Opowiadanie

AktualnościOpowiadaniePolecane

Mucha

Siedziałem naprzeciw ściany, dokładnie na środku pustej sali, sali bez klamek, bez okien, bez koloru. Sali pustej a rozdętej niemiłosiernie mą obecnością po brzegi. Trwałem tam nieruchomo, ogarnięty stuporem strasznym, terminalnym, wsobnym. Trwałem nieruchomo, wpatrzony w konkretny punkt na ścianie.

Trwałem tak, jak myśleli ci uczeni idioci w białych kitlach, dlatego że ogarnął mnie paraliżujący bezruch (nazywany przez nich po łacinie tremens katatonicus). Myśleli, iż tak znieruchomiałem, bo żaden z mych mięśni nie był w stanie mną poruszyć! Jakże się mylili! Trwałem nieruchomo, bo wszystkie moje mięśnie były napięte do granic możliwości. Wszystkie, dosłownie wszystkie, naprężone niczym postronki utrzymywały me ciało w stanie najwyższego alertu nie dlatego, że wszystko było mi już obojętne.

Przeciwnie! Dlatego właśnie, iż wszystko stało się tak istotne! A najważniejszy był punkt. Punkt na ścianie naprzeciw mnie, jedyna ostoja porządku w otaczającym mnie oceanie chaosu.
Co mnie tu doprowadziło, jak tu dotarłem, ja, młody pąk megapotentny, ja, człowiecze szczenię? Ja, który gotów byłem na wszystko i wszystko było przede mną na wyciągnięcie ręki? Rosłem, żyłem, tętniłem, by rozwijać się wszechpotężnie, dążąc ku przeznaczeniu z impetem i zamaszyście, nieświadom jeszcze niczego. Nic nie zapowiadało tego co się stanie, a co sprawiło, że siedziałem właśnie na niewygodnym jak świeży wyrzut sumienia taborecie oddziału trzeciego, naszej wspaniałej kliniki dla wariatów.

Read More
LiteraturaOpowiadanie

Bomba

Stałem na środku peronu trzeciego i czekałem na pociąg, lecz było mi dziwnie, niejasno. Może to ciężkie śniadanie, a może sen niezbyt krzepiący sprawiały, że było mi obco w środku i nienazwanie. A przy tym, stało się coś na świecie, gdzieś, daleko. Tragedia, trupy, śmierć! Widmo wojny wychynęło znienacka i wszystko stało się niepewne, już nie tak jednoznaczne jak dotąd. Spokój duszy prysł niczym bańka mydlana i jakaś niestabilność wszechrzeczy poczęła wisieć w powietrzu, natrętnie, nisko, dławiąco. Rozstrój także mnie się udzielił – w środku coś nie tak – lecz co zrobić, świat – światem, brzuch – brzuchem, a mnie jechać trzeba sto kilometrów z okładem – jak gdyby nigdy nic, jak dawniej, więc… cóż począć – jadę! Pociąg. Wsiadam. Ruszył. Szukam miejsca dla siebie. W przedziale siedzi trzech brodatych mężczyzn – młodzi, nawet bardzo młodzi, lecz już dawno w habitach, jakby całe życie. Dziwni – prawosławni? mnisi? – nie wiem, mijam, choć myślę – głupio, trzeba było dziś, dziś właśnie tam usiąść! Tam dziś będzie bezpiecznie, bezpieczniej niż gdziekolwiek.

Oni cisi, pokorni i sacrum jakieś wiozą tam pod habitami, więc jest bezpiecznie i nic stać się nie może, bo czuwają by zło się nie pleniło i na straży stoją – chociaż siedzą – lecz jakby – na stojąco siedzą. Więc głupio, nazbyt może pochopnie mimo nich przeszedłem, ale idę dalej, przed siebie, raźno, choć – coś mi się wydaje – niepotrzebnie idę. Od nich pewnie spokój bije – a mnie spokoju trzeba, cisza – a mnie ciszy… otucha, pewność, ech – naprzód idę, choć w sobie się wracam. Wiem! Brody! Brody, mnie tak pchają. Brody jakieś nieludzkie, niepotrzebne, kozie…, więc… idę, nie idę, a uciekam, przed tymi brodami, brody gdzieś zostawiam, hen daleko w tyle i idę. Nowy wagon, ludzie nowi. Lecz i tu duchowny, choć już inny całkiem. Ksiądz! Ksiądz zupełnie łysy – bez brody, ani śladu włosa. Alleluja! Tu siądę.

Read More
Literackie Światło MłodychOpowiadanie

Autobus do Bel Annalee

Padam na twarz, wyciągam przed siebie dłonie i wyczuwam koniec urwiska. Wstrząsają mną tak potężne drgawki, ze dopiero po chwili jestem w stanie powoli i ostrożnie przeczołgać się w jego kierunku. Ściskam dłonie na samym koniuszku gruntu i przyciskam mokry policzek do lodowatej ziemi. Cały drżący, wychylam głowę. Muszę zobaczyć, muszę sprawdzić czy ona aby na pewno tam jest. Wiem, że nie ma możliwości bym cokolwiek jeszcze zobaczył, ale muszę sprawdzić. Przekonać się jaki obraz ujrzała jako ostatni, jaki obraz ja sam chciałem ujrzeć. I gdy tylko moja głowa znajduje się poza obrębem klifu, nim oczy rozróżniają jakikolwiek kształt, ogromne ptaszysko wlatuje niemal prosto w moją twarz i sprawia, że odskakuję w tył lądując plecami na trawie. Wcześniej nie wykryłem nad Bel Annalee ani śladu mew. A teraz nagle jedna omal nie wybiła mi oka wzlatuje gdzieś z dołu przepaści. Wielka, śnieżnobiała, lśniąca wręcz nieziemskim blaskiem. O długich, dumnych skrzydłach. Trzymała coś w dziobie i nim dostrzegłem co to na moją głowę spadła sporej wielkości gałązka, jakby specjalnie przez nią wypuszczona.  Uniosłem ja i długo jeszcze siedziałem na skraju Bel Annalee, wpatrując się w horyzont, trzymając w ręku gałązkę, jak gdyby była najcenniejszym darem.

Read More