AktualnościKONKURSReportaż

Dzielność to nowa solidarność

Trwa piękny wieczór. Siedzę przy kuchennym stole w domu moich dziadków i spoglądam przez okno. Obserwuję wiewiórki, które radośnie skaczą po pniach brzóz rosnących przy drodze. Liście wszystkich drzew żółkną w świetle zachodzącego słońca i złotą aureolą oddzielają ciemne gałęzie od błękitnej linii nieba.

Jestem gotowa do rozmowy; zaparzyłam sobie herbatę, a dziadkowi przygotowałam jego ulubioną kawę. Wokół unosi się intensywny zapach gorących napojów.

Gdy odwiedzam dziadków, zazwyczaj rozmawiamy o bieżących sprawach. Dzisiaj przyszłam, aby poruszyć jeden, konkretny temat.

— Właśnie się dowiedziałam, że byłeś członkiem Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego ,,Solidarność’’ — zaczynam bez ogródek, z pewnym wyrzutem. — Nigdy o tym nawet słówka nie pisnąłeś!

— Skąd to zainteresowanie ,,Solidarnością’’? — dziadek uśmiecha się, ale nie jest to uśmiech skierowany do mnie, a bardziej do wspomnień, które najpewniej ożyły w jego głowie.

Zaczynam krótką opowieść.

— Dzisiaj wracałam ze szkoły z mamą, bo miałyśmy pójść na zakupy. Na ulicy 3 maja minęłyśmy stary szyld, który był przybity do ściany jednego z budynków. ,,Region Podkarpacki NSZZ ,,Solidarności’’ — głosił napis. Nigdy wcześniej go nie zauważyłam, bo zawsze moją uwagę przyciągała ,,Galeria Fotografii Miasta Rzeszowa’’ znajdująca się nad nim. Stwierdziłam wtedy, zupełnie od niechcenia, że to miejsce musi mieć niesamowitą historię. Mama od razu powiedziała mi o tobie, ale zrobiła to bardzo ogólnikowo.

Dziadek chrząka.
— Nie wiem, od czego zacząć, ale to nie jest długa historia — przyznaje. Wyciąga nogi, biorąc pierwszy łyk kawy. Proponuję mu cukier, a on się zgadza.

— W 1989 roku zainteresowanie ,,Solidarnością’’ było spore. Dołączyło do niej wiele nowych osób. Zmienił się też przewodniczący Zarządu Regionu Rzeszowskiego. Zbigniew Sieczkoś zastąpił Antka Kopaczewskiego, niedługo po tym, jak Rzeszowska RKW ,,Regionalna Komisja Wyborcza’’ przeszła do jawnej działalności.

— Ty również dołączyłeś do związku w tamtym okresie?

Potwierdza i kontynuuje.

— Z powodu nadchodzących wyborów do sejmu i senatu w zakładach pracy regionu zaczęły powstawać Komitety Obywatelskie. Miały one na celu przygotowanie i sprawne przeprowadzenie kampanii wyborczej. O ile dobrze pamiętam, KO przy rzeszowskiej RKW rozpoczął swoją działalność 7 lutego.

— Jaką funkcję pełniłeś?

— Byłem przedstawicielem komitetu organizacyjnego ,,Solidarności’’. Robiłem to, co robi się w każdym zarządzie. Byłem odpowiedzialny za planowanie, koordynację działań zespołu, podejmowanie decyzji. Miałem dużo na głowie, zwłaszcza wtedy, gdy planowano jakieś wydarzenia.

— Jak często je organizowaliście?

— Kilka razy w roku. Szczególnie dużo imprez było na początku działalności, ale po pewnym czasie powołano inne ugrupowanie: rzeszowski oddział Krajowego Stowarzyszenia Kultury Zdrowotnej i Sportu. Miał on zastąpić Region Rzeszowski ,,Solidarności’’ w organizacji imprez sportowych. Został założony przez grupę znajomych w grudniu 1999 roku. Działa do dnia dzisiejszego, tyle tylko, że pod inną nazwą.

— Byłeś członkiem tego stowarzyszenia?

— Wtedy nie byłem już nawet członkiem ,,Solidarności’’ — śmieje się. — Świetnie sobie radzili beze mnie. Mieli dobrych ludzi, pracowitych i skrupulatnych. Już w styczniu 2000 roku ruszyli z kopyta z formalną działalnością. To był dla nich niesamowicie intensywny rok. Najpierw odbyły się biegi, później wyścigi kolarskie. Pamiętam również turniej siatkówki z okazji 20-lecia ,,Solidarności’’. Działacze musieli się nieźle napracować. Zapewnili ludziom wiele atrakcji. Sam byłem uczestnikiem niektórych wydarzeń.

Przerywa, aby się napić. Srebrna łyżeczka brzęczy w ceramicznym kubeczku, gdy miesza nią kawę.

— Jesienią zorganizowano I turniej Gier Sportowo-Rekreacyjnych dla Osób Niepełnosprawnych, pod hasłem „Solidarni w Rodzinie”. Była to ostatnia impreza w 2000 roku. Gdzieś schowałem fotografie z tamtego okresu. Szkoda tylko, że już nie pamiętam, gdzie dokładnie. Pewnie je zgubiłem.

— Brak zdjęć to żaden problem — stwierdzam fakt. — Wszystko można odnaleźć w internecie.

— Nie byłbym tego taki pewien. To było dawno temu. Wtedy nikt nie prowadził social mediów.

Nie kłócę się. Zamiast tego włączam telefon i wpisuję kilka słów w wyszukiwarkę internetową.

— Znalazłam — oznajmiam, pokazując dziadkowi ekran mojego telefonu. Bierze go ode mnie bez słowa, by w skupieniu przyjrzeć się wyświetlanym na nim zdjęciom.

— Większość z tych fotografii pochodzi z późniejszych lat, z innych integracji. Przypatrz się tym, na których widnieją banery z datami… 2001 rok, ale nie podano miesiąca… 5 października 2002 roku… O, tutaj widać śnieg… Zauważ, że organizowano wydarzenia sportowe nawet zimą. Biegano tuż przy rynku, wzdłuż ulicy 3 maja i nikt nie przejmował się niepogodą. A wierz mi, te dwadzieścia lat temu zimy były zupełnie inne!

Zwracam jego uwagę na kolejne zdjęcie. Przedstawia sportowo-rekreacyjny turniej, o którym wcześniej wspominał.

— Tak, to była ta impreza — potwierdza, oddając mi telefon. — 7 października 2000 roku. Rozpoczęła się od mszy świętej, a zakończyła w stadninie koni Albin w Słocinie. Wtedy Słocina nie była dzielnicą Rzeszowa, a odrębną wsią.

Nadstawiam uszu. Znam tę stajnię i jej właścicieli. Znów patrzę na zdjęcie, przyglądając się dwóm srokaczom zaprzęgniętym do bryczki.

— Znam te konie! — mówię, wyraźnie zaskakując tym mojego rozmówcę. Widocznie nie spodziewał się, że rozpoznam kogoś na fotografiach z czasów, w których jeszcze nie żyłam. Prawdę mówiąc, ja również się tego nie spodziewałam. — Ta po prawej to Hamila. Jeździłam na niej, ale niestety musiała zostać uśpiona w listopadzie 2021 roku. Dożyła pięknego wieku. Poznałam też jej córkę i syna, Helmi i Hantera.

Stukam palcem w ekran telefonu.

— Obok Hamili znajduje się Iza. Nadal żyje, ale oczywiście jest już dużo starsza i chudsza, niż na tym zdjęciu. Wciąż ma tych samych właścicieli. Nie sądzę, aby kiedykolwiek ją sprzedali. Stanowi część ich rodziny.

Dziadek upija kolejny łyk kawy.

— Widzisz, wnusiu — mówi. — Podobnie było w ,,Solidarności’’. Wszyscy razem ciężko pracowaliśmy, tak jak te konie. To był ogrom roboty, planowania i, przede wszystkim, współpracy. Po roku odszedłem. Podjąłem słuszną decyzję: wyżej postawiłem moją rodzinę, niż rodzinę ,,Solidarności’’. Na obie nie miałem czasu.

Dopijam swoją herbatę do końca. Jestem na tyle zamyślona, że połykam nawet gorzki osad, który zgromadził się na dnie kubeczka.

— No dobrze, w takim razie mam kolejne pytania. Czy kiedykolwiek żałowałeś, że byłeś w ,,Solidarności’’? Gdybyś przed dołączeniem do niej wiedział, jak wiele twojego czasu pochłonie, nadal postąpiłbyś tak samo?

— Nie, nigdy nie żałowałem. To była słuszna decyzja w tamtej chwili, tak samo, jak słuszną decyzją było opuszczenie związku, gdy zmieniły się moje priorytety.

— Ale dlaczego? — dopytuję. — Dlaczego twierdzisz, że dołączenie do związku było słuszne? Sądzisz, że twoje działania miały realny wpływ na życie ludzi?

— Oczywiście, że miały. ,,Solidarność’’ kształtowała rzeczywistość, definiowała ówczesną Polskę.

Postanawiam doprecyzować pytanie.
— Ale ty, dziadku? Ty, sam jeden? Pomogłeś komuś? Milczy przez chwilę, aby dać sobie czas na zebranie myśli.

— Trudno mi na to odpowiedzieć. Na pewno pomogłem sam sobie. Poznałem świetnych ludzi, którzy dużo mnie nauczyli. Jako członek Regionalnej Komisji Wyborczej miałem wpływ na decyzje podejmowane w związku, więc przypuszczam, że innym ludziom także pomogłem, zmieniając jakość ich życia. Jednak pomoc to jedno… Powód, dla którego nigdy nie żałowałem udzielania się w ,,Solidarności’’ jest zgoła inny…

— Zdradź mi go, proszę.

—,,Pozwólcie mi wygrać, lecz jeśli nie będę mógł wygrać, niech będę dzielny w swym wysiłku’’… To jedno proste motto zapamiętam na zawsze.

Marszczę brwi. Te słowa brzmią znajomo. Jestem pewna, że już wcześniej natknęłam się na nie. Wypowiadam moje odczucia na głos.

— Nie pamiętasz? — uśmiecha się, a w jego oku błyska iskierka chytrości. — Włącz telefon, pokaż mi zdjęcie z Izą i Hamilą. No, dalej. Popatrz. Obok koni wisi baner. Przeczytaj, co jest na nim napisane wielką, czerwoną czcionką.

Na banerze, kropka w kropkę, jest zapisany przytoczony przed chwilą cytat.

— Widzisz, wnusiu — kontynuuje dziadek. — Pomagając ludziom, nie prosi się o nagrodę, nie walczy o zwycięstwo, bo najczęściej go nie ma. Trzeba być jak koń, co ciągnie bryczkę. Iść powoli przed siebie, każdym krokiem uszczęśliwiając innych. Bycie dzielnym jest tym, co naprawdę się liczy. Jeśli taka będziesz, każdy poczuje twoją obecność. Wpłyniesz na życie innych, nawet o tym nie wiedząc. Założysz tyle rodzin, tych bliższych i dalszych, że zacznie brakować ci w życiu czasu, a nie miłości.

Nie odrywam wzroku od dziadka nawet na sekundę. Wzdycham. — Nie wiem, czy będę mieć tyle siły, aby zawsze być dzielna.

— Wystarczy po prostu działać. Każda podjęta decyzja jest aktem odwagi. Nie bój się odpowiedzialności, a będziesz dzielna cały czas.

Zastanawiam się nad jego słowami, lecz do głowy nie przychodzi mi żaden trafny komentarz.

Siedzimy w ciszy. Im więcej czasu mija, tym bardziej wydaje mi się, że on nie oczekuje ode mnie żadnej odpowiedzi.

Dziękuję mu za rozmowę. Nasze kubki są puste, więc zabieram je do zlewu.

— To ja dziękuję. Nie sądziłem, że interesuje cię ten temat — odpowiada.

Zamyślone, brązowe spojrzenie kieruje w bliżej nieokreślony punkt w oddali. Uśmiecha się pod nosem. Pewnie wciąż wspomina czasy, gdy był częścią największej w kraju organizacji pracowniczej. Być może w głębi duszy, po tych wszystkich latach, nadal uważa się za jednego z jej członków. Bo czymże byłaby solidarność, jeżeli nie szczerym poczuciem wspólnoty, utrzymującym się mimo upływu czasu? Właśnie to poczucie, wraz z odpowiedzialnością i gotowością do działania było fundamentem dla ,,Solidarności’’. Niesamowicie trwałym fundamentem, na którym dzielni ludzie stworzyli niemalże legendarny ruch społeczny, będący iskierką nadziei w czasach, w których iskierka wystarczała, aby wzniecić pożar buntu i działania.

Reportaż otrzymał III nagrodę w naszym Konkursie na reportaż 2026 „Twój głos, twoja okolica”