Z Kielc do Brukseli. Na niby?
Nie ja jeden od dawna zastanawiam się, czym jest Europa, gdzie ona jest i na czym właściwie polega europejskość. Europa ponowoczesna jawi się w naszej pogmatwanej polskiej codzienności jako twór równie fascynujący co i coraz cześciej dla wielu niezrozumiały.
Po 22 latach od formalnego wstąpienia Polski do Unii Europejskiej z trudem przebija się w tzw. przekazach dnia koncept afirmacji cudu, jaki w istocie przytrafił się naszemu pokoleniu, cudu zniknięcia granic, cudu otwarcia na świat, o czym w połowie lat 80-tych dopiero co minionego stulecia mogliśmy byli tylko pomarzyć.
Pomimo upływu lat, przypuszczam że idea Europy jest dla nas ciągle nie-rzeczywista i jakby trochę ulotna. Ciągle nie dowierzamy, że ta “Europa” nam się dzieje naprawdę, nie na niby…
Z nieustającym zdumieniem przejeżdżałem nie tak dawno po raz kolejny granicę polską-niemiecką (której nie ma?). Nikt mnie nie zatrzymywał. Nie padło ani jedno “halt” itd. Po drodze zaś nadal przyjaźnie uśmiechały się ogrodowe krasnale a i “smoków słowiańskich” już się po germańskiej stronie przestali bać.
Coś musi być na rzeczy. Coś musi być nie tak. A dalej to już tylko te irytujące pola ogromne i starannie zaorane, na horyzoncie wreszcie szczęśliwych krów kilka, no i jeszcze te wiatraki o mdłości przyprawiające, bo się tak kręcą i kręcą, i kręcą. Bez końca.
I znów żadnych granic. Don Kichot by się nam jaki przydał, aby sprawdzić, o co właściwie chodzi z tą “Europą”, ale La Mancha i byki ciągle, ciagle daleko. Ale granic nie ma.
