Poranna medytacja w deszczu
Gdy pada deszcz, najlepiej napić się wina i – oczywiście – oddać się medytacji. Przeminęły wszak w końcu nieznośne upały i nawet w Opolu już dawno po festiwalu. Wraz z nadejściem kalendarzowego lata miało być normalniej. Właściwie to cudnie byłoby tak od razu wskoczyć na rower i udać się gdzieś w siną dal. Wraz z nadejściem lata miało być natychmiast tyle słońca w całym mieście. Popatrz, no po prostu popatrz, ile szczęścia niosą z sobą zakochani. Taaak, najlepsze są medytacje przy winie w objęciach zakochanej kobiety. Chyba, że jest się listonoszem.
Niestety u nas na wsi też ciągle leje jak z cebra, przez co utknął na dobre wśród tych łąk zielonych nasz czuły listonosz (niczym ów narrator ze słynnego eseju noblistki). Przy małej kapliczce pod wiatą przycupnął, zadumany w medytacji nad naszym losem, onieśmielony nieco pobożnym patosem. Wiejska droga rozmokła zupełnie i wkoło błota tyle, że nie sposób złapać jakąkolwiek równowagę i jechać dalej. A to przecież i tu, i tam ludzie listy piszą oraz na listy czekają.
Chwilowo krajobraz zrobił się szwedzki. Wozy kolorowe pędzą, nie zważając na wszechobecne kałuże. A tu wypadałoby może na chwilę zdjąć nogę z gazu i przyklęknąć. Ale gdzie tam… Zwłaszcza, że torba listonosza jest dziś równie ciężka jak i głowa jego – od myśli nieznośnych. Nasz listonosz musi jeszcze zręcznie trzymać parasol, żeby przynajmniej one nie przemokły. Cóż innego ma począć, skoro świat dokoła taki przemoczony i zamroczony.
