W winie prawda, w wodzie zdrowie?
To Tacyt opisał kiedyś, jak to ludy germańskie miały w zwyczaju pić wino w trakcie narad plemiennych. Wierzyły, że w stanie nietrzeźwości nikt nie potrafi skutecznie kłamać. Według Herodota z kolei, starożytni Persowie stosowali zasadę, że decyzje podjęte na trzeźwo, należało potem na nowo przemyśleć po pijanemu. Alkohol pomagał zatem w zbliżaniu się do prawdy, co niekoniecznie było zdrowe. Stąd wzięło się powiedzenie: „W winie jest prawda, w wodzie zdrowie” (In vino veritas, in aqua sanitas)…
Na świętokrzyskiej wsi znowu przykładam do oczu lornetkę, aby lepiej przyjrzeć się peryferyjno-centralnej codzienności po drugiej stronie. Im dłużej patrzę, tym więcej piję i tym bardziej pogrążam się w zadumie. Cóż mi z tego, że na Łysej Górze beztrosko harcują czarownice, a w okolicznych lasach Makosz z Makoszą nabożnie odprawiają swe tajemne rytualne pląsy. W przerwach pajączki delikatnie oplatające roznamiętnioną Makoszę, przepowiadają Makoszowi przyszłość. Na szczęście nie brakuje wina sandomierskiego, a w razie czego, dopóki jest woda, poprosimy o cud. Zewsząd słychać także fantastycznie jazzujące klezmerskie kapele. Nic dodać, nic ująć – po prostu: wino, kobiety i muzyka.
Wszelkie powiewy peryferyjnej sielanki w zestawieniu z centralnie inspirowaną antyimigrancką histerią należy jednak traktować z daleko idącym sceptycyzmem. Niestety ów iluzoryczny wakacyjny spokój zakłócają rasistowskie pomruki rodzimego neofaszyzmu. O zgrozo, im więcej antysemickich wyskoków europosła Grzegorza Brauna, tym szybciej rosną notowania jego partii! Żerowanie na najniższych instynktach ludu stało się u nas sposobem na życie i polityczne przetrwania kanalii wszelkiego autoramentu. W dodatku to rodzime, nadwiślańskie ścierwo eksportowe pasożytuje na wikcie europejskich podatników, czyli również naszym.
