AktualnościOpowiadanie

Cecylia

Kolejka do stoiska na którym podpisywałem swoje książki nie była zbyt długa. Dwadzieścia, może trzydzieści osób, to nie jest liczba imponująca, ale z drugiej strony moje albumy malarstwa były dosyć drogie, a fakt, że miałem oddanych fanów, dla których mój podpis w albumie coś znaczył, przyjemnie głaskał moje skromne ego. Lubię atmosferę targów książki, szum głosów jak w gigantycznym ulu, tysiące ludzi przepychających się w labiryncie stoisk, a nad ich głowami niewidoczna ogromna chmura słów, idei, kreatywności. Można znów zacząć wierzyć w ludzkość.

– Czy mógłby pan zadedykować ten album mojej teściowej? – z tych pozytywnych reflekcji wyrwał mnie miły głos kobiety. Szary kostium typu Chanel, delikatny makijaż, naszyjnik z pereł, starannie uczesane, obcięte tuż przed ramionami, siwiejące włosy. Wszystko to emanowało dyskretną elegancją.

– Oczywiście z wielką przyjemnością. – odpowiedziałem.

– Moja teściowa ma na imię Cecylia.

– To bardzo rzadkie imię, a ja kiedyś kochałem się w Cecylii.

– Ona też się w panu kochała. – odpowiedziała z enigmatycznym uśmiechem. – A gdyby pan chciał kiedyś do niej zadzwonić, oto jej telefon. Podała mi kartkę papieru z odręcznie napisanym numerem.

Cecylia – miałem wtedy siedemnaście lat. Nie wiem jakim cudem zdałem na prestiżowy wydział architektury Politechniki Warszawskiej. Byłem raczej średnim uczniem liceum małego, prowincjonalnego miasteczka. Pierwsze miesiące moich tak zwanych studiów to było zachłystnięcie się wolnością. Mieszkałem wtedy w akademiku i nie musiałem wracać przed dziesiątą wieczorem do domu. Mogłem wrócić po dziesiątej rano z wypchanym krokodylem pod pachą i nikt mi nie robił awantury. Warszawa lat sześćdziesiątych to były kluby jazzowe, klub literatów, SPATiF, świat niewinnych czarodziei z filmu Wajdy, polska szkoła filmowa, teatr Grotowskiego, polska szkoła plakatu. Działo się. A w środku tego kotła gotującej się lawy talentów, marzeń i ambicji – ja, męski odpowiednik Alicji w Krainie Czarów. Uciekinier z tej szarej przeciętności polskiej prowincji i przypadkowy świadek tworzącej się historii. Nic dziwnego, że wykresy belek konstrukcyjnych, przekroje architektoniczne czy teorie urbanistyczne zeszły na plan dalszy. Stałem się bywalcem klubów studenckich i entuzjastą tych wszystkich tańców, które przelewały się jak fale tsunami przez warszawskie parkiety. Charleston, rock’n’roll, twist, samba, madison – miałem przyjaciół, prawdziwych mistrzów w tej materii – Gerald Wilk, późniejsza gwiazda baletu Béjarta, Krystyna Mazurówna, za klika lat solistka Casino de Paris. A ja naśladując mistrzów też stałem się mistrzem, do tego stopnia, że w jakimś konkursie rock’n’roll’a zdobyłem pierwszą nagrodę – tabliczkę czekolady. Reasumując, byłem w tym rodzaju, powiedzmy sobie – sztuki, zupełnie niezły. Pewnie mógłbym w alternatywnym wcieleniu Travolty wystąpić w kultowej scenie tańca z filmu Pulp Fiction. No ale nikt wtedy nie słyszał o Tarantino, naszym idolem był Polański. Tak wyedukowany wróciłem na pierwsze bożonarodzeniowe ferie do mojej przeszłości. Ferie jak ferie, rodzinne rytuały przy choince, spotkania z kolegami gimnazjalnymi ale mnie ciągnęło na parkiet. Jedyną uczelnią w moim mieście, która udawała uniwersytet, była wyższa szkoła pedagogiczna. Studentkami w przeważającej większości były dziewczęta. Okazuje się, że gorączka sobotniej nocy dotarła i tam, na głęboką polską prowincję i dziewczyny urządzały co sobotę tak zwane fajfy, co znaczyło po polsku potańcówki o piątej po południu. Przy pierwszej nadarzającej się okazji czyli najbliższej sobocie, udaliśmy się z kilkoma kolegami spragnionymi socjalizacji z płcią przeciwną, no cóż w tym wieku hormony wyją, na tańce do sali gimnastycznej szkoły, którą na tą okoliczność nazwano klubem. Bardzo szybko okazało się, że moja praktyka z warszawskiej Stodoły i Hybryd nie poszła na marne i nieskromnie mówiąc zostałem królem zabawy. Wszystkie dziewczyny chciały ze mną tańczyć a gdy najpiękniejsza z nich, krągła jak polska pyza i pachnąca obietnicą raju, wtulała się we mnie w romantycznym slowfox’sie, byłem w dziesiątym niebie.

– Mam na imię Cecylia. – powiedziała.

Francuzi nazywają to coup de foudre, polska wersja – miłość od pierwszego wejrzenia, brzmi trochę słabiej. Uświadomiłem sobie wtedy, iż naukowcy którzy twierdzą, że czas tak naprawdę w naturze nie istnieje, mają zupełną rację. Te kilka godzin tańców z Cecylią było po prostu tą faustowską chwilą, tak piękną, że chciałoby się żeby trwała wiecznie. Muzyka z magnetofonu ucichła. Zgaszono światła. Wyszliśmy ostatni, na zewnątrz padał drobny śnieg. Robiło się już dosyć późno, a moja rodzinna godzina policyjna zaczynała się za kilkanaście minut. Ostatni czynny jeszcze lokal zamykano o jedenastej, a zresztą nie miałem ani grosza żeby ją zaprosić na kawę. Wypadało się pożegnać.

– A może wpadniesz do mnie na herbatę. – zaproponowała.

Niebo otworzyło na oścież swoje bramy. Wynajmowała pokój w jednorodzinnym domku w niezbyt odległej rezydencjalnej dzielnicy. Większą część niewielkiego pokoju zajmowało duże łóżko przykryte ogromną puchową pierzyną, dwie równie wielkie białe poduszki, nad łóżkiem reprodukcja obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej i makatka z napisem „Świeża woda zdrowia doda”. Nie miałem czasu na degustację dalszego umeblowania pokoju bo Cecylia popchnęła mnie w stronę łóżka. Z szalonym entuzjazmem zaczęliśmy zrywać z siebie ubrania. Puchowa pierzyna falowała jak wzburzony ocean na którym jak dwie rajskie wyspy sterczały krągłe piersi Cecylii. Rano, gdy się obudziłem z głową wtuloną między poduszkę a jej przytulne uda, łóżko wyglądało tak jak krajobraz po wielkiej bitwie.

– Może pójdziemy dzisiaj do kina. Grają fantastyczny western W samo południe z Gary Cooperem. – zaproponowałem z nadzieją, że nie odmówi.

– Fantastycznie. Spotkajmy się o piątej pod kinem.

Następny fajf, tym razem nie taneczny lecz filmowy.

– To chyba przeznaczenie. – pomyślałem.

Tym razem nie miałem już awantury, że nie wróciłem przed dziesiątą do domu, a ojciec dał mi nawet sto złotych na bilety do kina i na ewentualną kawę potem. Czułem się fantastycznie, wszystko wokół magicznie wypiękniało a ośnieżony krajobraz za oknem pachniał mi już nie platoniczną  miłością romantycznych wierszy a odurzającą ekstazą pierwszego w życiu seksu.

Przyszedłem pod kino pół godziny przed umówionym czasem. A gdy jej smukła sylwetka opatulona w czarny płaszcz z dużym futrzanym kołnierzem pojawiła się w perspektywie alei prowadzącej do kina, moje serce zaczęło bić przyspieszonym rytmem, coraz mocniej i mocniej.

– Hej, chyba się w tobie zakochałem. – powiedziałem.

Pocałowałem jej zaróżowiony od mrozu policzek.

– A ja w tobie. – zaśmiała się.

Z filmu nic nie pamiętam. Zresztą widziałem go już kilka tygodni wcześniej w Warszawie. Żeby historia bohaterskiego szeryfa nie przeszkadzała mi w delektowaniu się smakiem jej ust, zamknąłem oczy. Po skończonym seansie postanowiliśmy odwiedzić znów nasz krajobraz po bitwie. Szliśmy wolno, trzymając się za ręce ośnieżonym chodnikiem wzdłuż alei prowadzącej do jej dzielnicy, gdy nagle z lewej strony wyprzedził nas duży osobowy samochód, chyba marki Warszawa i z piskiem opon zatrzymał się kilkanaście metrów przed nami. Z samochodu wyszło, a właściwie wyskoczyło dwóch młodych mężczyzn i podeszło do nas. Wyglądali na bokserów co najmniej wagi średniej albo na tych co w wolnych chwilach podnoszą ciężary.

– Ty tu zostań. – powiedział jeden z nich, ten od ciężarów, do Cecylii. – A szef chciałby z tobą porozmawiać. – zwrócił się do mnie.

Podeszliśmy do samochodu. Przednie drzwi od strony pasażera się otworzyły i wysunęła się noga mężczyzny w garniturze zakończona eleganckim, na pewno nie rodzimej produkcji, butem.

– Dobry wieczór. – powiedziałem grzecznie do buta.

Z środka dobiegł pewny siebie niski baryton: – Nie życzę sobie żebyś spotykał się z moją narzeczoną.

Zapadła chwila niezręcznej ciszy. Kontem oka zauważyłem jak Cecylia eskortowana przez boksera wsiada na tylne siedzenie od strony kierownicy.

– Tak, proszę pana. – odpowiedziałem i wolnym krokiem odszedłem w stronę dzielnicy moich rodziców.

Przypomniał mi się ten szeryf z filmu W samo południe, bohaterski Gary Cooper pewnie by odpowiedział: – Nic mnie nie obchodzi czego pan sobie życzy a czego nie życzy i będę się spotykał z moją a już nie pańską narzeczoną. A ja powiedziałem: – Tak proszę pana. Poczułem się jak obrzydliwy robak nabity na haczyk wędki. Pełne upokorzenie. Najpierw ekstaza a potem agonia. Nigdy potem nie widziałem już Cecylii. Zamyśliłem się i spojrzałem na kartkę papieru z jej numerem telefonu. Nikogo nie było już w kolejce do podpisywania książek. Przedarłem kartkę na pół i wyrzuciłem do kosza na śmieci.