Od 2022 roku jestem czynną wolontariuszką i współpracowniczką PCK i hiszpańskiego Cruz Roja w programach pomocowych dla uchodźców jako lektorka Języka Polskiego jako Języka Obcego (JPJO).
Poproszono mnie, abym w roku jubileuszu 300- lecia istnienia mojej „budy” skreśliła parę słów do „NOTABENE”. Chciałam pisać o postaciach bardziej zasłużonych dla szkoły i dla Polski, ale sugestia była jednak taka, że powinnam napisać coś o sobie. Pisać o sobie nie jest mi łatwo, bo pisać o sobie nie umiem. Umiem pisać o Sprawie. Obserwuję tę umiejętność z radością i dumą i innych, o wiele ode mnie zdolniejszych absolwentów Żeroma, którym nie jest wszystko jedno, i którzy potrafią nadać sprawie kształt książkowy bądź sceniczny.
Jak wspomniałam wyżej, ostatnie lata mojego życia zostały zdeterminowane przez wojnę w Ukrainie i przez pracę dla i z uchodźcami wojennymi ale nie tylko. Także z ludźmi uciekającymi przed dyktaturami wojskowymi i politycznymi. Do lutego 2022 roku żyłam sobie w spokojnie na warszawskim Mokotowie – nie przypuszczając w najgorszych snach, że po 2 latach covidowej stagnacji przyjdzie nam się zmierzyć z czymś jeszcze gorszym i równie niespodziewanym – wojną u naszych ukraińskich sąsiadów.
Tak jak większość z nas w tamtym czasie stałam się częścią wielkiego, obywatelskiego, pomocowego zrywu.
Zwłaszcza, że przez pierwsze dwa tygodnie wojny pomoc dla uchodźców w Warszawie organizowaliśmy sami – zwykli mieszkańcy stolicy . To było bardzo budujące doświadczenie, że daliśmy radę bez wsparcia państwa czy wielkich organizacji pomocowych.
Po ponad czterdziestu latach od pierwszych spotkań w murach liceum imienia Stefana Żeromskiego znów zbieramy się – bezpowrotnie nie jako uczniowie; jako świadkowie czasu. W Towarzystwie Entuzjastów Kultury Antycznej łączy nas nie tylko wspomnienie deklinacji i koniugacji, lecz także przekonanie, że w myśli starożytnej Grecji i Rzymu ukryte są odpowiedzi na pytania, które z wiekiem nie gasną, lecz dojrzewają.
Kiedyś redagowaliśmy razem szkolne pismo. NOTABENE – wyrażenie skromne, ale pojemne – dziś brzmi jak znak epoki, której już nie ma. A jednak jesteśmy. NOTABENE przetrwała w nas.
Dziś, z perspektywy czasu, mówimy: mieliśmy szczęście. Owszem, świat bywa trudny. Ale w tym właśnie świecie, w którym rośliny fotosyntetyzują jak zawsze, a biblioteki mieszczą się w kieszeni, spełnia się ideał życia, jaki Cyceron wskazał dwa tysiące lat temu:
Si hortum in bibliotheca habes, nihil deerit.
„Jeśli masz ogród i bibliotekę, niczego ci nie zabraknie.”
Ogród nietrudno dziś znaleźć – można się zanurzyć w rodzinnym, miejskim, botanicznym. Ale biblioteka? Ta przyszła do nas sama. W każdej chwili możemy sięgnąć po dowolne dzieło, język, ideę, obraz czy kod genetyczny. Kiedyś uczyliśmy się, jak powiedzieć po łacinie „czas płynie”. Teraz czas płynie przez nas.
I oto, niepostrzeżenie, narzędzia sztucznej inteligencji pozwalają nam – z pozoru bez wysiłku – zbliżyć się do tego, co dawniej było przywilejem nielicznych: myślenia bez granic, wejścia w nieograniczony ciąg zadawania trudnych pytań, bez tabu, szukania –swojej i uniwersalnej — form mądrości. Ale stream pytań i odpowiedzi nie przekłada się automatycznie na mądrość.
Non scholae, sed vitae discimus.
(Nie dla szkoły, lecz dla życia się uczymy.)
Życie wymaga, byśmy nie pytali jeno, ale i działali.
Trzydzieści lat temu, w krótkiej notce pt. Zjazd rycerzy do tarczy, pisałem o zjeździe absolwentów jako rytuale zbiorowego powrotu pod sztandar wspólnoty. Szkoła była jeszcze realna – bez trudu odtwarzaliśmy topografię szkoły, grymasy twarzy i niuanse zachowań żyjących w komplecie niedawnych naszych wychowawców, oraz mit założycielski grupy kolegów, których dało się przywołać bezbłędnie recytując imiona i nazwiska.
Dziś wiele z tego się rozmyło, a reunion przeszedł transformację – także w doświadczeniu późnych boomersów, ale w sposób szczególny również dla pokolenia X.
Gdy tworzyliśmy NOTABENE w latach 80., byliśmy rodem z analogowego świata PRL-u. Dojrzewaliśmy w eksplozywnych, szalonych latach 90.: wszystko wtedy było możliwe – i wszystko można było stracić.
Jesteśmy niekiedy wspomnieniem siebie jako pasjonatów, dyskutantów, użytkowników pierwszych komputerów i posiadaczy dostępu do fotokopiarki, dostępu na wagę złota.
Dziś, w 2025 roku, nasze biografie to zbiory nieregularne: nikt już nie wierzy w jedną wspólną narrację. Pracowaliśmy w urzędach, korporacjach, inni w NGO-sach, niektórzy przeszli przez emigrację, rozwody, transformacje duchowe lub zawodowe. W tym sensie jako pokolenie jesteśmy emocjonalnie …zdecentralizowani.
Łączy nas przede wszystkim głęboka pamięć o tym, jak wyglądała rzeczywistość przed siecią.
To, co dziś jest stare, kiedyś było nowe. To, co dziś jest nasze, kiedyś nasze nie było. Nie było też cudze, bo w powszechnym mniemaniu było niczyje – a skoro niczyje, to wszyscy mieli to gdzieś.
Jesteśmy pokoleniem naprawdę szczęśliwym, gdyż na naszych oczach dokonały się w Polsce po roku 1989 przemiany, o jakich wielu przed nami mogło tylko pomarzyć. Wydawało się, że poprzez przystąpienie do NATO oraz Unii Europejskiej nareszcie udało nam się wydostać z geopolitycznego koszmaru Europy Środkowo-Wschodniej. Dzisiaj niestety po raz kolejny przychodzi nam stawić czoła „niezamierzonym konsekwencjom” dopiero co odzyskanej wolności.
Niespełna miesiąc temu – 26 lipca 2025 roku – w samo południe – przez główną ulicę Kielc przemaszerował pochód przeciwko „nielegalnej imigracji” oraz powstaniu w naszym mieście Centrum Integracji Cudzoziemców, zorganizowany przez „Kieleckich Patriotów”.
Ich patronem i bohaterem jest m. in. Janusz Waluś – polski emigrant do RPA, zwolennik apartheidu i morderca czarnoskórego Chrisa Haniego w roku 1993. W haniebnym i skandalicznym pochodzie domniemani lokalni patrioci przemaszerowali z Walusiem na czele, wraz z piłkarskimi kibicami Korony Kielce oraz wyborcami faszysty i – pochodzącego ze świętokrzyskich Mirogonowic – antysemity europosła Grzegorza Brauna.
Demonstracja przeszła od kieleckiego dworca PKP do Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego, po drodze mijając miejsce powojennego pogromu żydowskich mieszkańców Kielc (4 lipca 1946 roku). Cokolwiek należałoby dodać do tej krótkiej relacji, nie ma usprawiedliwienia dla antysemityzmu oraz rasizmu, które w sposób uwłaczający nam wszystkim objawiają się coraz dobitniej w polskim życiu publicznym. Nie powinno być w nim miejsca dla Walusiów, Braunów i Bąkiewiczów!
Tak oto budzą się w naszym kraju dawno zapomniane demony przeszłości, tak oto na naszych oczach odradza się faszyzm. Czyżbyśmy byli świadkami kolejnej „ucieczki od wolności”? A może chodzi raczej o – jak mawia nadprezes Kaczyński – „syndrom sztok-sztook-sztoookholmski”? Trudno powiedzieć. Mam jednak nieodparte wrażenie, iż pewna część naszego społeczeństwa nie może po prostu żyć bez babrania się w bagnie historii. I to nie tylko w Kielcach.
Tym razem będzie na poważniej, albowiem niezbadane są wyroki niebios oraz szlaki, jakimi chadza nasza wyobraźnia. Niezbadane są horyzonty, z jakimi przychodzi się nam mierzyć w nudnej codzienności. Naiwnie wciąż dziwię się i dziwię, i nadziwić nie mogę. To trochę tak, jakbym był ciągle na początku, gdyż koniec raczej wymyka się mej percepcji. Jest mi zdecydowanie bliższa nieskończoność.
Widziałem wiele razy pustynię ogromną i step szeroki a także prerię, których naturalnie nawet okiem sokolim zmierzyć nie dawało rady. Dookoła zaś prawie wszystko było w ruinie. Nicość po prostu, taka trochę “ziemia ulro”. Nie pozostawało zatem nic innego, jak czem prędzej wstawać z kolan i głowę (dumnie choć nieśmiało) unosić ku niebu, coby zaraz potem z zapartym tchem zerkać na horyzont. Metafizycznie ekscentryczny ma się rozumieć, bo gdy z rzadka raczej bywało tuż po deszczu, po którym zaraz wychodziło słońce, tęczy co raz wypatrywałem,. Tak było po to tylko by natychmiast zdać sobie sprawę, iż cóż z tego że wkoło tak kolorowo, skoro i tak nikt nie woła, a i tak trzeba było jechać dalej. Fatamorgana, nudny bezruch i cisza to w sumie to samo.
Codzienny gwar panujący w sercu Europy jest także na swój sposób metafizyczny i ekscentryczny. Owe tysiące eurokratów mozolnie i z pasją starających się porządkować wszechobecny wielowymiarowy chaos. Sprawnie poruszają się wewnątrz iście platońskiego labiryntu, gdzie definicje naszej europejskości jawią się niczym ulotne cienie na jego ścianach. Wszystko układa się potem w dość przekonywującą całość, w coś, co można by zapewne nieco enigmatycznie nazwać pragmatycznym idealizmem ponowoczesnej Europy.
Poznaliśmy się na początku 1990 roku. Jako grupa kandydatów na radnych uczestniczyliśmy w szkoleniach, na których uczyliśmy się „miasta”. Między innymi tworzenia budżetu, gospodarki finansami, zasad urbanistyki gospodarki komunalnej, a przede wszystkim nowej ustawy o samorządzie. Wykłady prowadzili merytorycznie świetni wykładowcy. Dyskutowaliśmy, padały różne pomysły, co powinniśmy zmienić, jak będziemy tworzyć ten nowy dla wszystkich samorząd.
Już wtedy w wielu dyskusjach nie mieliśmy wątpliwości, że to właśnie Krzysztof powinien być przewodniczącym Rady. Startowaliśmy z list Kieleckiego Komitetu Obywatelskiego Solidarność w pierwszych wolnych wyborach samorządowych, które odbyły się 27 maja 1990 roku.
Zwyciężyliśmy. Z naszych list wybranych zostało 40 z 50 radnych. Wśród wybranych radnych – oprócz Krzysztofa i mnie – byli jeszcze inni Żeromszczacy: Arkadiusz Płoski, którego Rada Miasta wybrała na pierwszego prezydenta miasta w nowym samorządzie, Jerzy Jermak, Andrzej Bobiński – w następnej kadencji przewodniczący Rady Miasta, Maciej Szydłowski.
Po pierwszej kadencji Krzysztof zrezygnował z pracy w samorządzie. – Stanąłem przed wyborem: albo zrezygnuję całkowicie z działalności adwokackiej, albo poświęcę się samorządowi. Tego nie dało się połączyć – mówił po latach „Wyborczej”.
To była trudna decyzja, był przecież działaczem Komitetu Obywatelskiego w czasie transformacji ustrojowej. Należał do grona liderów reform wprowadzających do życia społecznego nowe zasady, przede wszystkim dotyczące działania samorządu po 1989 roku.
Z wyboru jednak był adwokatem i kochał swój zawód. Bronił m.in. opozycjonistów w okresie PRL, później pomagał w uzyskaniu zadośćuczynienia osobom represjonowanym. Brał też udział w akcjach bezpłatnych porad prawnych.
Mamy w Polsce klincz doskonały – od 20 lat dwa największe obozy polityczne nie są w stanie przeforsować swojej wizji Polski. Ofiarami tej rywalizacji są najważniejsze konstytucyjne ciała, stanowiące o praworządności. Jeśli oponenci nie siądą do Nowego Okrągłego Stołu jak w 1989 roku, w takiej dysfunkcyjnej demokracji będziemy żyli kolejne lat dwadzieścia.
Te dwie wizje to upraszczając – Polska scentralizowana, pod zdecydowaną kontrolą jednej partii, gospodarką licencjonowaną z dużym sektorem państwowym, niechętna obcokrajowcom i współpracy międzynarodowej (na wzór Węgier Orbana) – kontra Polska liberalna, demokratyczna, wolnorynkowa, otwarta, tolerancyjna (na wzór krajów Europy Zachodniej).
Pomysł Nowego Okrągłego Stołu przedstawiłem w krótkim artykule, który opublikowała „Gazeta Wyborcza” 26 czerwca br. w druku (dzień wcześniej w internecie). Po miesiącu (piszę ten tekst 31 lipca) czas na rozwinięcie tego pomysłu i odniesienie się do zrozumiałej jego krytyki.
Do napisania pierwszego artykułu skłonił mnie wynik dwóch ostatnich wyborów prezydenckich, gdzie liczba głosów obu kandydatów w II turze rozłożyła się prawie idealnie po połowie. Obaj kandydaci (Duda – Trzaskowski 2020 r. i Nawrocki – Trzaskowski 2025 r.) reprezentowali dokładnie te dwie skrajności.
Drobne wypadły praktycznie z obiegu. Leżą gdzieś zapomniane – w szufladach, puszkach, słoikach. Najbardziej chyba przydają się w fontannach. Rzadko używane, potrafią jednak czasem wywołać eksplozję radości u pani na poczcie czy w sobotę u pana na targu. Sięgam po takiego moniaka, wysupłuję go z pamięci i kładę przed Tobą na dowód, że to, czego doświadczyliśmy, jest skończone – ale ciągle istnieje.
3 maja 1988
Stary, kanciasty wagonik „siedemnastki”, wstrząsany dziwnymi drganiami, wziął zakręt ze Straszewskiego w prawo. Gdy tramwaj skręcał w ciasny łuk, ulica rozbrzmiewała przeszywającym piskiem metalu – jakby ktoś przeciągał gwoździem po tafli szkła. Aż ciarki przechodziły nam po plecach.
Tłum studentów zajmował całe Planty pod Collegium Novum, obserwując ten manewr wagonika z rosnącym zdumieniem, gdyż ulica, w którą skręcał, została zablokowana zwartym szpalerem zomowców uzbrojonych w długie pały i duże tarcze – w żargonie „hoplitów”. Rozstąpili się, a tramwaj powoli wjechał na prostą. To była jego stała trasa na Cichy Kącik. Przystanek znajdował się tuż za falangą i nikomu o zdrowych zmysłach nie przyszłoby do głowy, że tam się zatrzyma. A jednak.
Wysiadł jeden pasażer. Zatańczył po zejściu ze schodka pijacki taniec i złapał się latarni. „Siedemnastka” odjechała.
Między tłumem na Plantach a zomowcami trwała zażarta wymiana ciosów – z jednej strony leciał bruk, w drugą gaz. Harcownicy z parku podchodzili coraz bliżej kordonu, a kostki brukowe trafiały w tarcze coraz celniej i mocniej. Ktoś dał rozkaz, gliniarze odwrócili się w tył zwrot i w uporządkowanym szyku zaczęli się wycofywać.
Pijaczek, z opuszczoną głową, wyszedł im naprzeciw. Szedł powoli ku Plantom. Nagle stanął jak wryty, widząc kohortę zmierzającą wprost na siebie. Byli tuż przed nim. Otrzeźwiał w oka mgnieniu i kontynuował marsz prosto w zomowców. Chyba czuł, że chwila zawahania mogłaby go kosztować całą stawkę – musiał być pewny i naturalny w swoim kroku. Musiał wzbudzić wśród hoplitów szacunek, a przez szacunek – akceptację, a przez akceptację – przyzwolenie na przejście na drugą stronę.
To był PRL – „świętego pijaka” się nie tykało. To inna kategoria obywatela – nie agresywny student UJ, nie mściwy robotnik z Huty, nie „klecha” od Dominikanów. To był swój – masowy twór systemu.
Wspomnienie „żeromskich czasów” w moim życiu nie jest zadaniem łatwym z wielu powodów, z których dzielące mnie trzydzieści pięć lat od zakończenia wieloletniej pracy w tym liceum wydaje się najbardziej banalne. Dwadzieścia lat funkcjonowania jako nauczycielka języka polskiego i literatury oznacza, że miałam możliwość poznania około ośmiuset młodych ludzi, a w ciągu ich czteroletniej edukacji, doświadczać razem z nimi wielu niezwykłych przeżyć wynikających nie tylko z analizy dzieł literackich, ale również z postrzegania świata, oceniania rzeczywistości, która nigdy nie jest jednoznaczna i oczywista.
Tym razem jednak przytoczę relację z dwóch wydarzeń, które były związane nie tyle z dość bezwzględnie egzekwowanym od nauczyciela stosowaniem procesu dydaktycznego, ile raczej z poszukiwaniem sposobu, jak ten proces ominąć.
Pierwsza historia wiąże się z analizą II części „Dziadów” Adama Mickiewicza. Nawiązując do genezy dramatu zaproponowałam uczniom, żebyśmy wspólnie po prostu odczytali ten utwór w starej kaplicy, którą wcześniej wybrałam na jednym z cmentarzy zarządzanym przez kancelarię kieleckiego kościoła katedralnego. Nie byłam pewna, do kogo konkretnie powinnam się zwrócić, by odnależć właścicieli, ale uczniowie zapewnili mnie, że sami o to zapytają podczas lekcji religii, na którą uczęszczają właśnie do tego kościoła.
Reperkusje tej lekcji były znamienne: z jednej strony nastapiła reprymenda od dyrektora za „narażanie uczniów na niebezpeczeństwo i czy rodzice wiedzieli” (a oczywiście wiedzieli) i „dlaczego nie zapytałam przełożonych o pozwolenie” (a oczywiście nie zapytałam). Z drugiej strony zaczęli się do mnie zgłaszać uczniowie z równoległych klas z pytaniem, czy oni też by mogli odbyć taką lekcję jak tamta klasa i to pytanie powtarzało się jeszcze przez parę kolejnych roczników, że słyszeli i że też by chcieli…
Drugie wydarzenie, które jeszcze bardziej zapisało się w mojej pamięci to przygotowanie wspólnie z uczniami widowiska w modnej wówczas konwencji „światło i dźwięk” w oparciu o „Puszczę Jodłową”, przepięknego oratorium napisanego przez Stefana Żeromskiego krótko przed śmiercią w hołdzie dla jego „gór domowych”.