Opowiadanie

AktualnościOpowiadanie

Cecylia

Cecylia – miałem wtedy siedemnaście lat. Nie wiem jakim cudem zdałem na prestiżowy wydział architektury Politechniki Warszawskiej. Byłem raczej średnim uczniem liceum małego, prowincjonalnego miasteczka. Pierwsze miesiące moich tak zwanych studiów to było zachłystnięcie się wolnością. Mieszkałem wtedy w akademiku i nie musiałem wracać przed dziesiątą wieczorem do domu. Mogłem wrócić po dziesiątej rano z wypchanym krokodylem pod pachą i nikt mi nie robił awantury. Warszawa lat sześćdziesiątych to były kluby jazzowe, klub literatów, SPATiF, świat niewinnych czarodziei z filmu Wajdy, polska szkoła filmowa, teatr Grotowskiego, polska szkoła plakatu. Działo się.

A w środku tego kotła gotującej się lawy talentów, marzeń i ambicji – ja, męski odpowiednik Alicji w Krainie Czarów. Uciekinier z tej szarej przeciętności polskiej prowincji i przypadkowy świadek tworzącej się historii. Nic dziwnego, że wykresy belek konstrukcyjnych, przekroje architektoniczne czy teorie urbanistyczne zeszły na plan dalszy. Stałem się bywalcem klubów studenckich i entuzjastą tych wszystkich tańców, które przelewały się jak fale tsunami przez warszawskie parkiety. Charleston, rock’n’roll, twist, samba, madison – miałem przyjaciół, prawdziwych mistrzów w tej materii – Gerald Wilk, późniejsza gwiazda baletu Béjarta, Krystyna Mazurówna, za klika lat solistka Casino de Paris.

A ja naśladując mistrzów też stałem się mistrzem, do tego stopnia, że w jakimś konkursie rock’n’roll’a zdobyłem pierwszą nagrodę – tabliczkę czekolady. Reasumując, byłem w tym rodzaju, powiedzmy sobie – sztuki, zupełnie niezły. Pewnie mógłbym w alternatywnym wcieleniu Travolty wystąpić w kultowej scenie tańca z filmu Pulp Fiction.

Read More
AktualnościOpowiadanie

Talafon

Kolejny dzień piekła poczynał się upałem nieznośnym, od  zarania dławiącym i brudnym. Powietrze nabrzmiałe od potencji zbędnej przytłaczało bezsensownym nadmiarem, obfitością durną rozpasaną i butną, która zdawała się w ekspansji swej nieuzasadniona i nienasycona. Drżało dziko w wewnętrznym wibrato nasycone żarem, który poczynał kiełkować kroplami potu na mych skroniach i pod oczami, umęczonymi patrzeniem na świat, palony płomieniem tajemnej żądzy zniszczenia – niejasnej i złudnej. Miałem na takie dni swój sposób: siedzieć i patrzeć w  sufit – to uspokaja – afirmować ciszę istnienia zupełnie nieruchomo. Jednak tego dnia nie było mi dane okiełznać czające się demony tak po prostu i z marszu. Niezdrowa energia  kosmosu  czaiła się w  zakamarkach  pokoju, wnikała w ściany, przesączała w głąb mego jestestwa niczym potentny eliksir elektryzując  wszystko i wprowadzając w stan drapieżnego wzbudzenia. Och, wszystko to byłoby inne, gdyby nie owa cisza, owa niemożność, owa niemoc obecna zawsze w dni takie, ta przemożna indolencja – niezdolność od czegokolwiek tak silna, iż granicząca z bezwładem!  Paradoks  tego stanu impotentnej potencji  wprowadzał zawsze mnie w rodzaj rozstroju pełnego dzikiego napięcia – człowiek sam sobie jest w stanie zaszkodzić choć nie stać go na gest najbłahszy, a wypełniony jest grozą po brzegi. I poczęła mnie ogarniać zwolna przemożna chętka na  ruch jakiś, ruch śmiały co przerwie ten flak czasu pustego, tego oczekiwania. Tak, te  dwie godziny poranka sprawiły, iż poczułem się niczym pod prasą, która mnie miażdży bezsensem. Musiałem wyjść na miasto coś załatwić! Jakaś sprawa w urzędzie, nieprzewidziana kolejka, potem awaria systemu komputerowego i zakupy zatrzymały mnie na tyle długo bym nabawił sie słonecznego światłowstrętu i nabrał po raz kolejny odrazy i niechcianego przecież obrzydzenia do całego rodzaju ludzkiego. Nie lubiłem siebie z tych dni, swych reakcji wyolbrzymionych, frustracji swych i sądów pochopnych, lekkich, a na wyrost poczynionych w ułamkach sekund, często niesprawiedliwych bardzo i tej emocjonalnej histerii, która wdawała mi się gdy byłem zmęczony, czy raczej wyczerpany przemożnością przeciwności losu skumulowanych na przestrzeni czasu zbyt małej bym wytrzymał tę gęstość. Wróciłem do po niespełna godzinie domu poważnie wzburzony. Nic dziwnego pomimo wielokrotnych obietnic dawanych samemu sobie zrobiłem to, znowu to zrobiłem. pomimo tego że klęcząc przysięgałem na wszystkie świętości, czyli na jedną prawdziwą świętość – na cosinus – że więcej tego nie zrobię i to pod żadnym pozorem, choćby wydawało się, że zrobić to koniecznie należy że nie ma innej możliwości, że zrobienie tego jest absolutnie bezdyskusyjnie i ponad wszelką wątpliwość nader konieczne – ja miałem oprzeć się słabości i tego  nie zrobić. A jednak znowu to zrobiłem. Posiadłem ją po raz wtóry. Toteż nijako mi  było i nijak, nie mogłem sobie z tą niesubordynacją sobie jakkolwiek poradzić. Odniosłem nieprzyjemne wrażenie jakby nagle wszystko, całe moje mieszkanie, wszystkie w nim przedmioty, urządzenia, cały mój dobytek, słowem, jeszcze nie tak dawno oaza spokoju, jedyne miejsce zdolne do ukojenia moich zszarganych nerwów, zdawało się teraz istnieć obok mnie z wyrzutem i niejaką pretensją. Rzeczy moje osobiste, owi niemi świadkowie mych solennych obietnic, które tak niefrasobliwie lekko i nieroztropnie zostały złamane zdawały się emanować swoistym wyrzutem zawiedzionego tłumu gapiów.  Lustro patrzyło na mnie wzrokiem kogoś oszukanego i rozczarowanego, lodówka była ewidentnie nadąsana, a zlew zdawał się sarkastycznie pochrząkiwać w stylu: „znowu to samo”, „a nie mówiłem”. Dom mój stał mi się nagle nieznośny i obcy – w każdym sprzęcie wyczuwałem zaczajoną wrogość i źle skrywana niechęć, jaką zwykła żywić służba do swego niezbyt rozgarniętego pana. Tak jawiła mi się moja domowa rzeczywistość sprzętów i urządzeń codziennego użytku kiedy nagle usłyszałem dzwonek! – Ki diabeł?!  –pomyślałem, bo wydał mi się inny niż  zwykle, jakby kpiący, prześmiewczy, pełen gorzkiej ironii. Po chwili uświadomiłem sobie, że to nie mógł być dzwonek do drzwi(ten zepsuł się dokładnie wczoraj). To dzwonił talafon! Jak to, teraz z samego rana dzwoni mi talafon – kiedy wszyscy moi znajomi wiedzą, iż śpię, albo spać powinienem i nie wolno mnie niepokoić! Bo zwykle talafon mój jest wyłączony. To musiała być ona, tylko ona wiedziała że czekam.

Read More
AktualnościOpowiadaniePolecane

Mucha

Siedziałem naprzeciw ściany, dokładnie na środku pustej sali, sali bez klamek, bez okien, bez koloru. Sali pustej a rozdętej niemiłosiernie mą obecnością po brzegi. Trwałem tam nieruchomo, ogarnięty stuporem strasznym, terminalnym, wsobnym. Trwałem nieruchomo, wpatrzony w konkretny punkt na ścianie.

Trwałem tak, jak myśleli ci uczeni idioci w białych kitlach, dlatego że ogarnął mnie paraliżujący bezruch (nazywany przez nich po łacinie tremens katatonicus). Myśleli, iż tak znieruchomiałem, bo żaden z mych mięśni nie był w stanie mną poruszyć! Jakże się mylili! Trwałem nieruchomo, bo wszystkie moje mięśnie były napięte do granic możliwości. Wszystkie, dosłownie wszystkie, naprężone niczym postronki utrzymywały me ciało w stanie najwyższego alertu nie dlatego, że wszystko było mi już obojętne.

Przeciwnie! Dlatego właśnie, iż wszystko stało się tak istotne! A najważniejszy był punkt. Punkt na ścianie naprzeciw mnie, jedyna ostoja porządku w otaczającym mnie oceanie chaosu.
Co mnie tu doprowadziło, jak tu dotarłem, ja, młody pąk megapotentny, ja, człowiecze szczenię? Ja, który gotów byłem na wszystko i wszystko było przede mną na wyciągnięcie ręki? Rosłem, żyłem, tętniłem, by rozwijać się wszechpotężnie, dążąc ku przeznaczeniu z impetem i zamaszyście, nieświadom jeszcze niczego. Nic nie zapowiadało tego co się stanie, a co sprawiło, że siedziałem właśnie na niewygodnym jak świeży wyrzut sumienia taborecie oddziału trzeciego, naszej wspaniałej kliniki dla wariatów.

Read More
LiteraturaOpowiadanie

Bomba

Stałem na środku peronu trzeciego i czekałem na pociąg, lecz było mi dziwnie, niejasno. Może to ciężkie śniadanie, a może sen niezbyt krzepiący sprawiały, że było mi obco w środku i nienazwanie. A przy tym, stało się coś na świecie, gdzieś, daleko. Tragedia, trupy, śmierć! Widmo wojny wychynęło znienacka i wszystko stało się niepewne, już nie tak jednoznaczne jak dotąd. Spokój duszy prysł niczym bańka mydlana i jakaś niestabilność wszechrzeczy poczęła wisieć w powietrzu, natrętnie, nisko, dławiąco. Rozstrój także mnie się udzielił – w środku coś nie tak – lecz co zrobić, świat – światem, brzuch – brzuchem, a mnie jechać trzeba sto kilometrów z okładem – jak gdyby nigdy nic, jak dawniej, więc… cóż począć – jadę! Pociąg. Wsiadam. Ruszył. Szukam miejsca dla siebie. W przedziale siedzi trzech brodatych mężczyzn – młodzi, nawet bardzo młodzi, lecz już dawno w habitach, jakby całe życie. Dziwni – prawosławni? mnisi? – nie wiem, mijam, choć myślę – głupio, trzeba było dziś, dziś właśnie tam usiąść! Tam dziś będzie bezpiecznie, bezpieczniej niż gdziekolwiek.

Oni cisi, pokorni i sacrum jakieś wiozą tam pod habitami, więc jest bezpiecznie i nic stać się nie może, bo czuwają by zło się nie pleniło i na straży stoją – chociaż siedzą – lecz jakby – na stojąco siedzą. Więc głupio, nazbyt może pochopnie mimo nich przeszedłem, ale idę dalej, przed siebie, raźno, choć – coś mi się wydaje – niepotrzebnie idę. Od nich pewnie spokój bije – a mnie spokoju trzeba, cisza – a mnie ciszy… otucha, pewność, ech – naprzód idę, choć w sobie się wracam. Wiem! Brody! Brody, mnie tak pchają. Brody jakieś nieludzkie, niepotrzebne, kozie…, więc… idę, nie idę, a uciekam, przed tymi brodami, brody gdzieś zostawiam, hen daleko w tyle i idę. Nowy wagon, ludzie nowi. Lecz i tu duchowny, choć już inny całkiem. Ksiądz! Ksiądz zupełnie łysy – bez brody, ani śladu włosa. Alleluja! Tu siądę.

Read More
Literackie Światło MłodychOpowiadanie

Autobus do Bel Annalee

Padam na twarz, wyciągam przed siebie dłonie i wyczuwam koniec urwiska. Wstrząsają mną tak potężne drgawki, ze dopiero po chwili jestem w stanie powoli i ostrożnie przeczołgać się w jego kierunku. Ściskam dłonie na samym koniuszku gruntu i przyciskam mokry policzek do lodowatej ziemi. Cały drżący, wychylam głowę. Muszę zobaczyć, muszę sprawdzić czy ona aby na pewno tam jest. Wiem, że nie ma możliwości bym cokolwiek jeszcze zobaczył, ale muszę sprawdzić. Przekonać się jaki obraz ujrzała jako ostatni, jaki obraz ja sam chciałem ujrzeć. I gdy tylko moja głowa znajduje się poza obrębem klifu, nim oczy rozróżniają jakikolwiek kształt, ogromne ptaszysko wlatuje niemal prosto w moją twarz i sprawia, że odskakuję w tył lądując plecami na trawie. Wcześniej nie wykryłem nad Bel Annalee ani śladu mew. A teraz nagle jedna omal nie wybiła mi oka wzlatuje gdzieś z dołu przepaści. Wielka, śnieżnobiała, lśniąca wręcz nieziemskim blaskiem. O długich, dumnych skrzydłach. Trzymała coś w dziobie i nim dostrzegłem co to na moją głowę spadła sporej wielkości gałązka, jakby specjalnie przez nią wypuszczona.  Uniosłem ja i długo jeszcze siedziałem na skraju Bel Annalee, wpatrując się w horyzont, trzymając w ręku gałązkę, jak gdyby była najcenniejszym darem.

Read More