Autor: Rafał Olbiński

AktualnościOpowiadanie

Cecylia

Cecylia – miałem wtedy siedemnaście lat. Nie wiem jakim cudem zdałem na prestiżowy wydział architektury Politechniki Warszawskiej. Byłem raczej średnim uczniem liceum małego, prowincjonalnego miasteczka. Pierwsze miesiące moich tak zwanych studiów to było zachłystnięcie się wolnością. Mieszkałem wtedy w akademiku i nie musiałem wracać przed dziesiątą wieczorem do domu. Mogłem wrócić po dziesiątej rano z wypchanym krokodylem pod pachą i nikt mi nie robił awantury. Warszawa lat sześćdziesiątych to były kluby jazzowe, klub literatów, SPATiF, świat niewinnych czarodziei z filmu Wajdy, polska szkoła filmowa, teatr Grotowskiego, polska szkoła plakatu. Działo się. A w środku tego kotła gotującej się lawy talentów, marzeń i ambicji – ja, męski odpowiednik Alicji w Krainie Czarów. Uciekinier z tej szarej przeciętności polskiej prowincji i przypadkowy świadek tworzącej się historii. Nic dziwnego, że wykresy belek konstrukcyjnych, przekroje architektoniczne czy teorie urbanistyczne zeszły na plan dalszy. Stałem się bywalcem klubów studenckich i entuzjastą tych wszystkich tańców, które przelewały się jak fale tsunami przez warszawskie parkiety. Charleston, rock’n’roll, twist, samba, madison – miałem przyjaciół, prawdziwych mistrzów w tej materii – Gerald Wilk, późniejsza gwiazda baletu Béjarta, Krystyna Mazurówna, za klika lat solistka Casino de Paris. A ja naśladując mistrzów też stałem się mistrzem, do tego stopnia, że w jakimś konkursie rock’n’roll’a zdobyłem pierwszą nagrodę – tabliczkę czekolady. Reasumując, byłem w tym rodzaju, powiedzmy sobie – sztuki, zupełnie niezły. Pewnie mógłbym w alternatywnym wcieleniu Travolty wystąpić w kultowej scenie tańca z filmu Pulp Fiction.

Read More
AktualnościNOTABENE 1985-2025

Efekt śnieżnej kuli

W nocy spadł śnieg.

I jak zawsze w Nowym Jorku, była to fantastyczna wiadomość.

Jęzor zimna, który już wcześniej przywlókł się z Kanady, mimo że sypnął śniegiem, miał powoli odpuszczać i nowojorczycy już od rana mieli powód, by zadzwonić do przyjaciół i wspólnie pozastanawiać się, czy to już ostatni tego roku atak zimy na Manhattanie.

Była niedziela, 13 lutego 1983 roku.

Ludzie wyciągnęli biegówki i gdy szedłem w stronę stacji metra, zaraz zobaczyłem, jak kilku entuzjastów szusuje po zaśnieżonej 3 Alei.

Autobusy nie jeździły, samochody stały przysypane białym puchem, ruch zamarł, miasto znieruchomiało i ucichło…

Nagle poczułem się tak, jakbym wszedł do bajki o Królowej Śniegu i musiałem  rozejrzeć się wkoło, by uświadomić sobie, że to jest ciągle Nowy Jork drugiej połowy XX wieku, a ja po prostu, mimo niedzieli, idę do pracowni skończyć pilny projekt. To tylko śnieg…

Na skwerze Cooper Union stał brodaty Afroamerykanin w burym płaszczu, beżowym kapeluszu i znoszonych butach. Na chodniku przed nim leżał afrykański dywanik w kolorowe paski, a na nim ułożone stopniowo, różnej wielkości białe kule. Ludzie przechodzili – tu już było tłoczniej – przystawali, o coś pytali, odchodzili, wzruszając ramionami, ktoś się roześmiał. Już dochodziłem do niego, gdy wpatrzony w to, co leżało na macie, zrozumiałem, że są to po prostu całkiem zgrabnie ulepione śnieżne piguły.

Nowy Jork jest pełen szaleńców, ale tego to naprawdę jeszcze nie było!

– Co pan sprzedaje? – wolałem jednak dopytać.

– Kule śniegowe – odpowiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

Read More