LiteraturaOpowiadanie

Bomba

Stałem na środku peronu trzeciego i czekałem na pociąg, lecz było mi dziwnie, niejasno. Może to ciężkie śniadanie, a może sen niezbyt krzepiący sprawiały, że było mi obco w środku i nienazwanie. A przy tym, stało się coś na świecie, gdzieś, daleko. Tragedia, trupy, śmierć! Widmo wojny wychynęło znienacka i wszystko stało się niepewne, już nie tak jednoznaczne jak dotąd. Spokój duszy prysł niczym bańka mydlana i jakaś niestabilność wszechrzeczy poczęła wisieć w powietrzu, natrętnie, nisko, dławiąco. Rozstrój także mnie się udzielił – w środku coś nie tak – lecz co zrobić, świat – światem, brzuch – brzuchem, a mnie jechać trzeba sto kilometrów z okładem – jak gdyby nigdy nic, jak dawniej, więc… cóż począć – jadę! Pociąg. Wsiadam. Ruszył. Szukam miejsca dla siebie. W przedziale siedzi trzech brodatych mężczyzn – młodzi, nawet bardzo młodzi, lecz już dawno w habitach, jakby całe życie. Dziwni – prawosławni? mnisi? – nie wiem, mijam, choć myślę – głupio, trzeba było dziś, dziś właśnie tam usiąść! Tam dziś będzie bezpiecznie, bezpieczniej niż gdziekolwiek.

Oni cisi, pokorni i sacrum jakieś wiozą tam pod habitami, więc jest bezpiecznie i nic stać się nie może, bo czuwają by zło się nie pleniło i na straży stoją – chociaż siedzą – lecz jakby – na stojąco siedzą. Więc głupio, nazbyt może pochopnie mimo nich przeszedłem, ale idę dalej, przed siebie, raźno, choć – coś mi się wydaje – niepotrzebnie idę. Od nich pewnie spokój bije – a mnie spokoju trzeba, cisza – a mnie ciszy… otucha, pewność, ech – naprzód idę, choć w sobie się wracam. Wiem! Brody! Brody, mnie tak pchają. Brody jakieś nieludzkie, niepotrzebne, kozie…, więc… idę, nie idę, a uciekam, przed tymi brodami, brody gdzieś zostawiam, hen daleko w tyle i idę. Nowy wagon, ludzie nowi. Lecz i tu duchowny, choć już inny całkiem. Ksiądz! Ksiądz zupełnie łysy – bez brody, ani śladu włosa. Alleluja! Tu siądę.

Obok dwie kobiety. Uśmiech. Nie, dwa uśmiechy. I mój uśmiech, spóźniony, ale jednak trzeci. Ruszamy. On naprzeciw, kręci się jakby leciutko w kącikach ust uśmiecha, lecz ja jakiś zważony, nieswój, omal obrażony tym jego humorem dobrym, a swobodnym, więc się w siebie zapadam, rozpościeram gazetę i zagłębiam w lekturze. Odgradzam się szpaltą, niczym tarczą ochronną – tam stosowne zdjęcie. Jedziemy. Ciepło. Kobiety pod kurtkami – śpią? nie śpią? Ja w każdym razie czytam. Upływa całe pół minuty. Muszę do toalety. Zerkam. Oczy ma zamknięte, uśmiecha się szeroko, drętwo, całkiem beznamiętnie. Dłonie pod narzutką poruszają miarowo, jakby coś się tam działo. Bowiem dzieje się coś, odbywa całkiem potajemnie – usta rozwarte lekko, bezwiednie, utkwione nieruchomo w twarzy, sugerują całkiem coś innego, a jednak coś się dziać tam musi, czuję to. Tak! Coś wystaje. Koraliki. Różaniec. Odmawia różaniec! Przebiera palcami. Modli się! Nie śpi! Skupiony, ufny, rozmodlony w sobie, modli się pod sutanną omalże bezczelnie. Więc nie śpi, ot tak sobie pusto i niefrasobliwie, jak to śpi się w pociągu dla zabicia czasu, lecz troszczy się, stara, ba – może nawet walczy! Walczy z zabijaniem, a nie sam zabija. O, widać w tym zaiste najwyższy szacunek dla wszelkiego istnienia, tym dobitniej, iż tu czas się szanuje – czas, a więc samą kwintesencję bytu. Oblizuje wargi i poczyna nimi poruszać miarowo. Przebiega mnie dreszcz, nieprzyjemne wrażenie, jakby do mnie mówił. Bzdura – oczy ma zamknięte, ale jednak przebiera wargami, palcami, porządkuje, koi, konsekruje? Nie wiem! Wszak jakaś ulga, lekkość już rodzi się we mnie. Rozluźniam się, uspokajam, odprężenie nagłe i totalne spływa na mnie nieprzebraną falą. Ciepło robi się, ciepło i przyjemnie – uśmiechają się obie me współpasażerki, ksiądz oczy ma zamknięte. Zbudowany wstaję, wychodzę na korytarz, i do toalety. Kiedy wracam – wszystko po staremu. Oczy ma zamknięte, modli się. Jest bezpiecznie! Siadam. Chyba sam się prześpię, teraz mi już wolno.

Mija pół godziny, lecz jakoś usnąć nie mogę, sen dziwnie nie przychodzi. Próbuję znów, znowu i raz jeszcze. Spoglądam na zegarek – kwadrans minął. Coś dziwnie mnie uwiera, nie, nie w żebra, lecz obok.! Coś! Co? Nie wiem. Przeszkadza! Piłuje! Ciśnie! To złudzenie – śpij – mówię! Jak, kiedy nie mogę?! Otwieram oko, jedno, drugie, daję za wygraną. To na nic – vis major – już usnąć nie zdołam. Rozglądam się leniwie, ziewam – nudno! Patataj, patataj telepie się pociąg, przeciągam się, prostuję ramiona. Nagle – cały tężeję! Cóż to? Napis! – ”Kura”. „Kura” tu, na lewo. „Kura” z dużej litery, pisana kursywą. Jak? Skąd się wzięła? Przysiągłbym, że jej tu nie było kiedy tu wchodziłem – nic nie było! W końcu wpadłaby w oko. Napis duży i czarnym flamastrem: „Kura”. Więc jest! To, to było, to mnie ciągle bodło. Czuję jak dreszcz, a raczej nieprzyjemne mrowienie, pojawia się na mych plecach i powoli znika. Kiedy ona zdążyła się tu nagle wykluć, tu nagle wykwitnąć? Wychodziłem – nie było – wszedłem, zamknąłem oczy – pstryk – jest „Kura”. Diabeł nie śpi podobno. Zasłaniam napis ręką. On drzemie. Muszę to czymś zmazać… może jakąś wodą. Myśli mi kłębią, bodą mnie. Jak, skąd? Wiem przecież, że to nie jest jakaś zwykła kura, napis czarnym flamastrem. Dwuznaczność mieszka w kurze, jak kogut w kurniku. Ale to tutaj?! Nie kura i nie kwoka! Brzmi niczym telegram. Skąd, dla kogo? Z pewnością – to jakieś wyzwanie! Rebus, symbol, znak, horror?!! Aż się prosi by ją odczytać inaczej. „Kura” jak kalambur, wyzwanie, anagram?! – myślę gorączkowo. Coś z wolna poczyna mi świtać, pewna myśl poczyna klarować. To jest prowokacja! – ta „Kura” nafaszerowana milionami znaczeń, podtekstów, hipotez. Przyrządzona podstępnie gdzieś w piekielnych kotłach, podrzucona niedbale – cóż za wstrętny ochłap! Ta „Kura” tu przeciwstawiona – mierzy prosto w osobę duchowną. Wystawiona na pokaz, jakby niekompletna! To nie kura to BOMBA! Ona ma się kojarzyć! Zły podrzucił „Kurę” i chce by ją kojarzyć, patrzeć i „ko”–jarzyć – w pociągu samo się kojarzy, patrzy samo. Monotonia podróży zmusza wprost by patrzeć i kojarzyć, kojarzy się samo, niechcący, łatwo – całkiem mechanicznie. Och, cóż za ambiwalencja znaczeń, jaki polot, rozmach! Od łagodnego „koko”, ziarnka, „dziób”, „dziób”, po rozkraczoną sztukę mięsa w czterech rzędach. Co robić z tą „Kurą” nagłą, „Kurą” – bombą, którą ktoś tu podrzucił, aby spokój nasz zburzyć, rozsadzić od środka, „Kurą” wstrętną, podstępną, wszystko zdetonować. „Kura” kontra księżulo. Cóż za piękna kontra. Ta „Kura” wymierzona w księdza – ma nas sobą wystraszyć i z siebie wypłoszyć. A my, cóż, my ją mamy z sensu wypatroszyć… – myślę intensywnie co robić, jak się eskapować? Nie, nie można dopuścić go do „Kury”. Ta „Kura” umożliwi mu dziurę. Powiedzie, wciągnie go, pochłonie w jakieś kurze piekło mimowolnych skojarzeń. Myśl wszak z natury wolna i rodzi się sama. Jeśli on na chwilę spojrzy, to… niechybnie skojarzy. Koniec! Wszystko przepadnie!! „Kura” go zniesmaczy, gdy ją tylko skojarzy. Odświęci się na chwilę – przerwie pacierz, różaniec i świat się rozpadnie – wszystko na nic. (Czuję pod koszulą jak serce poczyna mi walić). Muszę ją obezwładnić, rozbroić tę „Kurę podświadomościową”. Zneutralizuję całą siłą woli bombę pełną aluzji. Obedrę ją ze znaczeń i wyzwolę z wszelkiego kontekstu – „Kura” – pusta, „Kura” – Nic – wydmuszka z „Kury” – napis pozbawiony sensu. I nie dać nic po sobie poznać, nie dać „Kurze” się uwieść. Bo jeśli, nie daj Boże, on zauważy, że mnie „Kura” zepsuła, będzie to tylko świadczyć o jej wielkiej sile i będę wtedy tym, który poda mu ją na tacy, tłumaczem w sensie „Kury”. Sytuację należy niezwłocznie „odkurzyć” jakimś „odkurzaczem”.

Ocieram pot z czoła – spokojnie, zbierzmy myśli, grunt – nie dać się zwariować. To dziwne, czemu poczułem się nagle odpowiedzialny za tę „Kurę” głupią, przecież dotąd, nigdy jakakolwiek koneksja między mną, a kurą jeszcze nie powstała. I począłem sobie przypominać zło, które ja sam wyrządziłem – lecz retrospekcję moją przerwał wzrok jego świdrujący, czujny. Już od dość dawna patrzył na mnie spod na wpółprzymkniętych powiek i teraz uśmiechnął się szeroko. Zadrżałem, a jeśli już wiedział, jeśli mnie rozszyfrował?! Zrozumiałem – teraz wszystko się waży, jeśli właśnie za chwilę jakimś głupim gestem, nieroztropnym słowem, zdradzę się i przemycę myśl grzeszną, skojarzenie bluźniercze – stanę się wspólnikiem złego i kelnerem „Kury”. Musiałem sytuację uczynić sterylną, sam musiałem stać się w oka mgnieniu czysty, powiedziałem więc:
– Trudno o bardziej niewinne, ciche, pokorne stworzenie, niż ta kurka co ziarnka swe dziobie, skubnie trawkę, nikomu nie wadzi. Czyste to i niewinne ptasię, gołębiowi podobne. – Tak, tak właśnie! – podjął myśl natychmiast gorliwie, może nazbyt gorliwie – i począł w odmętach torby swej przepastnej intensywnie grzebać.
– Kura, kaczka, gęś! Drób! Ptaszki! Stworzenia boże. Frrr!!! Gołąbek pokoju! Kura, kurka niewinne stworzenie, cóż taka kurka może. Ot najwyżej jajko, albo jajka zniesie – wyrzucałem z siebie słowa gorące niczym węgle – O tak, tak, ale jest przecież jastrząb. To ptak i tamto ptak, a ten tego zjada! – niespodzianie powiedział
– Ale jajka, czyż nie są niewinne jajka kurze – czysta desperacja, oddychałem ciężko, omal nie przedobrzyłem (nazbyt prostacko wziąłem się do dzieła!) – sam go pchnąłem do tego – musiał – równoważyć jastrzębiem mojego gołąbka, moje ciche ptasię.
– Właśnie, młody człowieku jajka, ot co właśnie, a ja właśnie do tego od początku zmierzam. Gdzieś tu je zapakowałem. O i są, schowały się, ale są – i zrobił coś, co mnie osadziło na miejscu, przygwoździło miażdżąco. Jajka wyjął, jajka na twardo w podróż, w papier owinięte. Rozwinął i mówi:
– Tak czy siak, a jeść trzeba, żeby człowiek był zdrowy, chce czy nie chce, jeść musi!
Zdrowy, zdrowy, cóż to niby znaczy?! – czyżby jakaś aluzja, czy insynuacja, myślałem gorączkowo, czemu wszystko co mówił tak mnie strasznie drażniło? Jakby tego było mało, ni stąd ni zowąd, począł nad tym jajkiem jakieś hece wyczyniać i w mig zrozumiałem, iż czyni znak krzyża.
– Panie, pobłogosław te dary, którymi tak hojnie nas obdarzasz! – mówi i podaje mi jajko. Co za koszmar, jeśli teraz zjem jajko, wylegnie się we mnie „Kura” na całego!!!
– Nie dziękuję! Nie lubię! – odburknąłem półgębkiem.
– To polubisz. Jedz! Kurka zniosła. Dobre papu, jajeczko.
– Cip, cip. No, smacznego! – mówi i wyciąga rękę.
– To wstrętne! – krzywię się z niesmakiem.
– Nie, to kurze. Dobre, bo święcone, w tym roku święcone.
– Jajka, jajka wielka niewiadoma. Nigdy nie wiadomo co z takiego jajka. Dlatego w każdą Wielką Sobotę trzeba takie jajko obmyć i poświęcić. Po to święci się jajka, by z takiego jajka kurka się wylęgła, nie jastrząb, a kurka. Zagadka?! Nie zagadka, ale właśnie zagadka. Jajko! To jest właśnie zagadka! – powiedziałem wpatrując się weń uporczywie, znacząco.
Jadł smacznie, nic sobie, ni ze mnie, ni z „Kury” nie robiąc. Nagle począł mlaskać – mniam, mniam – i pokazał za okno.
– Ooo, o chyba wrona! – wymamrotał z pełnymi ustami.

Spokojnie, wszak nic się jeszcze nie stało. On mówił o kurze, „koko”, ptaszku – niewinnym, zwyczajnym – nie o kurze tej „Kurze” ohydnej i strasznej. Kura jego, to Stworzenie Boże całkiem obojętne. A jednak ten jastrząb wyskoczył całkiem niepotrzebnie. W złą stronę wszystko poszło. Sytuacja wyzwolona nieopatrznym słowem, poczynała dryfować w rejony niebezpieczne, śliskie. Jakżeż miałem go odwieść od „Kury”, gdy sam nią byłem przesycony, a on dziwnie szpetoty kurzej wcale nie dostrzegał, nie niesmaczył się, nie kojarzył i nie pognał wcale za tą „Kurą”, tak jak ja pognałem, wymachując rękami (próbowałem jeszcze zasłonić ten napis, nie starł się do końca). Dziwne! Czemu mnie uwiodła, jego zaś zostawiła – czyż był całkiem odporny, a ja całkiem słaby. Och, to przez dzień ten trudny, gdy wszystko wydawało się ponad miarę straszne, niestabilne, groźne. Ale przecież nie dla niego, nie w nim. Skąd czerpał siłę, aby przeciwstawiać się „Kurze”, gdy ja tu cały drżałem, pokryty gęsią skórką kurczyłem się w sobie, przerażony „Kurą” – on siedział uśmiechnięty i… dobry. Ta „Kura” była dla mnie tylko zepsuta – dziurawa i dziwna. On widział ją inaczej – czysto i niewinnie, w pierzu i całej krasie jej ptasiej natury – dla niego dobra była, bo i on był dobry, była tylko ptakiem.

I źle mi się zrobiło i strasznie, bo pojąłem nagle, iż ja sam winien jestem zła tego i każdego, gorzej – że przyczyniam się i współtworzę zło świata, każdym swoim występkiem grzesznym, który nie wiadomo jakie powoduje skutki, kto wie jakie „Kury”. A skąd pewność, czy ten który tę „Kurę” tu podrzucił nie ode mnie pochodzi, nie ze mnie jest poczęty – (każdy z nas bywa czasem bardzo nieostrożny) choćby tylko nadpsuty nieostrożnym słowem, rzuconym nazbyt lekko, które wyzwoliło w nim myśl przewrotną i grzeszną chwycił za flamaster. A dalej, jeśli zło moje dalej poszło, wzmocnione złem innym – którego na świecie wszak wciąż nie brakuje – łącząc się i pomnażając, kto wie jaką hekatombę wywołać by mogło, jaki chaos z największego porządku wytworzyć. Głowa moja opadła na piersi pokornie z wyrazem nieskończonej skruchy. Byłem winien! Ponad wszelką wątpliwość byłem winien, a „Kura” ta moją była, bez względu na to czyją ręką kreślona, ze mnie pochodziła. Poczułem nieprzepartą potrzebę naprawienia swych błędów – musiałem tu i teraz odkupić jakoś swą niefrasobliwość. Ale jak, jak powstrzymać zło już raz uczynione, albo jak zawrócić całą tę machinę, którą się samemu oliwiło i pchało, jak wyłuskać grzechy własną ręką czynione, gdy wszystko wymieszane rodziło formy nowe i nowe odmiany niepodobne do starych, znacznie przemyślniejsze i już całkiem wszeteczne? Spojrzałem przed siebie. Siedział, uśmiechał się, patrzył, a tam, pod sutanną, palce niczym żarna mieliły zło świata gdziekolwiek poczęte i w proch tarły! Modlitwa. Tylko ona – zdało mi się jasnym – jest w stanie powstrzymać „Kurę”, zablokować myśl wszelką i wszystko ocalić. Wszak „Prawda was wyzwoli”, tak, nie było rady – trzeba było niezwłocznie wszystko na stół wyłożyć.
– Proszę księdza, z tą „Kurą”, to ja chciałbym się usprawiedliwić, wyjaśnić – zagaiłem nieśmiało.
– Co? Co takiego?! – wymamrotał niespodzianie wyrwany z letargu.
– Ta „Kura”, to nie tak. Ach to takie głupie! – próbowałem zagaić.
– Słucham, słucham? – powiedział patrząc mi prosto w oczy, mrużąc dopiero co otwarte na wpół, śpiące swoje.
– Jeśli mogę zapytać? – jeszcze się krygowałem.
– Nooo? – jakby mnie zachęcał.
– Z czym księdzu się kojarzy „Kura”? – aksamitnym głosem delikatnie spytałem.
– Kura? Nooo, kurka z mięskiem. Rosół, udko: mniam, mniam. Pychota. Jajka. Pyszne papu – mówił nad wyraz chętnie.
– Tak, ale poza tym. Z czym jeszcze?
– No… z kogutem! – powiedział niespiesznie, mrużąc oko figlarnie całkiem niepotrzebnie.
– No, no…? – próbowałem za język go pociągnąć.
– Kogut zaś z budzikiem – ziewnął strasznie – A budzik ze spaniem – bredził już namiętnie, musiałem przerwać ten wstrętny słowotok.

Dlaczego tak właśnie widziałem to wszystko, czemu tylko mnie – nie jemu – do głowy przychodziło to i owo, różnie?! Czemu ja tylko drżałem, on zaś całkiem dobrze się bawił? Palcami przebierał uśmiechał się, modlił – czy raczej międlił coś tam pod sutanną dziwnie, mechanicznie, jakby bawił się właśnie, albo… jakby się znęcał. Znowu począł coś szeptać, mamrotać i sechłać. Jaką to tajemnicę teraz adorował – piątą, szóstą, bolesną? Niee!!! Ponad wszelką wątpliwość, tajemnica ta była tajemnicą radosną. Uśmieszek jego lekki poczynał działać mi na nerwy, gdyby choć na chwilę jakikolwiek interwał. Niestety wszystko było straszne, ustawiczne i pełzło. Niczym raz puszczona w ruch doskonała machina, jakieś ludzkie uparte perpetuum mobile. A jeśli on tak tylko, by siebie ocalić?! Niczym bąk rozpędzony kręci się i powtarza bezwładnie, ciężko, by nie zboczyć, nagle nie pomyśleć, niechcący skojarzyć. To jest duchownego swoisty żyroskop myślowy. Kręci się wokół sacrum, paciorki przebiera. Wiruje dokoła, raz dokoła, raz dokoła, by nie wpaść na „Kurę”, ani inną rafę, która z raz obranego kursu może go wytrącić. Dlatego jest odporny, różańcem spętany, obojętny, bezwolny. Wielkie nieba, to mogła być prawda, a więc to nie siła, to mogła być słabość dobrze ukrywana pod sutanną, pod miną, w palcach zamotana! Zrozumiałem, że ja tylko mogę ze snu tego go zbudzić, pod warunkiem, iż całą grozę kury unaocznię mu, streszczę.
– Chciałbym się wyspowiadać!
– Z czego synu? Z czego? – uśmiechał się drażniąco, nazbyt dobrotliwie.
– Jak to z czego? Z tej „Kury”! – traciłem cierpliwość.
– Cóż kura. Gdzie tu grzech? Nie ma miejsca na grzech w jednej małej kurze.
Lecz ja już nie zważając na nic począłem syczeć mu do ucha:
– Proszę księdza, ja muszę się wyspowiadać z grzechu nieczystości, bo ja gdziekolwiek i kiedykolwiek widzę jakieś mięso, (a szczególnie kurze) to nachodzą mnie myśli przeraźliwe, bluźniercze; cisną mi się do głowy różne myśli i słowa, tak, że już po chwili sam nie wiem co pierwsze: jajko, kura, myśl, słowo, dość, że wszystko się już ze wszystkim kręci i wiruje tak prędko, że mam w głowie chaos, tuman, a na usta ciśnie się bełkot dziwny, nieswój, jakby ktoś za mnie gadał! – jednym tchem wyrzuciłem to z siebie niczym jakąś truciznę.
– O, tu na przykład, widzi ksiądz, u mnie nad oparciem?! – spojrzał od niechcenia – ciągle nie dostrzegał!
Kiwnąłem głową wskazując na ściankę. On też kiwnął i przymrużył oko. Niemożliwe! Więc raz jeszcze dobitniej pokazałem głową i spojrzałem znacząco. Powiódł wzrokiem obojętnie – zostawił. Zadrżałem! Zbagatelizował, zignorował, bezczelnie zostawił! Więc po raz trzeci, ostatni, pokazałem oczyma, po czym na głos przeczytałem, głośno sylabizując „ku…ra”! Od początku skory był do rozmowy, dialogu wszelkiego, podjął myśl natychmiast:
– Kura! – z namaszczeniem powiedział.
– „Kura”! – krzyknąłem mu prosto do ucha.
– Gdzie? – odkrzyknął.
– No tam, na lewo. Napis. Widzi ksiądz? „Kura”! – wrzeszczałem jakby wokół sztorm na morzu szalał.
– No tak, wyraźnie: Kura! Rzeczywiście, śmieszne – powiedział cicho jakby na zgodę przymilnie i grzecznie.
– Wcale mi to nie śmieszne. To ohydne i straszne. Ktoś, kto to napisał, chciał tu kogoś obrazić. To jest zamach, to słowo. Bo tam jest… taka jedna litera, choć jej wcale nie ma, ale być może być powinna?! – Tego nikt z nas na pewno nie wie, bo wiedzieć nie może, chyba, że – nie, to zbyt niedorzeczne. Ta „Kura” jest z DELECJĄ – a ksiądz naprzeciwko, widzi to i nie grzmi. A fuj! Brzydko! Jak tylko zobaczyłem chciałem ze wstydu pod ziemię się zapaść.
– No więc z czym się księdzu kojarzy „Kura”? – ależ byłem uparty.
– Kura? Kura z rurą – odparował dowcipnie.
– A rura? – zapytałem łamiącym się głosem, na krawędzi rozpaczy.
– Z chmurą – bawił się w najlepsze!
– A chmura? – nie rezygnowałem.
– Z kreaturą!? – powiedział sam lekko zaskoczony takim oto słowem.
– Eureka! Właśnie! – wykrzyknąłem prawdziwie już uszczęśliwiony.
– Kreatura! Proszę spojrzeć uważniej – „Kura” – Kreatura, coś te słowa łączy. Wielka jest potęga słowa pisanego, toteż nic dziwnego, iż trzeba za każde słowo sobą odpowiadać. Myśli lęgną się wszak ze słów, słowami poczęte, niczym z jajka kura. Kiedy widzimy „Kurę”, to za nią ani chybi stoi choćby nawet ukryta – jakaś kreatura, coś się czai, mnie się tak zdaje. Ona może być groźna, marszczy mi się skóra, kiedy myślę ile ten kurak może tutaj wskurać. Ona może wiele znaczyć, to może być równie dobrze jedynie wstęp, ale i występek „Kura” na początku, a dalej na przykład: kurant, kurak, wskurać, synekura, akurat, prokurator, kuracja, kuria, kurtuazja. Te słowa, wszystkie one coś znaczą. „Kura” to jedynie preludium, początek, za nią mogą się czaić słowa inne, całkiem już nie święte, jak choćby kurara, a może – zamarłem na chwilę przerażony ogromem słowa, które paść z ust mych miało – ta Kura to być może nawet… kurtyzana – OOO!!! – zabuczała starsza. Ale to nie wszystko, jak wiadomo wszak słowa mogą układać się w zdania. Zdanie takie na przykład: Akurat kura tyle wskóra, iż nawet kuracja nic już nie pomoże, nie pomoże kuria, nie pomoże kurator, ani prokurator, gdy rzecz z kurtyzaną, na nic kurtuazja, gdy z kury kurara! – i tak dalej i dalej już wedle uznania. Widzi ksiądz do czego może „Kura” doprowadzić? Akurat ksiądz powinien wiedzieć o tym najlepiej. Ksiądz jest od zła tropienia, od zwalczania Złego – niczym prokurator. To przestępstwo wypisywać i de facto podkładać takie słowa bomby i to w miejscach publicznych. Chyba ksiądz rozumie, nie muszę tłumaczyć czym może grozić taka wywrotowa działalność. Temu kto to napisał potrzebny kurator. Ta „Kura” niezwłocznie wymaga reakcji, domaga się responsu, być może kuracji. Chciałem księdza ochronić, ocalić, zabezpieczyć, ale ksiądz lekkomyślny, nieobecny, nazbyt jak na księdza beztroski, jak mi się wydaje, obojętny i bierny. Ja umywam ręce – robiłem co mogłem, ale w końcu to na księdza pułapka. Bo być księdzem to chyba nie jest synekura?! Moja kuratela nad tą „Kurą” się kończy. Toż to obskurantyzm – to uparte milczenie – tak milczeć i tak ignorować. Ostrzegałem! Trudno. Nie udało się. Tak więc, niech się stanie. Niech się wszystko wyzwoli. Ksiądz „Kurę” lekceważy, tak? (jeszcze raz się upewnię). No, trudno. Dość już KURTUAZJI!
W głowie mi się mieszało, mówiłem jak w malignie, niczym automat. Co mnie opętało?! Spoglądali po sobie niepewnie, badawczo, zaniepokojeni tym wystąpieniem nagłym, całą sytuacją – nie protestowali, bali się protestować, powstrzymywał ich najwyraźniej grymas na mej twarzy. Uznali niechybnie, iż musiałem sfiksować – iż takiemu lepiej ustępować i… ustępowali.
– No i co? – wycedziłem zwolna przez ściśnięte wargi.
– Ano nic! – bąknął.
– Nic? – spytałem zimno, jedynie pro forma.
– Nic! – odpowiedział.

Minę miał zdziwioną, kiwnął głową, wzruszył ramionami i tego wzruszenia właśnie było mi trzeba, żeby mnie poruszyć, bym ręką mą ruch wykonał – to ono sprawiło, iż chwyciłem go za gardło i począłem dusić spokojnie, miarowo, po piętnastu sekundach jakby kiwnął głową – na chwilę przerwałem – najwyraźniej tylko mi się zdawało – zacisnąłem znowu, począł strasznie sapać, wierzgać lewą nogą, lecz o dziwo wcale się nie bronił, choć ręce miał wolne – trzymał w nich różaniec. Znowu mi się wydało, iż poruszył wargami, jakby chciał coś powiedzieć – No, wreszcie! – pomyślałem z nadzieją, z nieskończoną ulgą, gdyż duszenie to nie szło mi wcale, nie muszę dodawać, iż dotąd nie dusiłem, dusić nie umiałem i nadal nie umiem, co gorsza dusić wcale nie chciałem! (to potworne dusić nie dlatego, iż chce się, lecz dlatego, że musi).
– No! Ostatnie słowo! – krzyknąłem, uścisk zluzowałem, nachyliłem się, zamarłem i nasłuchiwałem, lecz tylko spazmatyczny charkot dochodził mych uszu, jakieś strzępki słowa. Puściłem go zupełnie, nic już nie powiedział, parę razy fiknął nogą, parę razy pioknął i ducha wyzionął. Usiadłem zupełnie oklapły. Byłem już całkowicie pusty i zrezygnowany, nic już mnie nie dziwiło, nic zdziwić nie mogło. Nazbyt byłem w sobie wyczerpany, a cały dzień straszny. Sytuacja wracała powoli do normy. Pociąg niespiesznie poczynał hamować i we mnie poczułem też, że wszystko hamuje. Wstałem i podszedłem do okna, by zaczerpnąć oddechu. Ktoś cichutko zapukał, powiedziałem „Proszę”. Wszedł konduktor.
– Boże! Co ja zrobiłem?! – pomyślałem zdjęty nagłym przerażeniem. Spojrzałem na „Kurę”, napis wydał się teraz absurdalny, płaski, ot zwyczajny wyraz.. Ale już gdzieś dzwonili, konduktor wyjmował klucz, aby zamknąć przedział.
– Ja jestem niewinny! – krzyknąłem – to ta „Kura”, to ona, wskazywałem na ścianę, wierzcie mi, to ona jest wszystkiemu winna – i miałem im wszystko spokojnie wyłożyć, powiedzieć, że przecież jestem najzupełniej niewinny, że to najzwyklejsze jest nieporozumienie, a wszystko dlatego, że ksiądz nie chciał zrozumieć, iż cały świat nasz oparty jest na istnieniu kontry. Bez niej wszystko się rozpada i w nicości ginie, tylko bowiem ona trzyma wszystko w ryzach, a nas ludzi, w szachu – toż to podstawowa zasada wszelkiego istnienia – on ją zlekceważył i tylko dlatego stało się co się stało – wrzeszczałem, gdy jakieś typy ubrane na biało wkładały mi kaftan – Zło trzeba tępić w najdrobniejszych przejawach, inaczej pocznie się panoszyć. Czy to źle, że chciałem przedział ze zła oczyścić? – wciąż wykrzykiwałem.
– Właśnie to robimy – mruknął jeden z drabów.
– Nie, tylko nie to!!! – charczałem, gdy jeden z nich wyjmował długą parcianą szmatę – tylko tego absolutnie nie mogą mi zro… – już nie dokończyłem, już mnie wynosili niczym worek jutowy pełen ciężkich ziemniaków.
Wtedy noga moja, stercząca niesfornie, zaczepiła o denata nogę i stał się dziw nad dziwy – ten się jakby delikatnie poruszył, wszyscy nagle zamarli, a potem rzucili się na mnie i poczęli mnie nieznośnie szarpać. Bronić się wszak nie mogłem, byłem skrępowany – kaftan skutecznie mnie sobą spowijał, knebel dusił, chciałem krzyczeć, lecz szans na to, by głos z siebie wydać nie było najmniejszych, na domiar złego ktoś już krzyczał i to bardzo głośno, więc i ja krzyczałem (jeśli to co rozlega się w sobie można nazwać krzykiem).
– Panie, panie obudź się pan wreszcie! Aleś się pan zdrzemnął, już Warszawa, dojeżdżamy, trzeba się zbierać!  Przykrył się płaszczem, byłby się udusił!

Nade mną stał człowiek wysoki, w mundurze. Policjant – pomyślałem z trwogą, ale nie – skądś go znałem, powoli przychodziłem do siebie, oczy przecierałem, toż to był nasz konduktor, górował nad światem. Z najwyższym mozołem rozejrzałem się wokół, wszyscy się szykowali do wyjścia, peron już się zaczynał, wjeżdżaliśmy na stację, ja płaszczem omotany – a więc to nie kaftan, nie policjant,… nie jawa, lecz sen straszny – otrzepało mnie na samo na wspomnienie, ale już oddychałem piersią pełną i na powrót osadzony w sobie.

Spojrzałem przed siebie, ksiądz spał jeszcze w kąt przedziału wtulony. Konduktor delikatnie targał go za ramię.
– Proszę księdza, już jesteśmy, Warszawa! Proszę się obudzić, halo! – Pospali się razem, bo w tym przedziale gorąco jak nie przymierzając w piekle, cholera jasna – mamrotał do siebie ocierając chusteczką pot z czoła.
– Czemu on jakiś taki nieprzyjemny, zimny? Rany! Nie oddycha, udusił się w tym skwarze! Trzeba by puls sprawdzić! – powiedział i chwycił ciało za przegub prawej ręki, w której jeszcze zwisał luźno różaniec.
Cisza zaległa w przedziale prawie święta, wszyscy trwali niemo, choć już przeczuwali, że to na nic – za późno. Ja niczym liść na wietrze drżałem. Dokonało się! – przemknęło mi przez głowę tylko niczym błyskawica.
– No trudno, nieszczęście, trudno! Nie żyje! – powiedział.
– Nie żyje! – powtórzyła starsza.
– Nie żyje! – jak echo wyszeptała młodsza.
– Nie żyje?!! – powiedziałem tonem przerażonym.
– Nie żyje! – jeszcze raz powtórzył i chwycił drżącymi dłońmi swój radiotelefon – Halo! Dyżurny?! Tu pospieszny nr 2110, dajcie mi na peron policję i lekarza, w przedziale jest nieboszczyk… tak, najwidoczniej zawał, czerwony na twarzy… no, chyba tak, przyczyna naturalna… tak rozumiem, dobra, tak, zrozumiałem… tylko szybko, bo się porozłażą – Niech mi się nikt z przedziału nawet na krok nie rusza! – rzucił ku nam.
Siedziałem przykuty niewidzialnym ciężarem, niczym skazaniec, nie mogąc ni ręką, ni tym bardziej poruszyć swą głową. Bezwład ten kładłem w myślach na karb snu niedośnionego i pozostałego w członkach wybudzonych nagle, bez pardonu, przez gwałt jaki dokonał się na mnie (tak to odbierałem) i koszmaru jaki objawiła jawa. Może więc podświadomie snu się swego trzymałem, a straszna paralela łącząca oba światy więziła mnie w wewnętrznym impasie – bowiem trwałem w zawieszeniu nie mogąc pogodzić się z żadnym z zaistniałych faktów. Jedynym co przychodziło mi w tym stanie ducha do mej rozpalonej głowy, było to, by jak najszybciej sprawdzić, czy istnieje jakikolwiek związek przyczynowo–skutkowy między tym co w mej głowie, a tym zaistniałym – niekoniecznie logiczny, to byłoby nazbyt wiele – doskonale wiedziałem – ale choćby czysto hipotetyczny metafizyczny spinacz – słowem: czy istnieje napis?!

Ukradkiem, w ferworze wydarzeń, spojrzałem pod ramię, gdzieś w tę przestrzeń mroczną, gdzie we śnie moim straszny czaił się napis, lecz było nazbyt ciemno i mało dyskretnie, by cokolwiek ustalić ponad wszelką wątpliwość. Dość już miałem dociekań, dość dalszych jałowych analiz. Skończyć z tym, cokolwiek tam jest i cokolwiek znaczy! Niepostrzeżenie pośliniłem palec i począłem trzeć ścianę na wszelki wypadek, coraz prędzej i prędzej i…