Od początku tygodnia, choć to jeszcze wrzesień, pogoda przypomina listopad. Zimno, deszcz, porywisty wiatr, a nocami temperatury spadają niemal do zera. Synoptycy obiecują jeszcze złotą polską jesień z dwudziestostopniowym słońcem, ale coraz trudniej w to wierzyć. Nic dziwnego, że w wielu miastach włączono już ogrzewanie. Niestety wraz z rozpoczęciem sezonu grzewczego przyszły i złe wiadomości: instytucje odpowiedzialne za dostawy ciepła ostrzegają, że rachunki w tym sezonie wzrosną o 20–35 procent. Jedynie niektóre osiedlowe kotłownie zapowiadają, że nie podniosą cen – ale to raczej wyjątki niż reguła.
Od 1 października w Polsce zaczyna też działać system kaucyjny. Stajemy się siedemnastym krajem w Europie, który zdecydował się na ten krok. Z systemów kaucyjnych korzysta już 180 milionów Europejczyków. W wielu sklepach pojawiły się już automaty do zwrotu butelek PET i puszek. Do każdej butelki plastikowej i puszki doliczona będzie kaucja: 50 groszy za plastik lub puszkę. Od 1 stycznia 2026 roku system obejmie także butelki szklane do pojemności 1,5 litra, tu kaucja wyniesie 1 złotówkę Pieniądze odzyskamy, jeśli oddamy opakowanie nieuszkodzone do punktu zbiorczego. Cel jest ambitny: do 2029 roku osiągnąć 90% poziom selektywnej zbiórki opakowań, a do 2030 roku zwiększyć udział recyklingu w produkcji z 25 do 30 procent.
Tymczasem za naszą wschodnią granicą trwa już 1317. dzień wojny. Rosja nie ustaje w atakach – bombarduje infrastrukturę energetyczną i kolejową, pozbawiając setki tysięcy Ukraińców prądu i wody. Kreml wciąż powtarza, że to Rosja jest ofiarą agresji NATO i całego Zachodu.
Kieleckość podobnie jak świętokrzyskość to jednak jest inny świat, który wymyka się precyzyjnym opisom i definicjom. To rzeczywiście jest takie miejsce z pogranicza, gdzie wszystko się miesza, łącznie ze zdrowym rozsądkiem. Kielce to jest jaskinia, z której dawno wygnano Sokratesa i gdzie nawet Platon miałby problemy, o Arystotelesie nie wspominając.
W Kielcach ważne są pierogi, które najlepiej spożywać na dworcu autobusowym przypominającym latający kosmiczny spodek UFO. Wylądowało ono u nas w latach 70-tych ubiegłego wieku, niedawno je odrestaurowano i lada moment zarządzać nim będzie sztuczna inteligencja. Pierogi świętokrzyskie wysłaliśmy w kosmos, aby nasz dzielny Sławosz, którego rodzina też z Kielc się wywodzi nie umarł z głodu. Są to zresztą jedyne – jak dotąd – pierogi, które ponoć zachowują swój unikatowy wdzięk i smak nawet w stanie nieważkości, czy można by powiedzieć, że już bardziej kreatywnego i inspirującego miejsca na naszej planecie w tej chwili nie ma. Ewentualnie ze świecą by go szukać.
W Kielcach ze świecą by szukać prawdziwego dziennikarstwa, bo jak się jakiś lokalny redaktor obrazi (albo, nie daj boże, nie po drodze mu będzie z opcją polityczną potencjalnych i domniemanych bohaterów jego opowieści), to gleba – nie napisze o nich nigdy więcej i ch… Zresztą najstarsza gazeta w mieście “Echo dnia” od lat niucha koniunkturę i pod nią układa dzień po dniu to, co ważne, a resztę przemilcza. Ponoć redaktor dyżurny wychodzi co rano na balkon, oblizuje wskazujący palec, unosi go dziarsko i sprawdza, z której strony akurat wieje wiatr i komu bije dzwon. Taki świat, bo lepiej a priori antycypować to, co nam nawet nie przyszłoby do głowy. Faktycznie, to jest jakaś forma kreatywności, godnej pozazdroszczenia. No przecież.
Mamy w Polsce klincz doskonały – od 20 lat dwa największe obozy polityczne nie są w stanie przeforsować swojej wizji Polski. Ofiarami tej rywalizacji są najważniejsze konstytucyjne ciała, stanowiące o praworządności. Jeśli oponenci nie siądą do Nowego Okrągłego Stołu jak w 1989 roku, w takiej dysfunkcyjnej demokracji będziemy żyli kolejne lat dwadzieścia.
Te dwie wizje to upraszczając – Polska scentralizowana, pod zdecydowaną kontrolą jednej partii, gospodarką licencjonowaną z dużym sektorem państwowym, niechętna obcokrajowcom i współpracy międzynarodowej (na wzór Węgier Orbana) – kontra Polska liberalna, demokratyczna, wolnorynkowa, otwarta, tolerancyjna (na wzór krajów Europy Zachodniej).
Pomysł Nowego Okrągłego Stołu przedstawiłem w krótkim artykule, który opublikowała „Gazeta Wyborcza” 26 czerwca br. w druku (dzień wcześniej w internecie). Po miesiącu (piszę ten tekst 31 lipca) czas na rozwinięcie tego pomysłu i odniesienie się do zrozumiałej jego krytyki.
Do napisania pierwszego artykułu skłonił mnie wynik dwóch ostatnich wyborów prezydenckich, gdzie liczba głosów obu kandydatów w II turze rozłożyła się prawie idealnie po połowie. Obaj kandydaci (Duda – Trzaskowski 2020 r. i Nawrocki – Trzaskowski 2025 r.) reprezentowali dokładnie te dwie skrajności.
Od 2022 roku jestem czynną wolontariuszką i współpracowniczką PCK i hiszpańskiego Cruz Roja w programach pomocowych dla uchodźców jako lektorka Języka Polskiego jako Języka Obcego (JPJO).
Poproszono mnie, abym w roku jubileuszu 300- lecia istnienia mojej „budy” skreśliła parę słów do „NOTABENE”. Chciałam pisać o postaciach bardziej zasłużonych dla szkoły i dla Polski, ale sugestia była jednak taka, że powinnam napisać coś o sobie. Pisać o sobie nie jest mi łatwo, bo pisać o sobie nie umiem. Umiem pisać o Sprawie. Obserwuję tę umiejętność z radością i dumą i innych, o wiele ode mnie zdolniejszych absolwentów Żeroma, którym nie jest wszystko jedno, i którzy potrafią nadać sprawie kształt książkowy bądź sceniczny.
Jak wspomniałam wyżej, ostatnie lata mojego życia zostały zdeterminowane przez wojnę w Ukrainie i przez pracę dla i z uchodźcami wojennymi ale nie tylko. Także z ludźmi uciekającymi przed dyktaturami wojskowymi i politycznymi. Do lutego 2022 roku żyłam sobie w spokojnie na warszawskim Mokotowie – nie przypuszczając w najgorszych snach, że po 2 latach covidowej stagnacji przyjdzie nam się zmierzyć z czymś jeszcze gorszym i równie niespodziewanym – wojną u naszych ukraińskich sąsiadów.
Tak jak większość z nas w tamtym czasie stałam się częścią wielkiego, obywatelskiego, pomocowego zrywu.
Zwłaszcza, że przez pierwsze dwa tygodnie wojny pomoc dla uchodźców w Warszawie organizowaliśmy sami – zwykli mieszkańcy stolicy . To było bardzo budujące doświadczenie, że daliśmy radę bez wsparcia państwa czy wielkich organizacji pomocowych.
Po ponad czterdziestu latach od pierwszych spotkań w murach liceum imienia Stefana Żeromskiego znów zbieramy się – bezpowrotnie nie jako uczniowie; jako świadkowie czasu. W Towarzystwie Entuzjastów Kultury Antycznej łączy nas nie tylko wspomnienie deklinacji i koniugacji, lecz także przekonanie, że w myśli starożytnej Grecji i Rzymu ukryte są odpowiedzi na pytania, które z wiekiem nie gasną, lecz dojrzewają.
Kiedyś redagowaliśmy razem szkolne pismo. NOTABENE – wyrażenie skromne, ale pojemne – dziś brzmi jak znak epoki, której już nie ma. A jednak jesteśmy. NOTABENE przetrwała w nas.
Dziś, z perspektywy czasu, mówimy: mieliśmy szczęście. Owszem, świat bywa trudny. Ale w tym właśnie świecie, w którym rośliny fotosyntetyzują jak zawsze, a biblioteki mieszczą się w kieszeni, spełnia się ideał życia, jaki Cyceron wskazał dwa tysiące lat temu:
Si hortum in bibliotheca habes, nihil deerit.
„Jeśli masz ogród i bibliotekę, niczego ci nie zabraknie.”
Ogród nietrudno dziś znaleźć – można się zanurzyć w rodzinnym, miejskim, botanicznym. Ale biblioteka? Ta przyszła do nas sama. W każdej chwili możemy sięgnąć po dowolne dzieło, język, ideę, obraz czy kod genetyczny. Kiedyś uczyliśmy się, jak powiedzieć po łacinie „czas płynie”. Teraz czas płynie przez nas.
I oto, niepostrzeżenie, narzędzia sztucznej inteligencji pozwalają nam – z pozoru bez wysiłku – zbliżyć się do tego, co dawniej było przywilejem nielicznych: myślenia bez granic, wejścia w nieograniczony ciąg zadawania trudnych pytań, bez tabu, szukania –swojej i uniwersalnej — form mądrości. Ale stream pytań i odpowiedzi nie przekłada się automatycznie na mądrość.
Non scholae, sed vitae discimus.
(Nie dla szkoły, lecz dla życia się uczymy.)
Życie wymaga, byśmy nie pytali jeno, ale i działali.
Trzydzieści lat temu, w krótkiej notce pt. Zjazd rycerzy do tarczy, pisałem o zjeździe absolwentów jako rytuale zbiorowego powrotu pod sztandar wspólnoty. Szkoła była jeszcze realna – bez trudu odtwarzaliśmy topografię szkoły, grymasy twarzy i niuanse zachowań żyjących w komplecie niedawnych naszych wychowawców, oraz mit założycielski grupy kolegów, których dało się przywołać bezbłędnie recytując imiona i nazwiska.
Dziś wiele z tego się rozmyło, a reunion przeszedł transformację – także w doświadczeniu późnych boomersów, ale w sposób szczególny również dla pokolenia X.
Gdy tworzyliśmy NOTABENE w latach 80., byliśmy rodem z analogowego świata PRL-u. Dojrzewaliśmy w eksplozywnych, szalonych latach 90.: wszystko wtedy było możliwe – i wszystko można było stracić.
Jesteśmy niekiedy wspomnieniem siebie jako pasjonatów, dyskutantów, użytkowników pierwszych komputerów i posiadaczy dostępu do fotokopiarki, dostępu na wagę złota.
Dziś, w 2025 roku, nasze biografie to zbiory nieregularne: nikt już nie wierzy w jedną wspólną narrację. Pracowaliśmy w urzędach, korporacjach, inni w NGO-sach, niektórzy przeszli przez emigrację, rozwody, transformacje duchowe lub zawodowe. W tym sensie jako pokolenie jesteśmy emocjonalnie …zdecentralizowani.
Łączy nas przede wszystkim głęboka pamięć o tym, jak wyglądała rzeczywistość przed siecią.
To, co dziś jest stare, kiedyś było nowe. To, co dziś jest nasze, kiedyś nasze nie było. Nie było też cudze, bo w powszechnym mniemaniu było niczyje – a skoro niczyje, to wszyscy mieli to gdzieś.
Jesteśmy pokoleniem naprawdę szczęśliwym, gdyż na naszych oczach dokonały się w Polsce po roku 1989 przemiany, o jakich wielu przed nami mogło tylko pomarzyć. Wydawało się, że poprzez przystąpienie do NATO oraz Unii Europejskiej nareszcie udało nam się wydostać z geopolitycznego koszmaru Europy Środkowo-Wschodniej. Dzisiaj niestety po raz kolejny przychodzi nam stawić czoła „niezamierzonym konsekwencjom” dopiero co odzyskanej wolności.
Niespełna miesiąc temu – 26 lipca 2025 roku – w samo południe – przez główną ulicę Kielc przemaszerował pochód przeciwko „nielegalnej imigracji” oraz powstaniu w naszym mieście Centrum Integracji Cudzoziemców, zorganizowany przez „Kieleckich Patriotów”.
Ich patronem i bohaterem jest m. in. Janusz Waluś – polski emigrant do RPA, zwolennik apartheidu i morderca czarnoskórego Chrisa Haniego w roku 1993. W haniebnym i skandalicznym pochodzie domniemani lokalni patrioci przemaszerowali z Walusiem na czele, wraz z piłkarskimi kibicami Korony Kielce oraz wyborcami faszysty i – pochodzącego ze świętokrzyskich Mirogonowic – antysemity europosła Grzegorza Brauna.
Demonstracja przeszła od kieleckiego dworca PKP do Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego, po drodze mijając miejsce powojennego pogromu żydowskich mieszkańców Kielc (4 lipca 1946 roku). Cokolwiek należałoby dodać do tej krótkiej relacji, nie ma usprawiedliwienia dla antysemityzmu oraz rasizmu, które w sposób uwłaczający nam wszystkim objawiają się coraz dobitniej w polskim życiu publicznym. Nie powinno być w nim miejsca dla Walusiów, Braunów i Bąkiewiczów!
Tak oto budzą się w naszym kraju dawno zapomniane demony przeszłości, tak oto na naszych oczach odradza się faszyzm. Czyżbyśmy byli świadkami kolejnej „ucieczki od wolności”? A może chodzi raczej o – jak mawia nadprezes Kaczyński – „syndrom sztok-sztook-sztoookholmski”? Trudno powiedzieć. Mam jednak nieodparte wrażenie, iż pewna część naszego społeczeństwa nie może po prostu żyć bez babrania się w bagnie historii. I to nie tylko w Kielcach.