Świat, który postanowił zwariować
czyli
prawdziwa głupota, sztuczna inteligencja i upadek autorytetów
Badania współczynnika inteligencji IQ całych populacji, przeprowadzane na dużych grupach, od kilku już dziesięcioleci wykazują wyraźny trend spadkowy (tego typu badania prowadziły kraje europejskie: m.in. Wielka Brytania, Dania, Norwegia, podobne dane publikują kraje azjatyckie). Te wyniki dość dobrze pokrywają się z tym co daje się zaobserwować zarówno w treściach publikowanych w social mediach, jaki i w dominujących trendach w polityce światowej i kulturze. To wyraźne zjawisko o charakterze globalnym, które przybiera na sile. Swoisty fenomen współczesności.
Głupota! Wszechobecna, przytłaczająca głupota! Wszystko wskazuje na to, że żyjemy w czasach olbrzymiego renesansu głupoty. Głupota bezwstydnie panoszy się wokół, puszy się i wynosi sama siebie na ołtarze. Głupota niepodważalnie króluje, dominuje i sprawuje rząd dusz. Głupota odrodzona, odrestaurowana, sprytna i bezczelna doczekała się swego panowania w każdej sferze życia, a szczególnie zaś w życiu publicznym, tym toczącym się w przestrzeni wirtualnej. Czasy kiedy bycie głupim było największym powodem do wstydu i przyczyną ostracyzmu społecznego, gdy bycie głupim i obnażenie się z głupoty, oznaczało wykluczenie i marginalizację, nie tylko dawno odeszły do lamusa, ale zostały zastąpione erą z prawidłem przeciwnym. Oto współcześnie to mądry musi chronić się i ukrywać bo głupia, rozrechotana, butna, intelektualnie prymitywna tłuszcza wnet zakrzyczy, stłamsi i zadepcze go, przedtem wyśmieje, wyzwie, napiętnuje, odżegna od czci i wiary i symbolicznie wykluczy ze mainstreamowej wspólnoty. Wreszcie owo nieznośne dla głupoty, elitarystyczne ewolucyjne prawo, mówiące że żeby przetrwać trzeba być mądrym zastąpił bolszewicki zakon: „W kupie siła”. Ten jest praw (czytaj: ten ma rację), kto ma za sobą większy tłum.
Głupota czekała na całe wieki by się rozpanoszyć i wreszcie dać łupnia tej wyrafinowanej arystokratce mądrości, owej wyniosłej, jakże zarozumiałej w swym przekonaniu o własnej wyjątkowości nieznośnej tyranii, która przez tysiąclecia rościła sobie prawo do dyktowania praw i kierunku człowieczego marszu. Oczywiście jak powszechnie wiadomo głupota jest wieczna, była jest i będzie, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości, takie jest po prostu prawo natury, tak mówi statystyka. Tyle tylko, że głupota dawna, przedinternetowa była głupotą prywatną, całkowicie można rzec osobistą, wręcz intymną. Jeśli się człowiek należycie pilnował (a było to w jego żywotnym interesie) nie przynosiła większych szkód na skalę masową. Głupota współczesna, ta właśnie której poświęcony jest ten tekst, to głupota jawna, publiczna, głupota rozchełstana i bezwstydna, usilnie dążąca do całkowitego obnażenia, mająca potrzebę ciągłej manifestacji. Czekała długo trzymana przez całe stulecia w ukryciu, w ciemnym lochu wstydu i braku społecznego przyzwolenia. Przyczajona w swoistej anabiozie cierpliwie trwała! I w końcu dostała od swej lepszej siostry mądrości doskonałe narzędzie. Oto jest! Habemus Internet! I od tego momentu nastąpił jakościowy przełom.
Odtąd obraz świata rysują nam tępe intelektualnie indywidua, o iście troglodycich(a może „troglotycich”) horyzontach myślowych. Osobniki będące w zdecydowanej większości, znacznie bardziej rzucające się w oczy i głośniejsze od tej niewątpliwie cichszej, zdecydowanie mniej licznej (krzywa Gausa) i obarczonej niezliczonymi etycznymi, kulturowymi i obyczajowymi ograniczeniami reszty. Osobniki głupie, z natury obdarzone są bowiem mniejszymi, albo wręcz żadnymi hamulcami obyczajowymi, za to są najczęściej niezwykle toporne w obejściu, skuteczne do bólu w przeforsowywaniu swoich racji i oczywiście całkowicie odporne na jakąkolwiek krytykę. Są też konsekwentne w bezkompromisowym dążeniu do zdominowania przeciwnika (w końcu ewolucja nie toleruje słabości), którym jest każdy kto ośmiela się myśleć samodzielnie, nieco inaczej, albo po prostu ciut głębiej. Warcząc i strasząc, suto obdarowując niewybrednymi epitetami w mediach społecznościowych, które są podstawową współczesną areną komunikacji,, zapędzają intelektualistów do ich egzystencjalnego kąta, spychając ich swym spektakularnie wytatuowanym ramieniem do ciasnej kulturowej niszy. Tak pozyskana władza, w sensie symbolicznym ale i konkretnym daje im niekwestionowane profity i rzeczywistą dominację w przestrzeni społecznej.
To w dalszej perspektywie pompuje wszelkie radykalne nurty, jak i oczywiście stymuluje populizm, na skutek czego w polityce do władzy dochodzą coraz bardziej ekstremistyczni radykałowie, politycy stricte konfrontacyjni, a uśpione dotąd demony podnoszą głowę. Współcześnie coraz częściej wybuchają nowe/stare wojny (dotychczas będące w stanie hibernacji) i rodzi się nieprzyjemne wrażenie graniczące z pewnością, że świat zdaje się stawać na krawędzi jakiejś nieodwracalności. To nasilające się panoszenie się głupoty w życiu społecznym sprawia, że świat wichruje się i dialektycznie upraszcza, degradując się poprzez narzucony mu przez głupotę redukcjonizm poznawczy. Wszystko musi być proste (a już szczególnie argumentacja), albo zostaje z dyskursu wykluczone. W tej rozgrywce liczy się jedynie doraźny zysk, szybki sukces z perspektywą zaledwie na dziś i pół jutra. Niewątpliwym paradoksem tej sytuacji jest także to, że to właśnie przyniesiona przez intelektualne giganty rewolucja technologiczna, zamiast pchnąć naprzód taczki postępu również w sferze światopoglądowej, w praktyce oddała głos głupocie, pokazała światu jej mnogość i siłę.
Efektem tego jest postępująca degradacja kultury w stronę tej populistycznej, sprzyjającej najniższym instynktom, kultury w jej formie najbardziej sprzedajnej, łatwej, wychodzącej naprzeciw potrzebie dostarczenia jedynie prostej rozrywki i pretekstu do odreagowania trudów dnia codziennego. Wszystko co ciut trudniejsze, ciut mądrzejsze, odrobinę głębsze, a więc bardziej elitarne, bo wymagające odrobinę wysiłku, stało się wstrętne, odpychające, nieopłacalne, nie przynoszące zysków, a więc po prostu niepożądane. Powiecie: no i co, co z tego? Widocznie tak właśnie mielą młyny ewolucji, ona wie wszak najlepiej, co nam się opłaci jako gatunkowi. Otóż nieprawda! To jedynie ślepy biologiczny zegarmistrz (to cytat z klasyka doskonale obrazujący niedeterministyczny charakter mechanizmu ewolucyjnego). W ujęciu czysto biologicznym można dyskutować nad prawdziwością tej tezy, natomiast myśląc o egzystencji ludzkiej jako procesie nieustannego definiowania człowieczeństwa, ten zalew głupoty w życiu publicznym jest ewidentnie społecznie destrukcyjny.
Wkrótce (a może nawet ciut prędzej) straszliwie zemści się na nas wszystkich owo lenistwo z jakim podchodzimy do tego zjawiska i z całą pewnością, prędzej niż później, wszyscy poniesiemy owego spłycenia kultury, sprymitywizowania wartości, zmarginalizowania siły intelektu na rzecz przeforsowanego płytkiego obrazu świata i systemu wartości, dotkliwe skutki. Głupota zawsze jest najdroższa i zawsze płaci się za nią najwyższą cenę. Cenę tę zapłacą przyszłe pokolenia. Jej królowanie będzie bolesne dla wszystkich, nie tylko tych mądrych (tej elity, która z konieczności zmuszona jest udać się na emigrację wewnętrzną), dla mniej mądrych także. Tyle, że ci zorientują się ciut później. Za to wszyscy, jak jeden mąż, odczujemy ją bardzo boleśnie. Bo głupota, zawsze w konsekwencji oznacza bałagan, chaos i rozpad. Jeśli (za co trzymajmy wspólnie kciuki) nie dla całego gatunku, np. w postaci kataklizmu w rodzaju wojny nuklearnej, to z pewnością w sensie utraty jakości człowieczeństwa.
Głupota jako niezdolność rozumienia prawideł świata i wiążącym się z nią nieustannym usiłowaniem ich pogwałcania, jest po prostu cechą samookaleczającą. To próba narzucania swej „prawdy” wbrew faktom, logice, autorytetom, słowem, wbrew wszystkiemu, ze zdrowym rozsądkiem na czele. „Prawdy” która najczęściej przybiera formę ideologii/religii, do której wyznawania wystarczy ślepa wiara i silna determinacja. Jedyną instancją, która w przestrzeni publicznej jest w stanie przeciwstawić się zalewowi głupoty jest autorytet.
Zadajmy sobie zatem pytanie, kim jest prawdziwy autorytet. Czy autorytet to ten, na którym można się wzorować. Ten który mówi nam jak jest, opisuje rzeczywistość w sposób wiarygodny, taki w jaki sami nie potrafimy jej odwzorować, bo wiedza, przenikliwość i inteligencja (mądrość) jaką dysponuje autorytet, czynią go bardziej kompetentnym, my zaś przyjmujemy apriorycznie tę asymetrię i przewagę jaką dysponuje autorytet, nie jako własną kompromitację, ale jako swoiste błogosławieństwo. Czy autorytet to może ten, kto wyznacza standardy, kto definiuje pewną klasę, nie tylko jeśli chodzi o walory intelektualne i posiadaną wiedzę, ale również styl, formę, sposób bycia, ogólnie pojętą mądrość życiową i kulturę osobistą.
Jeśli tak, to kto współcześnie aspiruje do miana autorytetu? Gdzie mamy ich szukać? Co się właściwie z nimi stało, czy odeszły do lamusa, milczą, zniknęły w społecznym niebycie? W pewnym sensie, zapewne wszytko po trochu. Na pewno, jeśli istnieją, to zamilkły jeśli chodzi o tzw. mainstreamową debatę publiczną, która zmieniła charakter, zbrutalizowała sie i stała o wiele bardziej spolaryzowana i upolityczniona niż dawniej. Mało kto współcześnie ośmiela się przemawiać ex cathedra o sprawach publicznych, społecznych, czy narodowych na poziomie ogólności, który odpowiada powadze tematów w niej poruszanych. W social mediach i telewizjach zdecydowanie dominuje przekaz newsowy, tzw. polityczna bieżączka skoncentrowana na konkrecie, grepsie, cytacie, skandalu. To co dramatycznie różni współczesną debatę publiczną od tej z przeszłości, to zdecydowanie rozłożenie akcentów. Najgorętsze tematy to te, które generują najsilniejsze emocje, zapewniają klikalność, są prowokacyjne, bo przekraczają granice (kultury, dobrego smaku, norm społecznych). Chodzi o generowanie silnych emocjonalnych reakcji widza, czy użytkownika sieci. O to, co się niesie, co się klika.
Kto zatem zajmuje miejsce prawdziwego autorytetu w na początku drugiego ćwierćwiecza 21-go wieku. Właściwe pytanie brzmi nie kto, ale co? Kogo bowiem pytamy o zdanie kiedy chcemy się czegoś dowiedzieć, komu najłatwiej przychodzi nam zaufać? Kto jest współcześnie taką wyrocznią. Łatwo dostępną, prawie nieomylną, wszechwiedzącą. Tak, dobrze zgadujecie. To oczywiście sztuczna inteligencja, chat GPT, to Gemini inne tego typu narzędzia. Oto nowy autorytet, gromadzący teoretyczną wiedzę całego świata. Problem polega na tym, że ta wiedza, to jedynie wiedza statystyczna (ściśle to informacja statystycznie najpowszechniejsza). Nie mająca pretensji do bycia rzeczywistą prawdą. Czy na pewno o tego typu autorytetach marzyliśmy tworząc AI? Czy ludzi nie stać już na posiadanie czysto ludzkich autorytetów? To pytanie otwarte.
Być może następuje jakaś nieunikniona zmiana ewolucyjna, dziejowa, a może to jedynie przejaw kryzysu zaufania, w dobie szumu informacyjnego i ogłupienia społeczeństw. Może jest też tak, że przeciętni ludzie nie posiadają już wystarczającego intelektualnego aparatu pojęciowego i analitycznego pozwalającego im docenić prawdziwe autorytety, które niejako naturalnie zeszły do podziemia i są na swoistej wewnętrznej emigracji, nie chcąc konkurować z zalewem głupoty i fejków, jaki niesie ze sobą dyskurs społeczny w mediach, a szczególnie w social mediach. Trudno powiedzieć, czy któreś z tych potencjalnych wyjaśnień ma prymat, czy może właściwą odpowiedź stanowi konglomerat powyższych zjawisk.
Tak, czy siak, upadek autorytetów jest jednak niepodważalnym faktem. Żyjemy w czasach ewidentnego ich upadku. Ewidentnie funkcjonujemy w bańkach informacyjnych, w których kreujemy sobie idoli, autorytety na potrzeby chwili, swoiste autorytety wewnętrzne, których trwałość wynosi jeden sezon, rok, do najbliższych wyborów, najczęściej zaś o wiele krócej, tyle ile niesie się w sieci jeden tweet, post, albo mem. Nic stałego pod słońcem, wszystko płynie, wszystko stało się względne, całkowicie nieodporne na krytykę i nietrwałe. Nie ma spiżowych postaci, ikon, idoli bez skazy, niekwestionowanych guru, którzy jednoczyliby wszystkich siłą i powagą swojego autorytetu. Kogo mamy na ich miejsce? Mamy profesorów nazywających flagę UE szmatą, mówiących o odnawialnych źródłach energii per „OZE sroze”, mamy polskiego prezydenta, który ma ochotę dać w mordę panu dziennikarzowi. Mamy prezydenta największego mocarstwa świata marzącego o pokojowym Noblu jednocześnie wszczynającego kolejne wojny, chwalącego się że prawo międzynarodowe go nie interesuje, nie musi się z nim liczyć, który zamierza zaanektować Grenlandię a może i Kanadę, mamy pierwszego prezydenta USA, który rozważa opuszczenie NATO, który wozi się swoją limuzyną ze ściganym przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze Władimirem Putinem (którego zdjęcie wiesza w Gabinecie Owalnym).
Do niedawna mieliśmy w Stolicy Piotrowej papieża niezdolnego potępić jednoznacznie Rosję i nazwać ją agresorem. Tych przykładów jest znacznie więcej. Wszystkie one podważają zaufanie do świata i systemu wartości, który w nim obowiązuje. Czy w ogóle istnieje jakiś uniwersalny system wartości, który jesteśmy w stanie przyjąć jako obowiązujący w skali globalnej? Nic na to nie wskazuje. Świat staje się coraz bardziej cyniczny. A my stajemy się coraz bardziej obojętni, zrezygnowani, robi nam się, w pewnym sensie, wszystko jedno, bo dawne granice się zacierają. Dobro, zło, prawda, fałsz, wszystko staje się względne, subiektywne i przez to mało istotne. To co się rzeczywiście liczy, to skuteczność. Skuteczność w osiąganiu swoich celów i towarzyszące jej: bezwzględność, brak skrupułów, czysta siła, patologiczna determinacja. Oto nowe wartości, które definiują świat. Na tych drożdżach wyrastają nowi idole współczesności. Bezwzględni, pozbawieni skrupułów, idący po trupach do celu, agresywni, aroganccy, grożący użyciem siły, lub po prostu jej używający, jednoznacznie brutalni. Zarówno w warstwie językowej, deklaratywnej, jak i w tym co rzeczywiście czynią. To ewidentnie prymitywizuje współczesny świat, cofa go w rozwoju. Te prawidła są dokładnie tym co nazywamy „prawem dżungli”.
Czemu zatem jako gatunek znów wchodzimy na drzewo i fundujemy sobie dżunglę międzyludzką? Co z naszym instynktem samozachowawczym, dlaczego pozwalamy takim wartościom i takim indywiduom na powrót dominować? Dlaczego oddajemy im stery rządów? Czy to wynik naszego lenistwa i wynikającej z niego bierności, czy po prostu narastającej głupoty całych społeczeństw. Może jest to przejaw jakiejś dekadencji pokoleniowej, zwiastującej, tak jak w przeszłości już przecież bywało, nadejście kolejnej wielkiej światowej wojny. Czy zatem zdążymy się ocknąć i wyhamować? Jest tyle sygnałów ostrzegawczych zewsząd, że zlekceważenie ich byłoby dowodem naszej rzeczywistej głupoty. Zatem, może po prostu zatrzymajmy się na moment, weźmy głęboki oddech i policzmy do dziesięciu, by przypomnieć sobie o tym co najważniejsze.. Kto wie czy to nie jest ostatnia już moment, kiedy jeszcze jesteśmy w stanie to zrobić. A ponieważ rzeczona historia kołem się toczy i lubi się powtarzać, może warto zdobyć się na odrobinę tego typu refleksji, choćby po to, by w efekcie zawrócić z tej drogi donikąd, nie pozostaje mi nic innego jak wystosować jedyny możliwy w tej sytuacji apel. Droga, szanowna, goniąca coraz bardziej w piętkę dwudziestopierwszowieczna ludzkości, masz jeszcze krótką chwilę do namysłu. Naprawdę tylko chwilę, zanim sprawy całkowicie i tym razem już nieodwracalnie wymkną Ci się spod kontroli.
Bo, albo zafundujesz sobie sama nuklearny Armagedon, albo zje cię AI. Po prostu!
P.S. Przyczynkiem do powyższych rozważań jest niedawna śmierć Wiesława Myśliwskiego, ostatniego z pisarzy, który cieszył się rzeczywistą estymą i powszechnym szacunkiem, człowiekiem, o którym można powiedzieć, że był jednym z ostatnich żyjących autorytetów.

