włożyć czapkę niewidkę i iść dalej, niźli mierzyć się z przeszłością ukrytą w magicznej walizce. Bałwany, pingwiny i bociany też mają swoje tajemnice. I niech tak zostanie.

Wiara w dżinny jest ciągle żywa w ludowej tradycji muzułmańskiej. Mieszkają one na pustyni. Są dobre i złe. Posiadają nadnaturalną moc, są niewidzialne i mogą przybierać dowolne postacie. Dobre służą Allahowi, złe zaś szkodzą. Do złych dżinnów zalicza się Szatana. Zgodnie z ludowymi przekazami, człowiek może podporządkować sobie dżinna przy pomocy tajemnych zaklęć i na przykład uwięzić go w butelce (albo w walizce?)…

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Węgiersko-tureckie sny o potędze?

Strach pomyśleć, co by było, gdyby Jan III Sobieski wraz z husarią w 1683 roku pałał równie wielką „obcością kulturową” do Wiednia, co prezes Kaczyński et consortes w roku 1989. Zapewne w konsekwencji siedzielibyśmy dzisiaj wszyscy elegancko (nad Dunajem) „po turecku” i to nie na jakichś-tam patriotycznie ograniczonych ławkach, lecz – w najlepszym razie – na latających dywanach. Najprawdopodobniej, mielibyśmy też już teraz nad Wisłą jakąś formę zdecydowanie nieliberalnej republiki teokratycznej. A chyba nie o to chodziło, co?

Problematyczną zaletą takiego stanu rzeczy byłoby ewentualne „pojmanie” czterech niewiast za żony – wedle ludowej mądrości osmańskiej: po jednej na każdy kąt pokoju; zakładając oczywiście, że ów pokój nie byłby okrągły… Czyli co? Frywolny harem, tęczowa balanga od zmierzchu aż po świt i seks dla przyjemności? Naprawdę? A co wobec tego z cnotami niewieścimi ministra Czarnka?

Potencjalne dylematy można by mnożyć, bo my przecie zazwyczaj tacy cisi, głusi i niemi – totalne głupki z nas i w ogóle. Od lat tolerujemy obelgi, którym właściwie nie ma końca: kanalie, mordy zdradzieckie (naj)gorszego sortu itd. Piszę to wszystko rzecz jasna „poza trybem”. Piszę, więc jestem i w coraz większe osłupienie wprawiają mnie te tureckie kazania naszej nadwiślańskiej trupy objazdowej z wymownym gestem posłanki Lichockiej w tle, a jakże. À propos, za „gest Lichockiej” pokazany w przestrzeni publicznej idzie się na przykład w takim Dubaju „z automatu” na 30 dni do paki…

Przypominamy, że skoro Europa jest dla prezesa et consortes „obca kulturowo”, po drugiej stronie Bosforu z otwartymi ramionami czeka nań i jego świtę, emanująca dobrobytem i wolnością, wymarzona nieliberalna demokracja turecka. Latające dywany falują w trybie standby’u, domniemany zaś wszechwładny prezes i spółka poczuliby się gdzieś nareszcie swojsko i u siebie. Jest tylko jeden Broblem – jak tu szybko posiąść znajomość najpierw węgierskiego, a potem tureckiego? Czary-mary, czary-mary. Podobno jednak do niektórych rzeczy język jest zupełnie niepotrzebny. Jedno jest pewne: Atatürk w grobie się przewraca, ale – na szczęście w całym tym geopolitycznym cyrku – Turcja jest członkiem NATO.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Zimna wojna. Polska rapsodia 2025

Sto siedem lat później czas by znowu napisać coś o miłości, co nie zna granic, o wierze, co góry przenosi oraz nadziei, co nie jest jedynie matką głupich i naiwnych. 11 listopada 2018 r. siedzałem w zadumie wewnątrz ogromnej Bazyliki Brukselskiej (Basilique du Sacré-Cœur à Koekelberg), gdzie w Wielkim Roku 1989 Freddie Mercury wyśpiewał ze swym królewskim zespołem Bohémską rapsódię. Wracam oczyma wyobraźni do tamtych czasów. Gdy Freddie śpiewał Bismillah! (w imię Boga!), Mamma mia (skądkolwiek wieją wiatry), w Polsce też już było po wyborach, a pod Kolumną Zygmunta tańczono poloneza i zewsząd pobrzmiewało rapsodyczne Kochajmy się! Tak było.

Na odzyskanie przez Polskę niepodległości 107 lat temu kilka pokoleń musiało czekać 123 lata. Kolejne pokolenia czekały na ostateczny rapsodyczny upadek żelaznej kurtyny, aż do roku 2004, czyli do rozszerzenia Unii Europejskiej na Wschód. To wszystko wiemy, ale czy rozumiemy? Hasło tegorocznego Marszu Niepodległości w Warszawie przeraża tym bardziej, że identyfikuje się z nim tak wiele osób, od prezydenta RP pozynając. „Jeden naród, silna Polska!” wydaje się być okrzykiem już nie tylko nacjonalistycznym, ale też symptomem rodzącego się na naszych oczach neofaszyzmu. Ponad 100 tysięcy uczestników wydaje się popierać anachroniczne idee, tak jakbyśmy nie przynależeli do Unii Europejskiej, której fundamentem jest przecież różnorodność i otwartość. Bezduszny rów mentalny wykopany przez polityczną sektę po katastrofie smoleńskiej w 2010 roku jest nadal metodycznie pogłębiany w świadomości obecnego pokolenia.

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

O przemijaniu. Per aspera ad astra?

Zbliża się Halloween, a potem Dzień Wszystkich Świętych, czyli czas, kiedy mniej lub bardziej poważnie snujemy refleksje o tym, co było, co jest i co będzie. Wierzymy, mamy nadzieję, kochamy, bo wiemy przecież, że nieubłaganie wszystko płynie i dwa razy do tej samej rzeki wejść nie sposób. Nic dwa razy się nie zdarza?

Tym samym wszystko jest poezja. Po prostu. W otaczającym nas świecie niewątpliwie szukamy jednak sensu i inspiracji.

W Rudkach, na terenie gminy Nowa Słupia, u podnóża Świętego Krzyża, w odległości zaledwie kilkuset metrów od siebie – niejako w stanie „nowego osłupienia” znajduję dwa cmentarze.

Jeśli faktycznie nie ma przypadków, łacińskie napisy, jakie widnieją nad ich bramami także nie znalazły się tam bez powodu: Morituri te salutant (Pozdrawiają cię idący na śmierć) oraz Requiescant in pace (Niech spoczywają w pokoju). Łacińskie sentencje zawsze dodają powagi. Kim zatem są i kogo pozdrawiają “idący na śmierć”? Zapewne są to ci sami, którym życzymy, ażeby “spoczywali w pokoju”.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Kielecki kosmos. Refleksje pofestiwalowe

Kieleckość podobnie jak świętokrzyskość to jednak jest inny świat, który wymyka się precyzyjnym opisom i definicjom. To rzeczywiście jest takie miejsce z pogranicza, gdzie wszystko się miesza, łącznie ze zdrowym rozsądkiem. Kielce to jest jaskinia, z której dawno wygnano Sokratesa i gdzie nawet Platon miałby problemy, o Arystotelesie nie wspominając.

W Kielcach ważne są pierogi, które najlepiej spożywać na dworcu autobusowym przypominającym latający kosmiczny spodek UFO. Wylądowało ono u nas w latach 70-tych ubiegłego wieku, niedawno je odrestaurowano i lada moment zarządzać nim będzie sztuczna inteligencja. Pierogi świętokrzyskie wysłaliśmy w kosmos, aby nasz dzielny Sławosz, którego rodzina też z Kielc się wywodzi nie umarł z głodu. Są to zresztą jedyne – jak dotąd – pierogi, które ponoć zachowują swój unikatowy wdzięk i smak nawet w stanie nieważkości, czy można by powiedzieć, że już bardziej kreatywnego i inspirującego miejsca na naszej planecie w tej chwili nie ma. Ewentualnie ze świecą by go szukać.

W Kielcach ze świecą by szukać prawdziwego dziennikarstwa, bo jak się jakiś lokalny redaktor obrazi (albo, nie daj boże, nie po drodze mu będzie z opcją polityczną potencjalnych i domniemanych bohaterów jego opowieści), to gleba – nie napisze o nich nigdy więcej i ch… Zresztą najstarsza gazeta w mieście “Echo dnia” od lat niucha koniunkturę i pod nią układa dzień po dniu to, co ważne, a resztę przemilcza. Ponoć redaktor dyżurny wychodzi co rano na balkon, oblizuje wskazujący palec, unosi go dziarsko i sprawdza, z której strony akurat wieje wiatr i komu bije dzwon.  Taki świat, bo lepiej a priori antycypować to, co nam nawet nie przyszłoby do głowy. Faktycznie, to jest jakaś forma kreatywności, godnej pozazdroszczenia. No przecież.

Read More
FelietonyFestina LenteWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Duumwirowie znad Bajkału

I tak oto, na fali międzynarodowych wichrów, nad taflą jeziora Bajkał sunie motorówka – a w niej dwóch jegomościów, którzy mogliby uchodzić za bohaterów kart rzymskich kronik, gdyby tylko wówczas wynaleziono okulary przeciwsłoneczne i kubki termiczne z napisem „We Obey Dice’s Word”.

Jeden patrzy w dal przez czarne szkła, drugi trzyma w dłoni lornetkę, jakby czekał na sygnał od pretorian, że czas już ruszać w bój. Tylko transparent na brzegu – „Baikal Piuscle Recata” – przypomina, że jesteśmy w groteskowej wersji XXI wieku, a nie w starożytnym Rzymie.

W republice rzymskiej, gdy senat zgrzytał w posadach, a ulice rozbrzmiewały wrzawą trybunów i przekupniów, pojawiał się ten szczególny wynalazek politycznej chemii – duumwirat. Dwu ludzi, pozornie równych, w istocie splecionych w uścisku interesów, jak dwóch żeglarzy w jednej łódce: dopóki fale groźne, dopóty wiosłują zgodnie, ale gdy tylko morze się uspokoi – jeden drugiego gotów utopić.

Pierwszy triumwirat? Wszyscy mówią „trium-”, ale przecież w praktyce zawsze sprowadzało się to do gry w pary: Cezar z Pompejuszem przeciw Krassusowi, potem Cezar przeciw Pompejuszowi… aż piach, krew i marmurowe popiersia pokryte kurzem.

I cóż my dziś widzimy? Putin i Kim – niby nie w togach, lecz z tym samym zmysłem obchodzenia wszelkich konstytucji, regulaminów i traktatów. Jeden daje drugiemu ropę, drugi odsyła mu żołnierzy i amunicję, a całość przyprawia się sosem wspólnej wrogości wobec „imperialistycznych hegemonów”. Rzymianie też tak mówili – tylko wtedy przeciwnikiem był „zepsuty senat” czy „zdrajcy republiki”. Mechanizm identyczny: gdy system trzeszczy, łatwiej dogadać się poza systemem.

A jak to się kończyło w Rzymie? Zawsze tak samo: najpierw prospekty i rauty, potem listy proskrypcyjne, a wreszcie – bratobójcza wojna. Octawian i Antoniusz potrafili jeszcze wspólnie kroić tort państwa, póki nie poczuli, że na stole zostały już tylko dwa noże i jeden kawałek. Wtedy jeden drugiego wysłał do historii – w czarnej ramce.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Fatum, sacrum i profanum. Wojna czy pokój?

Za sprawą Rosji ponownie znaleźliśmy się w owym przeklętym geopolitycznym trójkącie historii, którego ramy wyznaczają fatum (to, co nieuniknione), sacrum (to, co święte), które wszak jest brukane przez nieprzewidywalne profanum (to, co ludzkie, niedoskonałe).

Autor słynnej rosyjskiej epopei narodowej “Wojna i pokój” Lew Tołstoj był przekonany, że historią rządzi ślepy los, fatum, którego w żaden sposób nie da się uniknąć.

Nie jest ono bowiem zależne od jakichkolwiek ludzkich działań. Jego wykonawcami nie są wybieralni “genialni wodzowie”, lecz narodowe masy, na czele których stają władcy wypełniający z woli boga i narodu misję dziejową. W ten sposób uzasadniano wszelkie imperialne podboje. 

Podobną pokrętną logiką zdaje się podążać Władimir Putin, który wraz z aneksją Krymu w lutym 2014 roku samozwańczo stał się imperatorem tzw. Noworosji. Jej integralną część stanowił kiedyś Półwysep Krymski, ale przecież to było dawno. W 1954 roku Nikita Chruszczow “podarował” Krym Ukrainie i tak to powinno było pozostać już na zawsze.

Jeszcze niedawno anachroniczne i barbarzyńskie wojenne zakusy Putina wobec Ukrainy w dłuższej perspektywie nie miały szans powodzenia. Jako przywódca wojny niesprawiedliwej Putin stał się uosobieniem zła, którą to rolę w czasach opisywanych przez Tołstoja pełnił Napoleon Bonaparte.

Agresja Rosji wobec Ukrainy służy tylko i wyłącznie zaspokojeniu chorych ambicji imperatora. Ma też wiele wspólnego z wydumanym historycznym pseudo-patriotyzmem i domniemaną dziejową koniecznością. Oderwany od rzeczywistości Władimir Putin najwyraźniej nie doczytał niestety do końca dzieła Lwa Tołstoja.

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Hetta, wiśtaa, wiooo…

Współczesny nasz świat naprawdę trudno do końca zrozumieć, gdyż wydarzenia lokalne nieustannie przenikają się z globalnymi. Jak na ponowoczesność przystało, miesza się też przeszłość z teraźniejszością i trudno za tym wszystkim nadążyć.

Ten wielowymiarowy chaos układa się jednak w pewną bolesną całość – w historię, która po prostu lubi się powtarzać.
U nas dzieje się to obecnie w rytmie hetta-wiśtaa-wiooo albo – jak kto woli – patataj-patataj. No bo wiadomo, że jaki kraj, takie i jego patataj.

Około 50 lat temu bladym świtem pędziliśmy z dziadkiem zaprzęgniętą w konia furą z Woli Kopcowej w stronę Domaszowic. Pamiętam ten dzień jak dziś, bo trzymałem wtedy po raz pierwszy w życiu lejce i bat. Podczas jazdy niezdarnie wymachiwałem tymże batem, dziadek zaś co chwila wykrzykiwał komendy “hetta-wiśtaa-wiooo”, które nasz koń posłusznie i bezkrytycznie wykonywał.

Miał oczywiscie klapki na oczach. Patataj-patataj. Hetta, wiśtaa, wiooo… A może ktoś zaordynuje jednak prrrr?

Read More
FelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Nieznośna tymczasowość

Skoro więc nie da się zmienić przeszłości, a teraźniejszość okazuje się w gruncie rzeczy wieloznacznym i nieznośnym pół-snem, jedyną rzeczą trzymającą nas przy życiu jest wciąż dająca nadzieję przyszłość. W miarę upływu lat zmagania z codziennością kończą się u mnie zawsze konstatacją, iż w gruncie rzeczy ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, gdyż tylko na nie czekamy i tylko to, co przed nami można jeszcze jakoś zmienić. To, co przemija pozostanie lada moment (w najlepszym wypadku) miłym wspomnieniem bez wad.

Przy porannej kawie czytam z zapartym tchem po raz kolejny “Nieznośną lekkość bytu” Kundery. I co potem? Picie kawy tylko wtedy ma sens, gdy towarzyszą mu szalone emocje. Tylko wtedy ta banalna z pozoru czynność staje się przeżyciem głęboko egzystencjalnym. Einmal ist Keinmal (raz to tyle, co nic), dlatego tak ważnym staje się staranne kultywowanie codziennych rytuałów. W innym wypadku wszystko przecieknie nam mimowolnie (nim się zorientujemy) przez palce, a na końcu tej drogi jest już tylko nuda i bezsens.

Przełączam kanał radiowy zanim znowu zagrają Zenka albo Sławomira. Niech lepiej dalej lecą Grechuta, Turnau albo Cohen. Codzienna i nieznośna tymczasowość również mają w sobie jakiś głęboko ukryty sens. Wspominam lekkość sanatoryjnej rzeczywistości w Busku-Zdroju, która jest przecież pozorna. Wszechobecne egzystencjalne cierpienie oraz fizyczny ból mniej lub bardziej chorych współkuracjuszy miały sens, gdyż wszyscy myślą o lepszym i zdrowszym życiu.

Read More