Lato na peryferiach. Czarodziejskie Davos
Jeden z lipcowych weekendów w tym roku spędziłem na belgijsko-francuskich peryferiach – wśród malowniczych wydm Dunkierki – kolorowej, ciepłej i nieco tajemniczej. Dzisiaj z kolei jestem już w zupełnie innym świecie – w szwajcarskim centrum Davos, nieopodal „Czarodziejskiej Góry”, która przywodzi oczywiście na myśl Thomasa Manna.
Było i jest magicznie, więc zastanawiam się, skąd tak naprawdę lepiej patrzeć na świat. Podobno najlepiej zrozumieć centrum świata z peryferii, jeszcze lepiej zaś, gdy peryferie stają się w końcu centrum. W świecie, w którym przyszło nam żyć, granica pomiędzy peryferiami a centrum stała się zresztą niezwykle ulotna.
W Davos przykładam do oczu lornetkę, by lepiej przyjrzeć się peryferyjno-centralnej codzienności. Im dłużej patrzę, tym bardziej pogrążam się w swoistej nudzie i otępieniu globalno-lokalnego obyczaju. Nastrój znowu jest jakby niepokojąco przedwojenny. W nie tak znowu odległej naszej małej ojczyźnie zaś, na Łysej Górze, raz po raz beztrosko harcują świętokrzyskie czarownice.
W okolicznych lasach natomiast Makosz z Makoszą nabożnie odprawiają swe rytualne pogańskie pląsy. W przerwach zaś pajączki delikatnie oplatające piersi roznamiętnionej Makoszy, nabożnie przepowiadają Makoszowi przyszłość.
Makosz staje się tym samym na naszych oczach takim współczesnym i wszystko-wiedzącym Settembrinim, który dał sobie wreszcie spokój zarówno z Naphtą, jak i z Castorpem. W tym wszystkim nie brakuje oczywiście sandomierskiego wina, a jakby co, to poprosimy o więcej – poprosimy o cud.
Zewsząd słychać też fantasmagorycznie jazzujące klezmerskie kapele. Po coż nam zatem zawracać sobie głowę bezruchem czy dekadencką nudą, skoro wokół tyle się dzieje. I tu, i tam, i teraz. I wszędzie. Z okolic Czarodziejskiej Góry – albo i ze Łysej Góry na przykład – po prostu widać lepiej.
