Kielecki kosmos. Refleksje pofestiwalowe
Kieleckość podobnie jak świętokrzyskość to jednak jest inny świat, który wymyka się precyzyjnym opisom i definicjom. To rzeczywiście jest takie miejsce z pogranicza, gdzie wszystko się miesza, łącznie ze zdrowym rozsądkiem. Kielce to jest jaskinia, z której dawno wygnano Sokratesa i gdzie nawet Platon miałby problemy, o Arystotelesie nie wspominając.
W Kielcach ważne są pierogi, które najlepiej spożywać na dworcu autobusowym przypominającym latający kosmiczny spodek UFO. Wylądowało ono u nas w latach 70-tych ubiegłego wieku, niedawno je odrestaurowano i lada moment zarządzać nim będzie sztuczna inteligencja. Pierogi świętokrzyskie wysłaliśmy w kosmos, aby nasz dzielny Sławosz, którego rodzina też z Kielc się wywodzi nie umarł z głodu. Są to zresztą jedyne – jak dotąd – pierogi, które ponoć zachowują swój unikatowy wdzięk i smak nawet w stanie nieważkości, czy można by powiedzieć, że już bardziej kreatywnego i inspirującego miejsca na naszej planecie w tej chwili nie ma. Ewentualnie ze świecą by go szukać.
W Kielcach ze świecą by szukać prawdziwego dziennikarstwa, bo jak się jakiś lokalny redaktor obrazi (albo, nie daj boże, nie po drodze mu będzie z opcją polityczną potencjalnych i domniemanych bohaterów jego opowieści), to gleba – nie napisze o nich nigdy więcej i ch… Zresztą najstarsza gazeta w mieście “Echo dnia” od lat niucha koniunkturę i pod nią układa dzień po dniu to, co ważne, a resztę przemilcza. Ponoć redaktor dyżurny wychodzi co rano na balkon, oblizuje wskazujący palec, unosi go dziarsko i sprawdza, z której strony akurat wieje wiatr i komu bije dzwon. Taki świat, bo lepiej a priori antycypować to, co nam nawet nie przyszłoby do głowy. Faktycznie, to jest jakaś forma kreatywności, godnej pozazdroszczenia. No przecież.
