Hetta, wiśtaa, wiooo…
Współczesny nasz świat naprawdę trudno do końca zrozumieć, gdyż wydarzenia lokalne nieustannie przenikają się z globalnymi. Jak na ponowoczesność przystało, miesza się też przeszłość z teraźniejszością i trudno za tym wszystkim nadążyć.
Ten wielowymiarowy chaos układa się jednak w pewną bolesną całość – w historię, która po prostu lubi się powtarzać.
U nas dzieje się to obecnie w rytmie hetta-wiśtaa-wiooo albo – jak kto woli – patataj-patataj. No bo wiadomo, że jaki kraj, takie i jego patataj.
Około 50 lat temu bladym świtem pędziliśmy z dziadkiem zaprzęgniętą w konia furą z Woli Kopcowej w stronę Domaszowic. Pamiętam ten dzień jak dziś, bo trzymałem wtedy po raz pierwszy w życiu lejce i bat. Podczas jazdy niezdarnie wymachiwałem tymże batem, dziadek zaś co chwila wykrzykiwał komendy “hetta-wiśtaa-wiooo”, które nasz koń posłusznie i bezkrytycznie wykonywał.
Miał oczywiscie klapki na oczach. Patataj-patataj. Hetta, wiśtaa, wiooo… A może ktoś zaordynuje jednak prrrr?
