Aktualności

AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Czas bałwanów, czyli odwilż?

Kiedy rozum śpi, budzą się demony. Gdy przychodzi zima, budzą się bałwany. Typowy bałwan jest uśmiechnięty, ma czarne oczy z węgielków, pomarańczowy nos z marchewki, czapkę lub kapelusz, a w ręku trzyma kij lub miotłę. Bawi i straszy jednocześnie, ale nie u nas. Ten nasz bardziej straszy niż bawi, w każdej chwili gotów, by absurdalnie pogrążyć się w nicości…

XVIII-wieczny hiszpański artysta Francisco Goya, twórca “kapryśnych” satyrycznych miedziorytów z pewnością nie spodziewał się, iż jego oświeceniowa frywolność nabierze z czasem wymiaru quasi-uniwersalnego. Goya ze strachu przed Inkwizycją zniszczył znaczną część swoich prac. Podobno obawiał się demonów, które trwale tkwią w każdym z nas. Bałwany zaś są tylko sezonowe, tak jak pingwiny i bociany.

Strach ma podobno wielkie oczy, a ja spoglądam niepewnie na stojąca w kącie wielką i ciężką walizkę w kolorze pomarańczowym, której nie mam odwagi otworzyć już od prawie 20 lat. Spakowałem ją przed laty w Arabii Saudyjskiej i omijam od tej pory szerokim łukiem niczym lampę Aladyna. Po prostu boję się, oj boję, tego dżinna, który mógłby zeń wyskoczyć. Był kiedyś taki radziecki film Magiczna lampa Aladyna, nakręcony w roku mojego urodzenia… Lepiej więc włożyć czapkę niewidkę i iść dalej, niźli mierzyć się z przeszłością ukrytą w magicznej walizce. Bałwany, pingwiny i bociany też mają swoje tajemnice. I niech tak zostanie.

Wiara w dżinny jest ciągle żywa w ludowej tradycji muzułmańskiej. Mieszkają one na pustyni. Są dobre i złe. Posiadają nadnaturalną moc, są niewidzialne i mogą przybierać dowolne postacie. Dobre służą Allahowi, złe zaś szkodzą. Do złych dżinnów zalicza się Szatana. Zgodnie z ludowymi przekazami, człowiek może podporządkować sobie dżinna przy pomocy tajemnych zaklęć i na przykład uwięzić go w butelce (albo w walizce?)…

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Węgiersko-tureckie sny o potędze?

Strach pomyśleć, co by było, gdyby Jan III Sobieski wraz z husarią w 1683 roku pałał równie wielką „obcością kulturową” do Wiednia, co prezes Kaczyński et consortes w roku 1989. Zapewne w konsekwencji siedzielibyśmy dzisiaj wszyscy elegancko (nad Dunajem) „po turecku” i to nie na jakichś-tam patriotycznie ograniczonych ławkach, lecz – w najlepszym razie – na latających dywanach. Najprawdopodobniej, mielibyśmy też już teraz nad Wisłą jakąś formę zdecydowanie nieliberalnej republiki teokratycznej. A chyba nie o to chodziło, co?

Problematyczną zaletą takiego stanu rzeczy byłoby ewentualne „pojmanie” czterech niewiast za żony – wedle ludowej mądrości osmańskiej: po jednej na każdy kąt pokoju; zakładając oczywiście, że ów pokój nie byłby okrągły… Czyli co? Frywolny harem, tęczowa balanga od zmierzchu aż po świt i seks dla przyjemności? Naprawdę? A co wobec tego z cnotami niewieścimi ministra Czarnka?

Potencjalne dylematy można by mnożyć, bo my przecie zazwyczaj tacy cisi, głusi i niemi – totalne głupki z nas i w ogóle. Od lat tolerujemy obelgi, którym właściwie nie ma końca: kanalie, mordy zdradzieckie (naj)gorszego sortu itd. Piszę to wszystko rzecz jasna „poza trybem”. Piszę, więc jestem i w coraz większe osłupienie wprawiają mnie te tureckie kazania naszej nadwiślańskiej trupy objazdowej z wymownym gestem posłanki Lichockiej w tle, a jakże. À propos, za „gest Lichockiej” pokazany w przestrzeni publicznej idzie się na przykład w takim Dubaju „z automatu” na 30 dni do paki…

Przypominamy, że skoro Europa jest dla prezesa et consortes „obca kulturowo”, po drugiej stronie Bosforu z otwartymi ramionami czeka nań i jego świtę, emanująca dobrobytem i wolnością, wymarzona nieliberalna demokracja turecka. Latające dywany falują w trybie standby’u, domniemany zaś wszechwładny prezes i spółka poczuliby się gdzieś nareszcie swojsko i u siebie. Jest tylko jeden Broblem – jak tu szybko posiąść znajomość najpierw węgierskiego, a potem tureckiego? Czary-mary, czary-mary. Podobno jednak do niektórych rzeczy język jest zupełnie niepotrzebny. Jedno jest pewne: Atatürk w grobie się przewraca, ale – na szczęście w całym tym geopolitycznym cyrku – Turcja jest członkiem NATO.

Read More
AktualnościNOTABENE 1985-2025

MARCIN, bez kitu

Ten Marcin to Marcin Pawłowski. Najkrócej mówiąc – kolega. I Miecugowa, i Sianeckiego. Sporo młodszy od nich, ale wcale nie szczawikowaty. Doświadczony dziennikarz. Pod pewnymi względami nawet bardziej niż oni.

Zanim bowiem trafił jako członek założyciel (tak nazywa się nieoficjalnie tych, którzy są w stacji od pierwszego dnia emisji programu) do TVN, zaliczył wszystkie rodzaje mediów. Gazety różne, ale głównie redakcje sportowe, na przykład istniejący kiedyś “Nowy Świat”.

Radio to Radio Kolor, w czasach Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny było nobilitujące. Na początku Panowie M rzeczywiście stworzyli radio wnoszące wiele świeżości na polskim rynku medialnym.

Wywodzą się stamtąd, oprócz Marcina: Wojciech Cejrowski, Beata Pawlikowska, Beata Sadowska i inni.

Przed TVN zahaczył też o inną telewizję – WOT, czyli Warszawski Ośrodek Telewizyjny. Robił także programy o filmach z Karoliną Korwin-Piotrowską. Bardzo eksperymentalne programy.

Spadali z wysoka na ławeczki, rozmawiali z anonimowymi postaciami i w ogóle zachowywali się dość ekstrawagancko. Szczególnie jak na pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych. „Filmidło” nadawała telewizja publiczna. Portali internetowych jeszcze wtedy nie było, więc ich nie zaliczył.

Sianecki wiedział, jak wygląda Marcin właśnie z tego programu. Nie znali się osobiście. Pierwszy raz spotkali sie w TVN. Jeszcze przed startem stacji. Agnieszka Ejerman (zatrudniona przez Miecugowa w TVN koleżanka z programu trzeciego), Grzegorz i Tomasz wyszli z dyrektorskiego gabinetu (ani chybi po jakimś knuciu) i natknęli sie na Pwałowskiego.

Spojrzał na nich i powiedział: “O! Banda Trojga”. W jednym stwierdzeniu nawiązał i do Chin Ludowych, i do Trójki, do knucia, do zaistniałej sytuacji. Ot tak, po prostu.

Read More
AktualnościLiteratura

Dmitry Glukhovsky i jego dystopia

Glukhovsky często krytykował w swoich wypowiedziach politykę Rosji i rząd Władimira Putina, co przysporzyło mu problemów w kraju. W 2022 roku został wpisany na listę osób poszukiwanych przez rosyjskie władze za swoje antywojenne stanowisko wobec inwazji na Ukrainę.

Futu.re – to książka, która powstałą w roku 2013. Fabuła osadzona jest w dystopijnym świecie przyszłości. Książka łączy science fiction z refleksją filozoficzną i społeczną. Autor porusza w niej temat nieśmiertelności, przeludnienia oraz moralnych i etycznych kosztów postępu technologicznego.

Subiektywnie mogę powiedzieć, że jest to najlepsza, a zarazem najgorsza książka jaką czytałem w życiu. Przez jej emocjonalny charakter, nie byłem w stanie przeczytać więcej niż dwa rozdziały na raz. To podróż do świata pełnego obłudy, odwróconych wartości, świata zakłamanego, skorumpowanego i przerażającego.

Cała powieść, opiera się na tym, że ludzkość wymyśliła lek na śmierć. Każdy obywatel jest nieśmiertelny, może pozostać wiecznie młody i zdrowy, jeśli oczywiście się podporządkuje do panujących standardów. “Człowiek przestał być stworzeniem i stał się twórcą” (s. 46). Sprawia to jednocześnie problem w kwestii miejsca dla przyszłych pokoleń, które jest ograniczone. Aby ktoś się urodził, inny członek jego rodziny musi umrzeć.

Pojawiają się niezarejestrowane ciąże, które są surowo karane przez specjalne oddziały nieśmiertelnych w maskach Apollina. Ludzkość ma dodatek do życia jakim są pigułek szczęścia, które sprawiają, że ich ból i smutek odchodzi w zapomnienie. O działaniu pigułek wspomina główny bohater mówiąc: „jakby dokwaterowali ci do głowy kogoś obcego. Innym to odpowiada, ale mnie drażni”

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Obce we wsi! Paszcze w puszczy

Skoro wszystko już było, nie warto się powtarzać. Jednakże, gdy wokół wojna, trudno nie ulec mrocznym rozmyślaniom. To niesamowite zresztą, jak niewiele przez lata zmieniło się w naszej zbiorowej wyobraźni. Do tego niełatwo jednoznacznie stwierdzić, dlaczego tak się dzieje. Do niedawna wydawało się, że po roku 1989 wpadliśmy po prostu w jakiś wir błędnej czarnej dziury, z której nijak nie możemy się wydostać.

Podczas  zakupów kieleckim Lewiatanie, po raz kolejny dopadły mnie dylematy XVII-wiecznego angielskiego filozofa Thomasa Hobbes’a, który niedługo po wojnie domowej w Anglii w roku 1651 wyartykułował słynne antyczne powiedzenie Homo homini lupus est (Człowiek człowiekowi wilkiem).

Według Hobbes’a „życie człowieka jest samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie,” wobec czego nie pozostaje nam nic innego, jak się dogadać i stworzyć suwerenną wspólnotę, która pozwoliłaby ten permanentny w dżungli stan walki o przetrwanie, czyli „wojny wszystkich ze wszystkimi” trwale przezwyciężyć. 

Lewiatan Hobbes’a to potwór z ludzką twarzą, który paradoksalnie daje nadzieję na zbudowanie lepszego jutra. Przewodzi on wyimaginowanej (politycznej) wspólnocie, stworzonej oczywiście ze strachu. Tak, jak straszą nas od wieków wyobrażenia, m. in. Williama Blake’a o makabrycznej i szatańskiej w istocie Paszczy Lewiatana, który chciałby na wszelkie sposoby pożreć resztki ludzkiego rozumu i zdrowego rozsądku.

Read More