Aktualności

AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Bee happy! Życie na pograniczu

Jak to na pograniczu, przy porannej kawie czytam z zapartym tchem po raz kolejny “Nieznośną lekkość bytu” Milana Kundery. I co z tego? Ano picie kawy tylko wtedy ma sens, gdy towarzyszą mu szalone emocje. Tylko wtedy ta banalna z pozoru czynność staje się przeżyciem głęboko egzystencjalnym.

Einmal ist keinmal (raz to tyle, co nic), dlatego tak ważnym staje się staranne kultywowanie codziennych rytuałów. W innym przypadku życie przecieknie nam mimowolnie przez palce, a na końcu tej drogi jest już tylko nuda i bezsens – a do tego dopuścić nie możemy.

Gdy wszystko wokół przemija niczym sen, tak czy inaczej szukamy w pamięci jakichś trwałych punktów odniesienia do przeszłości, pozwalających przetrwać to, co niespodziewanie zsyła nam los.

Nie mają oczywiście większego sensu jakiekolwiek próby użalania się nad sobą. Albowiem tak jak nie można zatrzymać czasu, nie można też uciec ani przed sobą, ani przed przeznaczeniem. Warto zatem ot tak, po prostu dać się ponieść owej nieznośnej fali błogiej tymczasowości. Jak to na pograniczu.

To oczywiste, że nie można zmienić przeszłości, a teraźniejszość na pograniczu okazuje się w gruncie rzeczy wieloznacznym i nieznośnym półsnem. Jedyne zatem, co trzyma nas przy życiu tu i tam, i wszędzie, to dająca nadzieję przyszłość.

W miarę upływu lat zmagania z codziennością kończą się u mnie zawsze konstatacją, iż w gruncie rzeczy „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”, gdyż tylko na nie czekamy i tylko to, co przed nami można zmienić na lepsze. Szczęśliwego Nowego Roku 2026!

Read More
AktualnościHistoriaNOTABENE 1985-2025

Czy Herling-Grudziński był punkowcem?

W tym samym czasie w „Żeromskim” wydawaliśmy gazetę „Notabene”. Naszą mentorką była profesor łaciny Małgorzata Kruszelnicka. Dawała nam wolną rękę, co przynosiło różne efekty, czasem mocno grafomańskie. Twórcą i pierwszym redaktorem „Notabene” był Konrad Cedro; w 1986 roku od Konrada przejęliśmy z Andrzejem Przychodnim redagowanie gazetki. Pisali do niej głównie uczniowie klasy „A” – o profilu klasycznym, ale do współpracy zapraszaliśmy uczniów innych szkół kieleckich, a nawet studentów (dość wspomnieć o Tomku Mercie, który studiował wtedy polonistykę na UW).

 „Notabene” drukowaliśmy w cementowni „Nowiny”. Jeździliśmy do tej zapomnianej już fabryki białego pyłu, pokrywającego z milimetrową dokładnością okoliczny las, z Agnieszką Olszowy. Numer trafiał do typa, który przeglądał gazetkę i stemplował imprimatur. Cenzorowi wręczaliśmy butelkę żytniej wódki. Gazetka szła do druku w 300 egzemplarzach, co dziś wydaje się przyzwoitym nakładem. Nie mieliśmy pojęcia, że komunizm dogorywa, gnije od środka, a cenzorowi z Nowin jest całkowicie obojętne, co chcą wydrukować jacyś gówniarze z liceum. Jednak „Notabene” ze stemplem cementowego tajniaka nie budziła wątpliwości partyjnej wierchuszki „Żeroma”. W gazetce przechodziły nie tylko mgliste aluzje do dyktatury ciemniaków, ale też teksty zakazanego barda – Jacka Kaczmarskiego.

Kiedy zatem dowiedzieliśmy się, że Gustaw Herling-Grudziński jest naszym „starszym kolegą szkolnym”, narodził się pomysł, żeby opublikować chociaż kilka jego tekstów w „Notabene”. Mam wrażenie, że w Kielcach o GHG mało kto wówczas słyszał, podobnie jak o punk-rocku. Dla mnie Herling, którego znałem z wydawnictw drugoobiegowych, był symbolem kontestacji komunizmu, choć na innym poziomie niż piosenki Dezertera czy Siekiery. Należał do głównych wrogów Sowietów, reżimu i cenzury. Zatem z jednej strony „Inny Świat” Herlinga, z drugiej – „Babilon upadł” Brygady Kryzys.

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Czas bałwanów, czyli odwilż?

Kiedy rozum śpi, budzą się demony. Gdy przychodzi zima, budzą się bałwany. Typowy bałwan jest uśmiechnięty, ma czarne oczy z węgielków, pomarańczowy nos z marchewki, czapkę lub kapelusz, a w ręku trzyma kij lub miotłę. Bawi i straszy jednocześnie, ale nie u nas. Ten nasz bardziej straszy niż bawi, w każdej chwili gotów, by absurdalnie pogrążyć się w nicości…

XVIII-wieczny hiszpański artysta Francisco Goya, twórca “kapryśnych” satyrycznych miedziorytów z pewnością nie spodziewał się, iż jego oświeceniowa frywolność nabierze z czasem wymiaru quasi-uniwersalnego. Goya ze strachu przed Inkwizycją zniszczył znaczną część swoich prac. Podobno obawiał się demonów, które trwale tkwią w każdym z nas. Bałwany zaś są tylko sezonowe, tak jak pingwiny i bociany.

Strach ma podobno wielkie oczy, a ja spoglądam niepewnie na stojąca w kącie wielką i ciężką walizkę w kolorze pomarańczowym, której nie mam odwagi otworzyć już od prawie 20 lat. Spakowałem ją przed laty w Arabii Saudyjskiej i omijam od tej pory szerokim łukiem niczym lampę Aladyna. Po prostu boję się, oj boję, tego dżinna, który mógłby zeń wyskoczyć. Był kiedyś taki radziecki film Magiczna lampa Aladyna, nakręcony w roku mojego urodzenia… Lepiej więc włożyć czapkę niewidkę i iść dalej, niźli mierzyć się z przeszłością ukrytą w magicznej walizce. Bałwany, pingwiny i bociany też mają swoje tajemnice. I niech tak zostanie.

Wiara w dżinny jest ciągle żywa w ludowej tradycji muzułmańskiej. Mieszkają one na pustyni. Są dobre i złe. Posiadają nadnaturalną moc, są niewidzialne i mogą przybierać dowolne postacie. Dobre służą Allahowi, złe zaś szkodzą. Do złych dżinnów zalicza się Szatana. Zgodnie z ludowymi przekazami, człowiek może podporządkować sobie dżinna przy pomocy tajemnych zaklęć i na przykład uwięzić go w butelce (albo w walizce?)…

Read More
AktualnościFelietonyWIĘCEJ ŚWIAT(Ł)A

Węgiersko-tureckie sny o potędze?

Strach pomyśleć, co by było, gdyby Jan III Sobieski wraz z husarią w 1683 roku pałał równie wielką „obcością kulturową” do Wiednia, co prezes Kaczyński et consortes w roku 1989. Zapewne w konsekwencji siedzielibyśmy dzisiaj wszyscy elegancko (nad Dunajem) „po turecku” i to nie na jakichś-tam patriotycznie ograniczonych ławkach, lecz – w najlepszym razie – na latających dywanach. Najprawdopodobniej, mielibyśmy też już teraz nad Wisłą jakąś formę zdecydowanie nieliberalnej republiki teokratycznej. A chyba nie o to chodziło, co?

Problematyczną zaletą takiego stanu rzeczy byłoby ewentualne „pojmanie” czterech niewiast za żony – wedle ludowej mądrości osmańskiej: po jednej na każdy kąt pokoju; zakładając oczywiście, że ów pokój nie byłby okrągły… Czyli co? Frywolny harem, tęczowa balanga od zmierzchu aż po świt i seks dla przyjemności? Naprawdę? A co wobec tego z cnotami niewieścimi ministra Czarnka?

Potencjalne dylematy można by mnożyć, bo my przecie zazwyczaj tacy cisi, głusi i niemi – totalne głupki z nas i w ogóle. Od lat tolerujemy obelgi, którym właściwie nie ma końca: kanalie, mordy zdradzieckie (naj)gorszego sortu itd. Piszę to wszystko rzecz jasna „poza trybem”. Piszę, więc jestem i w coraz większe osłupienie wprawiają mnie te tureckie kazania naszej nadwiślańskiej trupy objazdowej z wymownym gestem posłanki Lichockiej w tle, a jakże. À propos, za „gest Lichockiej” pokazany w przestrzeni publicznej idzie się na przykład w takim Dubaju „z automatu” na 30 dni do paki…

Przypominamy, że skoro Europa jest dla prezesa et consortes „obca kulturowo”, po drugiej stronie Bosforu z otwartymi ramionami czeka nań i jego świtę, emanująca dobrobytem i wolnością, wymarzona nieliberalna demokracja turecka. Latające dywany falują w trybie standby’u, domniemany zaś wszechwładny prezes i spółka poczuliby się gdzieś nareszcie swojsko i u siebie. Jest tylko jeden Broblem – jak tu szybko posiąść znajomość najpierw węgierskiego, a potem tureckiego? Czary-mary, czary-mary. Podobno jednak do niektórych rzeczy język jest zupełnie niepotrzebny. Jedno jest pewne: Atatürk w grobie się przewraca, ale – na szczęście w całym tym geopolitycznym cyrku – Turcja jest członkiem NATO.

Read More