Podróżne tango
Wpadłem po raz kolejny przejazdem do Pragi. Praga dla mnie ma w sobie za każdym razem tę niesamowitą choć ulotną wiosenną świeżość i lekkość. Praga to nieustająca inspiracja albo wariacja – jak zwał, tak zwał, poruszamy się wszak dzień po dniu w oparach absurdu, który nie wiadomo dokładnie gdzie się zaczyna a gdzie kończy.
W Pradze dopadł mnie wirus metafizyczny, gdyż natychmiast natknąłem się na Kafkę. Zaraz obok dostrzegłem ławkę. Siadłem więc na niej i zapaliłem trawkę? No skąd… W Pradze jest teraz prawie tak jak w Amsterdamie, więc jedźcie tam zaraz – nic się Wam nie stanie. Gdy jest się niczym, można wszak pozwolić sobie na wszystko, jak mawiał Gombrowicz. A i to często nie wystarcza. Być może potrzebna będzie mentalna kwarantanna.
W kafkowskiej rzeczywistości, którą co rusz odkrywamy wokół nas, najbardziej dotkliwa staje się naturalnie bezsilność wobec anonimowej, bezdusznej i nie liczącej się z nikim i niczym władzy. Na szczęście jednak każda władza prędzej czy później przemija, bo nic nie może przecież wiecznie trwać… W międzyczasie zaś dobrze jest po prostu robić swoje, od czasu do czasu pojechać gdzieś na wczasy (ach, te góralskie lasy) i poopalać się na golasa, gdy za oknami noc… Bo skoro śnieg widać jedynie wysoko w górach, to znaczy, że jest ciepło a nawet… gorąco.
