Mucha
EMPATIKON
świat pragnie miłości, klęka przed nią w zachwycie
MUCHA
surfuję w morzu epsilonów
żadna ze mnie omega
już raczej łamaga
a nie samiec alfa
goni mnie ortopeda
dopada podagra
ot tak pocieszna rejterada
cała reszta to betka
plus smutku katarakta
urzekła mnie dłoni twej
nagła delta
wykwitł zachwyt
jak psi
obowiązek
albo zwyczajny kaprys
to niedopowiedzenie
jak turbot w deszczu feromonów
z każdą litera płodzi
całą gamę odruchów
tête-à-tête
potwarz wielka
wewnętrzna w ciszy
walka święta
Punkt
Siedziałem naprzeciw ściany, dokładnie na środku pustej sali, sali bez klamek, bez okien, bez koloru. Sali pustej a rozdętej niemiłosiernie mą obecnością po brzegi. Trwałem tam nieruchomo, ogarnięty stuporem strasznym, terminalnym, wsobnym. Trwałem nieruchomo, wpatrzony w konkretny punkt na ścianie. Trwałem tak, jak myśleli ci uczeni idioci w białych kitlach, dlatego że ogarnął mnie paraliżujący bezruch (nazywany przez nich po łacinie tremens katatonicus). Myśleli, iż tak znieruchomiałem, bo żaden z mych mięśni nie był w stanie mną poruszyć! Jakże się mylili! Trwałem nieruchomo, bo wszystkie moje mięśnie były napięte do granic możliwości. Wszystkie, dosłownie wszystkie, naprężone niczym postronki utrzymywały me ciało w stanie najwyższego alertu nie dlatego, że wszystko było mi już obojętne. Przeciwnie! Dlatego właśnie, iż wszystko stało się tak istotne! A najważniejszy był punkt. Punkt na ścianie naprzeciw mnie, jedyna ostoja porządku w otaczającym mnie oceanie chaosu.
Co mnie tu doprowadziło, jak tu dotarłem, ja, młody pąk megapotentny, ja, człowiecze szczenię? Ja, który gotów byłem na wszystko i wszystko było przede mną na wyciągnięcie ręki? Rosłem, żyłem, tętniłem, by rozwijać się wszechpotężnie, dążąc ku przeznaczeniu z impetem i zamaszyście, nieświadom jeszcze niczego. Nic nie zapowiadało tego co się stanie, a co sprawiło, że siedziałem właśnie na niewygodnym jak świeży wyrzut sumienia taborecie oddziału trzeciego, naszej wspaniałej kliniki dla wariatów.
Kto jestem? Jaki jestem? Jakie jest moje imię? Na imię mi Słabość. Jestem Słabością. Mówcie na mnie Słabość. Kiedyś byłem mocny, najmocniejszy, stałem się jednak słaby. Słaby! Słaby! Słaby! Właśnie tak! Tak teraz mam na imię! W ciele słaby, w duszy słaby, w rękach słaby! I słabość jest we mnie w środku, wszędzie. We krwi słabość, w kościach słabość, w mych lędźwiach słabość, we włosach, w paznokciach, w palcach – wszędzie tam mieszka niemoc. Płynie w mych żyłach, wypełnia me płuca. Mam słabe nerwy, słabe serce, słabe ręce i słabo robi mi się, gdy świat czegoś ode mnie zechce. Słabość mieszka w mych trzewiach, w udach mych i pod powiekami. Czegokolwiek nie dotknę, jest mocniejsze ode mnie, czego nie zapragnę – umyka mi. Czegokolwiek nie posiądę, to wnet utracę. Wszystko mnie zwycięża. Chcę zatem porozdawać siebie, roztrwonić na kawałki, na części, na atomy, by słabość rozeszła się raz na zawsze i uszła ze mnie! Kości me na zatracenie! Chcę rozdać siebie całego. Wdech, wydech, wdech, wydech – niech tylko tyle ze mnie zostanie. Jedynie powietrze! Duch! Tylko westchnienie! Amen!
Ach tak, jeszcze to jedno! To, że trwałem tak niewzruszenie naprzeciw ściany w maksymalnym napięciu, w owym ekstremalnym natężeniu świadomości i mięśni – było niewątpliwie zasługą neurotransmiterów, postawionych w stan najwyższej gotowości przez moje jestestwo, przerażone ogromem krzywdy wyrządzonej przeze mnie światu. To właśnie one: serotonina, dopamina, adrenalina, noradrenalina i cała reszta neurobraci pomniejszych sprawiały, że mój mózg osiągnął stan napięcia zwany przez tych idiotów katatonią! Kwas gamma-aminomasłowy, glutaminian i kilka innych substancji pobocznych doprowadzały moje synapsy (moje małe przyjaciółki, które zawsze już będę szanował) do wrzenia, do bliskiej ekstazy serii następujących po sobie parkosyzmów jako żywo przypominających atak epilepsji grand mal, ale bez cech uogólnienia. Toteż w obrazie klinicznym dominująca była widoczna gołym okiem sztywność mięśni, obkurczenie drobnych naczyń krwionośnych i bladość powłok skórnych, z oczywiście towarzyszącym im i niedającym się nie zauważyć spektakularnym rozszerzeniem każdej z mych źrenic. Dawała się też zaobserwować nadmierna suchość gałek ocznych, wynikająca z zatrzymanego odruchu mrugania, i obowiązkowa w takich przypadkach sztywność karku. Naturalnie wszystko to było bezpośrednim efektem nadreaktywności skrajnie pobudzonych obszarów ciała migdałowatego i zakrętu obręczy, a także cudnej krzywizny przypominającego rogi bestii hipokampu. Trwałem więc w pozycji pełnej prawdziwego skupienia na taborecie oddziału zamkniętego (zamkniętego zupełnie niepotrzebnie, nader ewidentne było bowiem, iż absolutnie nigdzie się nie wybieram), wpatrzony w ów punkt, który nie bez powodu zwałem Sinusem. Dlaczego? Aby to wyjaśnić muszę zaprosić Cię, bracie mój i Ciebie, siostro moja, do wysłuchania tej opowieści i podążenia ścieżką mego przedziwnego żywota. Inaczej, ów tajemniczy Sinus będzie tylko nic nieznaczącym abstraktem, formułą dziwną i niepotrzebną, a w każdym razie z pewnością nie dość czytelną, byście zrozumieli wszystkie wynikające z niej implikacje. Moje stężenie, ów stan, w którym mnie zastaliście, stan ekstremalnego naprężenia w opozycji do stale działających sił destrukcji był najnaturalniejszym z możliwych stanów. Życie bowiem, jak wiecie braciszkowie moi najmilsi i siostry moje najwierniejsze, jest niczym innym jak ciągłym przeciwstawianiem się chaosowi. Tak, wiem, już drugi raz o nim wspominam w tak krótkim przecież czasie, ale wierzcie mi albo i nie, czynię to z pełną premedytacją.
Jak trudno pozbierać myśli, kiedy naprzeciw jaśnieje niczym nieskalana biel szpitalnej ściany domu bez klamek. Jakże rozprasza się wszelka myśl, choćby najbłahsza, w obliczu bieli niepokalanej, w powodzi ciszy nieskażonej najmniejszym dźwiękiem, gdy wszystko dookoła czeka na ruch. Wszystkie ściany są białe, sufity białe, futryny białe jak kartki papieru, białe są spojrzenia, białe twarze. Zdaje się wtedy, że nawet przedmioty czekają na coś, co nigdy nie następuje. Czas stoi. Biel trwa. Myśli nazbyt rachityczne, nietrwałe nie dają rady zbierać się w całość, ani formować w zdania. Pustka panoszy się bezkarnie i wypiera sens ze wszystkiego, wypełniając przestrzeń i czas swoją siostrą bielą. Wszystko trwa w cierpliwym oczekiwaniu na cud, na jakąkolwiek zmianę,. Nihil novi sub laquearia. Trwają wszyscy, siedzą wszyscy. Czekają! Personel Specjalistycznej Polikliniki Neuropsychiatrycznej zaaplikował mi właśnie serię zupełnie wspaniałych, całkowicie nowatorskich, bo transkranialnych stymulacji polem elektromagnetycznym specjalnie po to, by zwalczyć moją uporczywą, a na dodatek, jak się okazało, całkiem lekooporną melancholię. Pielęgniarki czekają, lekarze czekają, salowi czekają, choć śpią już wszyscy, bo ileż można czekać, już wszak dochodzi północ. Wszyscy mają jakieś leżanki, kanapy, sofy, by zdrzemnąć się po ciężkim, nudnym dniu, więc nic dziwnego, że śpią snem sprawiedliwych, snem rzemieślników naprawiających popsute dusze. Nie śpi tylko jedna osoba na całym oddziale (oddziale neuroz obsesyjnych i obsesji kompulsywnych, czyli w skrócie NO OK). To ja. Ja wpatrzony w punkt. Od tego punktu ma zacząć się moje nowe życie. Z tego punktu wystartuję w przyszłość. Stąd ruszy czas, by ponieść w mnie w stany nowe, w życie dotychczas uśpione, które chwycę oburącz i pognam zgodnie z przeznaczeniem ku rzeczom i czynom mi pisanym. Dlatego ten punkt jest tak ważny, tak ważne jest to bym ani na chwilę nie spuścił go z oczu. Dlatego przed nim trwam w stuporze, w niemym uporze mym, który według wszystkich, którzy tam śpią za ścianą, jest wpisany w me szaleństwo, a dla mnie on jedyną deską ratunku, ostoją normalności, arką w nowe, lepsze czasy. Od niego wszystko, z niego wszystko, bez niego nic. Bóg w nim, a jeszcze lepiej ze mną, we mnie albo w ostateczności po stronie mojej. Oto mój punkt, na który patrzę uparcie w świętej katatonii swojej. On moim ocaleniem, a komasacja mego jestestwa w punkt czyni go czarną dziurą o nieskończonej gęstości. Jak długo można wstrzymywać oddech, koncentrując się na sobie przeniesionym w punkt? Jakiego rodzaju autointegracji potrzeba, by zebrać się w sobie przed skokiem? Ten rozpęd wewnętrzny jest niezbędny, by przekroczyć bezwładność neuronów otępionych podstępnie lekami. Dostawałem dotychczas bowiem silne neuroleptyki zdolne uśpić konia w biegu, musiałem więc wykonać niesłychaną woltę, by przezwyciężyć niesubordynację neurotransmiterów wyprzęgniętych podstępnie przez chorobę. Wyprzęgniętych z rydwanów moich synaps przez haloperidol i barbiturany, a nade wszystko przez konowałów w białych kitlach. Była to jedyna szansa, by dać sobie czas na naprawę. Cudowne uleczenie. Wszystko jest możliwe, muszę tylko wystarczająco mocno sprężyć się w sobie. Niczym sprężyna, kiedy się skróci skok, ściśnie się ją mocno, odbije z tym większą siła, z impetem każdej ze sprasowanych spiral – tak ja, skondensowany w sobie czaiłem się, czekając na ów wystrzał. Na wyskok z siebie w niezbadaną ale wielce kuszącą przyszłość. Z tyłu, za plecami zostawiałem otchłań. Przerażające ducha mego inferno.
Cisnąłem z impetem szklaną fiolkę neuroleptyku o posadzkę i krótko po północy skoczyłem w otwartą paszczę szpitalnego okna. Klucz ukradłem salowej zaraz po obiedzie, kiedy nachyliła się po upuszczony przeze mnie niby przypadkiem widelec. Pognałem prosto przed siebie dziwnie radośnie. Noc sprawiała, że mogłem pędzić prawie bez zmęczenia, powietrze było nadzwyczaj rześkie, świeże, z rozkoszą wydychałem z siebie zaduch odorów szpitalnego świata. Czułem, jak noc i przestrzeń wysysały ze mnie pazernie całe to brzemię, którym przesiąkałem od niemal pół roku. Biegłem na oślep, galopując jak źrebak, po krętych ścieżkach dzikiego przyszpitalnego parku. Tam gdzieś w oddali były ulice wielkiego miasta, autobusy, światła neonów, trotuary, co jeszcze – nie miałem pojęcia. Chodziło jedynie o to, by dopaść coś, co jedzie, wsiąść, otulić się płaszczem i udawać śpiącego, a nuż się gdzieś dotrze. Taki miałem plan na pierwsze godziny świata, do którego wracałem po stanowczo nazbyt długim przymusowym odseparowaniu. Przymusu, który dla własnego dobra wybrałem sam dla siebie, a który wkrótce stał się więzieniem najstraszniejszym z możliwych. Na śniadanie były tu śledzie, na obiad były śledzie, na kolację pasta rybna (śledziowa oczywiście). Czułem, że przesiąkłem zapachem ryb i chloru na wylot. Najpierw się wykapię, a potem jakoś to będzie – pomyślałem gdy zauważyłem zapuszczoną parkową sadzawkę. Upalny dzień nagrzał wodę, wskoczyłem tak, jak stałem, tylko płaszcz i spodnie zostały na brzegu. Pidżamę zostawiłem na dnie rozbierając się w pośpiechu, śmiejąc się i parskając niczym źrebak. Och, woda, to życie w płynie, otaczała mnie zewsząd swoim miękkim płaszczem. Ciekawe, co będzie dalej – myślałem, zakładając skradzione na portierni ciuchy!
Zdobyłem w ten sposób szlafrok obrzydliwego brunatnego koloru który do biedy w tych ciemnościach mógł uchodzić za płaszcz jesienny . W jedne z kieszeni wyczuwałem użyty przed chwilą klucz do krat okiennych w drugiej zaś zwinięty w rulon pasek. Skok musiał się odbyć dokładnie o północy, kiedy następowała zmiana daty, kamery monitorujące każdą salę miały półminutowy poślizg. Wtedy to resetowały się ustawienia, a serwer zgrywał cały zarejestrowany materiał z poprzedniego dnia na twardy dysk archiwum. Powiedział mi o tym w przypływie szczerości Eugeniusz, nasz kochany ochroniarz, pewnego dnia w palarni, kiedy to zmusiłem się do wypalenia z nim kiepa. Poszedłem tam by zbratać się z nim mężczyzną i w nikotynowym dymie w tym cudnym misterium międzyludzkim i przyjąć komunię z papierosa, okraszoną wymianą kurw, narzekania na życie, pogodę, brak zdrowia, a nade wszystko brak życiodajnej forsy. Poszedłem w istocie by skomunikować się po ludzku jak palacz z palaczem, opowiedzieć o sobie, jak to matka wkurwia mnie nieodmiennie, a siostry oddziałowe jakie są niemiłe w nocy, a co dopiero we dnie. On mi zaś o swoich żylakach, hemoroidach i świeżo nabytej odmie. Ja o swędzeniu, suchości w ustach i kurewsko małych porcjach na stołówce raczyliśmy się wzajem nieszczęściem. W końcu sam zaczął o kamerach. Słuchałem jak w malignie (a plan rósł we mnie z każdym jego słowem). Teraz stałem w dresie, jednej skarpetce (druga została gdzieś na futrynie ), z pękiem kluczy do mieszkania, gdzie czekały karta kredytowa i dwieście złotych. Musiałem tylko udawać okaz zdrowia psychicznego. Nic prostszego. Dwanaście lat teatru wyrobiło we mnie stosowne odruchy oraz należytą pewność siebie. Witaj, świecie! Żegnaj, przeklęte neuropiekło! Odchyliłem wiotką brzózkę i śmiało skoczyłem w ciemność jak w śnione codziennie od dawna najskrytsze swe marzenie. Gonił mnie czas, ta wszystkożerna świnia, próbując mnie pochłonąć, ja jednak mknąłem rączo, bo choć pożarł mi pełne dwanaście lat życia, jednak nie mnie samego. Jeszcze nie, jeszcze długo, długo nie – powtarzałem przez zaciśnięte zęby, spieprzając w jednym, rozsznurowanym zresztą bucie.
Kto by pomyślał, że tu właśnie będę, kiedy naście lat temu niewinnie wyciągnąłem rękę po rozpostarte przede mną od niechcenia sacrum. Kto by pomyślał, fiu, fiu, jak dalece zaprowadzi mnie ta chwila nieuwagi, gdzie powiedzie mnie najzwyklejsza ludzka słabość. Kto… fiu, fiu… by pomyślał, tralala… jak gorzka będzie lekcja, którą dane mi będzie odrabiać wciąż i wciąż do skutku przez następne lata żywota? Fiu, fiu… no kto, ha?! Ludkowie moi najmilejsi, towarzysze niedoli, bracia serdeczni w udręce!
Ale, ale… Zapytacie pewnie, jak, gdzie, kiedy i przede wszystkim co, u diabła, ja, bohater tej narracji, robiłem w wariatkowie? Jak się znalazłem w miejscu, które większości jawi się przedsionkiem piekieł, a może nawet gorsze jest niż cmentarz. Cóż, jak zapewne nie wiecie (i dobrze, niech tak pozostanie), dostać się tam jest niezwykle łatwo, a ja zrobiłem to celowo, zupełnie na własne życzenie. Po prostu się zgłosiłem. Tak, tak. Jednak wszystko zaczęło się dużo, dużo wcześniej. Pewnej smutnej polskiej jesieni, kiedy światła nie było zbyt dużo, ołowiane chmury spowijały niebo, a wszystko ubierało się uparcie we wszelkie odcienie szarości, naszła mnie dziwna nostalgia. Jakieś niedookreślenie. Macie tak czasem. Mnie zdarzyło się to wtedy po raz pierwszy. Odczułem dziwną czczość. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że to po prostu pustka, i pomyślałem, że trzeba to zmienić. Ot, coś próbuje wsysać mnie od środka. Czułem wewnętrzne naprężenie, które sprawiało mi stały dyskomfort. Budziłem się i kładłem spać z tym nieprzyjemnym wrażeniem zaczajonej nicości. Czczość kaleczyła mnie swym cierniem.
Ale po kolei, abyś, drogi czytelniku, miał wszystko podane na tacy. Abyś miał szansę choć po części zrozumieć, jakie to nieprawdopodobne i zupełnie niesłychane trafy losu oraz idiotyczne wybory, które niektórzy zwą parkosyzmami wolnej woli, przywiodły mnie w owo miejsce i uczyniły tym, czym byłem aktualnie – wrakiem człowieka, godną pożałowania kreaturą, tylko z daleka i w ciemnościach przypominającą człowieka.
Myślę sobie, że może to i dobrze, może to i lepiej, że nie widać mego wnętrza. Tam, ech, szkoda gadać… tam dopiero katastrofa. Więc płaszcz kąpielowy, więc dres, więc skarpeta, słowem przypadkowe łachy (i tak byłem im wdzięczny) skrywały mego ducha w strzępach i otulały me ciało, które już tylko prawem wieloletniego nawyku służyło mi, a i to coraz gorzej. Co i rusz potykając się na byle nierówności, pędziłem przez chaszcze, zachłystując się świeżo odzyskaną wolnością. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że prawdziwą wolność – tę wewnętrzną – odzyskam (jeśli w ogóle) dopiero wtedy, kiedy moje rozszalałe neurotransmitery odzyskają względną równowagę i pozwolą mi postrzegać świat takim, jaki jest w istocie, a nie takim, jakim widziałem go aktualnie, pogrążony w ściskającym mnie aż po koniuszki palców maksymalnym lęku moim.
Tymczasem spieprzałem w jednym bucie, bo drugi ugrzązł gdzieś w błocie w lasku brzozowym. Nie czułem nawet, jak spadł, bo sznurówek mi nie oddano. Wiałem jak szalony, pędziłem prawie na oślep, byle dalej od tego mrocznego miejsca. Zataczałem się, a konwulsyjny śmiech wstrząsał mym ciałem. Łzy płynęły mi po policzkach. Świat pływał, nie widziałem, gdzie idę. Śmiech pusty, potworny wstrząsał mną od środka niczym kukłą, aż głowa mi podskakiwała. Głowa, która kiwała się najszybciej, najbardziej się bała, bo to jej robili te różne trudne rzeczy. To ją poddawali wymyślnym torturom za pomocą narzędzi współczesnej farmakologii, ją próbowali zmienić, wstawić na właściwe tory, zamykając ją w metalowych tubach z terkoczącymi jak karabiny niewidzialnych armii elektromagnesami. Niepokorną, niesforną głowę wzięli w obroty, by myślała, czuła i kochała jak inne głowy. Toteż głowa moja uciekała najpierw, a za nią toczył się korpus na chudych nóżkach ciała z deka roztytego od źle dobranych leków, takich co zatrzymują w organizmie wodę, i spowalniają metabolizm. Ci wyjątkowo cyniczni idioci w białych kitlach łudzili się, że kiedy zwolni mój metabolizm, to zwolni też mój mózg i przestanie myśleć tak szybko, tak namiętnie, tak gorączkowo, metodycznie, jak czynił to dotychczas. Mój przeklęty i ukochany zarazem, jedyny, niepowtarzalny, wyjątkowy i arcyosobliwy mózg. Mój śmiertelny wróg i najlepszy, bo dozgonny, jak mniemam nieskromnie, przyjaciel. Och, uciekałem też nogami, rękami biłem powietrze, całym nadmiernie otłuszczonym ciałem próbowałem się oddalić od miejsca powolnej i nieustępliwej kaźni, jakim był mi ów szpital. Szpik w mych kościach rżał z radości, wyła ma krew rozpędzona tanecznie w tętnicach. Szpik rwał się jak szalony do życia, zagrożony polekową aplazją po podaniu haloperidolu, wszak omal nie umarł. Nie umarł, za to zamarł i przyczaił się we mnie. Tydzień temu przestał produkować krwinki, przerażony wtłaczaną w me ciało chemią po prostu zastygł. Teraz zaś czułem, jak kipi radośnie, jak bulgocze gotów produkować nowe rzesze tlenochłonnych erytrocytów, legiony leukocytów i zastępy trombopłytek, by mnie chronić, bronić mnie właśnie po to, bym żył! Wreszcie naprawdę żył, bo swój grzech po stokroć odkupiłem! Wreszcie mogłem być zdrowy. Cały i zdrowy. Tak mówił mi mój wewnętrzny głos, którego już się nie bałem. Wiedziałem, że tym razem jest dobry. To nie ten głos z ponurych opowieści szpitalnych korytarzy, ale instynkt zdrowego stworzenia krzyczał we mnie z dzikiej radości odrodzenia. I ptaki, i drzewa, i chmury, i liście – wszystko zdawało się mi sekundować i śpiewać pieśń nawrócenia. Życie napływało od nowa we mnie przemożną falą. Byle tylko znaleźć jakiś środek transportu i dwa dni gdziekolwiek przedekować – powtarzałem sobie, sadząc olbrzymiaste susy. A potem? Wrócić do ludzi! Teraz musiałem się schować jeszcze na chwilę w miejskiej dżungli. Zbyt łatwo mogli wyczuć we mnie szpitalny fetor, ów specyficzny zapach psychiatrycznego łóżka. Musiałem się przechować w odosobnieniu dzień, góra dwa. Potrzebny mi był jakiś cichy raj, zaułek, pustostan, odludny kąt, nic więcej. Jeśli za wszystko, co mam, kupię pożywienie, mogę się ukrywać choćby przez tydzień, nie wychylając głowy na milimetr. Muszę sobie zafundować właśnie taką kwarantannę. Pędziłem coraz szybciej, nabrałem już wprawy w kuśtykaniu, brak buta zupełnie przestał mi przeszkadzać, a z pewnych przedziwnych przyczyn nie chciałem się pozbyć drugiego . Z jakich? – zapytacie. Otóż z powodów czysto symbolicznych. To był mój łącznik ze światem normy. Normalsi chodzą w butach, więc lepiej w jednym niż na bosaka jak zwierzyna. Jak człowiek, jak człowiek, powtarzam! Chciałem krzyknąć: Homo sum! Tym różni się wariat od człowieka, który zgubił but, że choć ma jeden, stara się go poszanować!
Pasek od szlafroka plątał mi się między nogami. Był zbyt długi, niechlujnie zawiązany, jakby nie nadążał, jakby wciąż się wahał. Co chwilę zdawał się zawracać, nie mogłem dłużej tolerować jego niesubordynacji. Zdecydowanym ruchem wyciągnąłem go ze szlufek i wsadziłem w kieszeń niczym więźnia do ciupy. Nic nie mogło spowalniać mej ucieczki, powstrzymywać mnie w marszu na wolność. Byle nie zgubić karty ani telefonu, bez tego krewa – powtarzałem w myślach. But też mnie może zdradzić, trzeba się będzie zaopatrzyć w jakimś sklepie. Acz teraz noc. W śmietnikach nie ma co szukać, sklepy zamknięte. Co robić? – myślałem gorączkowo. Wracać, szukać? Nigdy! Ani kroku w tył, ani kroku w mrok! Biegnę, kuśtykam, popylam chyżo, rączo, cudownie, choć kulawo. Cieszę się wolnością, lekkością. Choć chromam, to przecież z każdym krokiem zbliżam się do nowego życia, jakiekolwiek miałoby być, byle było moje, całkowicie i bez reszty moje! Nie podzielę go z nikim, nikomu nie oddam, nikomu nie powierzę. Nie, już nigdy. Nigdy! Nigdy więcej!
Krew niosła w mych żyłach żar, który rozlewał się po całym ciele i wypalał w mej głowie swoistą matrycę. W tej matrycy tworzyły się nowe ścieżki, działy się gwałtowne i niezbadane procesy. Byłem w stanie jedynie obserwować, jak moje ciało porusza się w trybie automatu, wykonując kolejne czynności nader płynnie i harmonijnie. W jego ruchach były niemalże hipnotyczna precyzja i gracja, jakaś nieziemska dokładność i śmiałość. Chyba nigdy dotychczas nie poruszało się w sposób tak skoordynowany i spójny. Było jednym doskonałym mechanizmem. Moje ciało było perfekcyjne, tyle że… zupełnie mnie nie słuchało. Było głuche i ślepe. Jedyne, co mogłem robić, to obserwować je w akcji. Gnałem, przemykałem, pędziłem jak szalony, w końcu, było nie było, urwałem się z oddziału zamkniętego, ale moje ciało wiedziało doskonale co robić, stało się autonomiczne. Rządził nim ponownie obudzony instynkt, uśpiony przez lata instynkt przetrwania. Znów doszedł do głosu i pompował krew w moje naczynia, mięśnie, tkanki, komórki. Moje lędźwie rytmicznie balansowały każdy krok, kolana, kostki, biodra współpracowały idealnie zsynchronizowane. Czułem, jak wypełniam je wolą życia, jak pcham w nie moc i energię. Jak pęcznieją, odradzają się, jak budzą się z długiego snu, który je więził. Teraz odzyskiwały dawną siłę i karnie wypełniały swe funkcje. RNA podawało kodony aminokwasów, z których DNA ulegało ekspresji, tworząc wielkie białkowe kompleksy. Metabolizm komórek wchodził na niebotyczne poziomy, a ja wciąż i wciąż przyspieszałem kroku. Pies, który próbował mnie dogonić, już dawno został w tyle, zawodząc i skowycząc na przemian, wściekły na własną bezsilność. Nie oglądałem się za siebie, nie było tam niczego, co mogłoby mnie powstrzymać. Wszystko, do czego zmierzałem, znajdowało się przede mną. Dni, godziny, całe lata pełnego, bogatego, aktywnego życia, do którego ta skomplikowana, arcypotężna maszyneria, jaką było moje ciało, została stworzona, a teraz wreszcie mogła pracować pełną parą. Toteż wszystkie elektrony, protony, neutrony i kwarki mego ciała układały w się w konstelacje megaporządku i sprawnie i finezyjnie odradzały wyniszczony latami traumy organizm, który odzyskiwał swą dawną potencję. Rodziły się gdzieś we mnie gniazda nadziei, projektowanych dni, przyszłych chwil, przeżyć, które niczym miraż-obietnica stymulowały cudną orkiestrę mego organizmu, w tej roztętnionej symfonii współdziałania tworząc cudny koncert na uciekającego szaleńca i lęk. Ta fuga brała paliwo z mej umęczonej duszy, która nagle zrzuciwszy straszny balast, wyzwolona i czysta, powodowała to wszystko i wywoływała rezurekcję somatycznej orkiestry. Tym właśnie różniłem się od mijanych kamieni, betonowych bloczków, kup piachu i żwiru. Porządkiem! Kosmicznym, cudownym, niepojętym uporządkowaniem molekuł, wspaniałą organizacją, zestrojeniem poszczególnych elementów sprzęgniętych w ultraskomplikowane relacje współpracy i organizacji, które aż skrzyły się fraktalnym pięknem. Fenomen mego ciała wypełniał mi piersi pieśnią życia i najprawdziwszym szczęściem. Gnałem przed siebie, szeroko otwartymi ustami łapiąc łapczywie zimne powietrze tej niezwykłej nocy. Byłem wolny, byłem rozgrzeszony, byłem czysty. Żyłem, a życie wołało mnie ku sobie. Podążałem w sam jego środek. Ja odrodzony, narodzony, nowy! Wreszcie poczułem, że moje komórki pulsują energią, prężą się i kumulują szczęściem, wypełniając się tlenem i mocą. Mitochondria pracują pełną parą, rybosomy skaczą jak oszalałe, retikulum endoplazmatyczne goreje, a cytoplazma poczyna wrzeć. Endrofiny krążyły jak krążowniki. Mejoza i mitoza. Mitoza i mejoza. Transkrypcja, ekspresja genów. Dzielą się, mnożą, multiplikują. Przyrastałem! Czułem, jak mój organizm gorączkowo się regeneruje. Odtwarza. Cóż za wskrzeszenie z marnych (był to zaiste prawdziwy oddział nader marnych przypadków)! Ach, to była wola życia, ten gon, ta chęć, ten automatyzm całych wieków ewolucyjnego przystosowania teraz działały na mą korzyść. Pokonywałem przestrzeń w jakimś niesamowitym tempie, obserwując i rejestrując wszystko w poszukiwaniu miejsc, w których bezpiecznie spędzę resztę nocy, przygotowując się do mającego się rozpocząć za kilka godzin dnia. Pierwszego dnia mojej prawdziwej wolności! Widziałem, jak pomiędzy nieodległymi drzewami migały spóźnione taksówki, przebiegał jakiś zbłąkany pies, nie zwracając zupełnie na mnie uwagi (to dobrze – pomyślałem – że wciąż jestem tak nieistotny dla świata, to bardzo dobrze), i gnałem dalej, sadząc nierówne susy. Jedna kostka zupełnie nie wiedzieć czemu bolała mnie już od miesiąca. Pędziłem w kierunku całodobowego sklepu alkoholowego z nadzieją, że właśnie tam widok kogoś takiego jak ja w środku nocy specjalnie nikogo nie zdziwi. Nie pomyliłem się. Nikt nawet na mnie nie spojrzał, więc wtopiłem się w liczącą pięć osób kolejkę, by po chwili wyjść z małpką pigwówki w ręce. Odkręciłem zakrętkę i wypiłem kilka łyków, a potem wystawiłem w górę kciuk, jedynie po to by dać wyraz temu, jak bardzo kontent jestem.
Ani głupi pasek, ani but głupi, ani żaden człowiek nie byli w stanie stanąć mi ma drodze. Skierowałem się w stronę parku. Zasapałem się, pędząc tak ekstatycznie, musiałem więc teraz usiąść na ławce i chwilę odpocząć. Wszak minęło już wiele lat od czasu, kiedy byłem w wyśmienitej fizycznej formie. Moje włosy przerzedziły się nieco, a pod oczami rysowały się smutne bruzdy zmarszczek. A jednak płomień w mych oczach płonął nadal takim samym blaskiem jak wtedy, kiedy wszystko to się zaczęło – myślałem przeglądając się w kałuży rozpostartej u mych stóp, tuż przy ławce. Kiedy to było, zapytacie. Dawno! Bardzo dawno temu!
Właśnie delektowałem się wybornym smakiem pigwówki, kiedy jak spod ziemi wyrósł nagle przede mną jakiś człowiek! Mężczyzna w czarnym uniformie podszedł cicho i wyraźnie czekał, aż podniosę głowę. Czubki wyglancowanych butów, czarne i lśniące, na które lampiłem się tępo, sprawiały jak najgorsze wrażenie. Czyżby to był już koniec? Czyżby tutaj, teraz mój sen się urywał i powracał stary, aż za dobrze znajomy koszmar trudnej do zniesienia jawy. Głowę podnosiłem, próbując pobić rekord powolności wznoszenia, jakby tam w górze czekał na mnie szafot. Brutalny koniec mojej wewnętrznej groteski, którą wyhodowawszy w sobie, pognałem w miasto, w naiwności swojej wierząc, że mi się uda. Czujna ludzkość wysłała jednka tu właśnie swojego strażnika w czarnych wyglancowanych butach. Policjanta, , chroniącego zdrową tkankę społeczeństwa przed takimi jak ja właśnie popaprańcami. Stał, patrzył, uśmiechał się. Napis na kamizelce pełnej pustych kieszeni brzmiał dumnie „Ochrona”. Ochroniarz! Alleluja!
– Może pomóc? – zapytał, uśmiechając się na poły ironicznie, na poły przebiegle.
– Jasne. Możesz kolego wezwać taksówkę? Musiałem wyskoczyć po syrop i antybiotyk dla małego. Apteki zamknięte i tak piechtą siedem przecznic przebyłem. Jeszcze to szczekające bydlę porwało mi nogawkę i ukradło but – zmyślałem na poczekaniu, chowając za sobą powolnym ruchem małpkę i wskazując głową ujadającego nieopodal kundla. – Wezwij, kochany, taksówkę, bo inaczej się przeziębię – mówiłem niczym automat. Skąd ten spryt we mnie, myślałem gorączkowo, modląc się w duchu o spełnienie mych próśb.
Słuchał, patrzył uważnie, uśmiechał się i nagle odezwał się w te słowa:
– Znam ten ból. Też mam dzieciaki. Masz tu numer, za pięć minut będą. Można na nich polegać – powiedział i mrugnął porozumiewawczo.
Dzieciaki. Obrzydliwe słowo, którego osobiście alergicznie wprost nie znosiłem. Jest w nim wszystko: pogarda, pobłażanie, lekceważenie, umniejszenie, protekcjonalność, uprzedmiotowienie, kpina, brr… Uśmiechnąłem się wyrozumiale, choć właściwie miałem ochotę go udusić i powiedziałem:
– Widzisz, jest pewien problem – Spojrzał na mnie uważniej. – Zapomniałem telefonu! – skłamałem i uśmiechnąłem się przepraszająco.
Przyglądał mi się wyraźnie rozbawiony, w końcu coś się w nim przełamało, bo odchrząknął i powiedział:
– Dobra, ale jak wracasz z libacji, to wymyśl coś lepszego, bo z żoną ten numer nie przejdzie. – Sięgnął po radiotelefon. Wybrał numer, spojrzał na mnie i uśmiechnął się z politowaniem. – Tylko wyrzuć flaszkę do kosza, okej? – dodał spokojnie, czując, że ma do wykonania ważną misję i przykrywając mikrofon dłonią, konfidencjonalnym szeptem zapytał: – Uber, okej?
Skinąłem przyzwalająco głową, na co on puścił oko i powiedział:
– Zamawiam kurs na Sobieskiego siedemdziesiąt cztery. Tak, jak najszybciej. Dziękuję! Czekam!
Nawet nie wiedział, że spadł mi z nieba, cudnie wpisał się w potrzebę chwili. Czekałem, przestępując nerwowo z nogi na nogę, pocierając tą bosą o tę ubraną i uśmiechałem się głupio, ale z prawdziwą wdzięcznością. Taksówka podjechała migiem. Zdążyłem jeszcze krzyknąć „Dzięki, przyjacielu” i wskoczyłem na tylne siedzenie starego mercedesa beczki, za kierownicą którego siedział oturbaniony Hindus z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Ruszaj, człowieku! – rzuciłem, uśmiechając się najszerzej, jak mogłem.
Błyskawicznie odwzajemnił mój uśmiech i ruszył z wigorem. Los mi sprzyjał! Widziałem w lusterku, jak szczerzy swoje śnieżnobiałe uzębienie, którego mógł mu pozazdrościć każdy rumak na świecie. Obejrzał się ponownie po kilkuset metrach z pytającym wyrazem w czarnych jak ta noc oczach.
– Na Floriańską – wymamrotałem z nieco nazbyt soczystym animuszem w głosie (to wina pigwówki). Jechałem do siebie, tam wszak kiedyś mieszkałem. Kiedyś? Kiedyś – słowo kluczowe. Wszystko istotne, co ze mną związane, było wszak kiedyś. Czas dzielił się na kiedyś i teraz. Teraz było od kiedyś oddzielone niewidzialnym murem, a ja właśnie próbowałem po raz pierwszy od wielu, wielu lat ów mur sforsować.
Minęło już bowiem wiele lat od wydarzeń, które sprawiły, że stałem się innym, złym człowiekiem. Spędziłem je w całkowitym odosobnieniu, słusznie skazany na samotność. Nie była to jednak forma pokuty, lecz skutek tego, co mi się przydarzyło, a raczej co, ściślej rzecz ujmując, sam sobie zgotowałem. Gdy wspominam przeszłość, wydaje mi się ona nierealna i fantastyczna, jednakże piętno owych wydarzeń noszę w sobie po dziś dzień. Każda myśl o nich wywołuje w moim ciele dreszcz grozy. Trudno mi przywoływać przeszłość obojętnie i beznamiętnie, wszystkie bowiem jej obrazy są sądem i pokutą zarazem. To główny powód, dla którego mimo wszystko to czynię. Szukam rozgrzeszenia! Bo znowu tli się we mnie nadzieja.. W każdym razie, do rzeczy…
Nigdy nie zadowalało mnie zwykłe życie, ot normalna wegetacja zgodnie z którymś z od dawna przerabianych schematów. Czułem, że potrzeba mi czegoś więcej, a nade wszystko innego. Czułem, że można i trzeba inaczej, inaczej, więcej i że to nie jakiś kaprys, ale mój imperatyw. Warunek konieczny bycia ze sobą w zgodzie, bycia w ogóle. Wtedy to, z górą dwadzieścia lat temu postanowiłem wypłynąć na szerokie wody życia. Wiecie, co mam na myśli? Nie tę przyczajoną i smutną egzystencję, którą wiedzie się z poniedziałku na wtorek i czeka do piątku. Nie to jałowe odbębnianie wegetacyjnego rytuału: jeść, pić, spać, ale szarże, ale wzloty wprost ku prywatnemu ekstremum. Jazdę na maksa po wszystko co możliwe, co przeczuwane, a co zapisane gdzieś tam w genach nosimy wszyscy niczym cyrograf, a nazywamy potocznie przeznaczeniem. I przypisujemy, jakże mylnie, obojętnym jak uliczne latarnie gwiazdom.
A więc uciec! Zwiać z domu z krzykiem, z łopotem rosnących skrzydeł wybiec z domu, gdzie matka mlaszcze przy jedzeniu, a ojciec milczy. Gdzie rachunki, smutki, obowiązki i troski. Uciec, zwiać od matki, co wysysa szpik z kości, od ponurego ojca. Nakazy, rozkazy, wykazy, przykazy, zmazy i grzech pierworodny! Pokoleniowe stygmaty i blizny, całe hałdy minionych pokoleń. Gdzie ta przynależność i wstrętna biologia rodziny napada na nas, czyha, czai się w każdym słowie, w każdym grobie przodka na cmentarzu, w każdej błahej rozmowie. Gdzie drewniana kuchnia i smutne płytki w łazience. Gdzie grubo nienowocześnie, zwyczajnie i po staremu. A tam, za oknem, inny świat nienazwany jeszcze – gdzie niepewność, oceany znaków zapytania, lądy nieodkryte i pułapki nieznanego. Cudownie nieznanego.
Ale był jeszcze strach!
A Wy? Boicie się? Nie? Boicie się! Boicie się tak bardzo, iż boicie się przyznać do swego strachu! O, strach to straszny, najstraszniejszy ze strachów! Jest to strach przed samym sobą. Przed tym nieodgadnionym, tym jeszcze niepoznanym ja, hipotetycznym, a nie do zniesienia. O czym myślę, kiedy to piszę? Ano, myślę o tych zakamarkach naszych mózgów, w których czai się mrok. Tych, które zamknięte, zaryglowane na cztery spusty stanowią najszczelniej pilnowany arsenał straszliwej energii, zdolnej eksplodować nagle, niszcząc nas nieodwracalnie. Tam mieszkają wszystkie prawdy o nas. Najnieprzyjemniejsze to biblioteki, ogrody wiadomości tylko złego. Tam – to klatka, w której zamykamy zwierza, ukrywamy go i kneblujemy się, by o nim zapomnieć. Wyrzucić go z siebie nie sposób, uśmiercić się nie da, więc czeka go dożywotnie więzienie. Jakież prawdy straszne, nieznośne a gęste szpuntujemy wszyscy w sobie? Cóż skrywa ta wstydliwa zmowa ogółu? Wszak trzeba być solidarnym, gdy staje się przed tak olbrzymim wrogiem, przed najniebezpieczniejszym z groźnych, nieprzewidywalnym i nieogarnionym śmiertelnym strachem, mieszkającym w ludzkich oczach.
Ja sam zobaczyłem go najpierw w oczach dziecka, a potem zrozumiałem, że tylko tam jest tak widoczny i czysty, a przecież mieszka we wszystkich oczach świata! Oko zaś jest jedynym oknem, przez które wyziera. Lęk, demon, syn świadomości istnienia. Fenomen życia naznaczonego wszechogarniającym chaosem. Emisariusz zaczajonej katastrofy. O, wielki to pan, kto wie, czy nie największy, najtęższą dysponujący siłą. Przemożny, wszechwładny, trudny do poskromienia ciemiężca rodzaju ludzkiego. Pomiędzy oddechami, między mrugnięciami powiek, w cichych interwałach między uderzeniami serca, przed konwulsyjnym skurczem komór, nim jeszcze zawtórują im przedsionki, tam właśnie mieszka on. Ludzki towarzysz. Nieodłączny kompan podróży przez czas. Stygmat ludzkiej egzystencji. Lęk istnienia, które w chwiejności swej, w niepewności losu i chybotliwości, dryfując na falach morza nieznanego, na łasce przypadku, daje się porównać jedynie ze skokami płomienia świecy kąsanej podmuchami nieregularnego wiatru. To on z obawy przed nicością pcha człowieka do ruchu, do zmiany. By nie pogrążyć się w otchłań nieznanego, by nie dopadł nas śmiercionośny cios, budujemy kościoły, meczety, wieże, szpitale, szkoły, minarety. Rodzimy dzieci, kochamy się, zamykamy w więzieniach, klasztorach, domach bez klamek. Zawsze powodowani podświadomym pragnieniem ucieczki przed przeznaczeniem. Nieuchronnością przeznaczonego nam już z chwilą poczęcia losu. Przytulamy się do siebie, bo potrzebujemy bliskości i dotyku. Garniemy się ku sobie, bo przeczuwamy, że jesteśmy braćmi w owej niewypowiedzianej niewoli skazańców z odroczonym wyrokiem. Jedyne, co możemy, to jednoczyć się w lęku i pocieszać, a nade wszystko towarzyszyć sobie. Dzielić swój czas. Czy to nie piękne i tragiczne, że od noworodka po starca nad grobem, jesteśmy sobie w tym nieskończenie pokrewni? Nic bowiem tak nie jednoczy i nie brata nas, jak czekający nas koniec. Nieustanna walka z nieznanym, próbującym za wszelką cenę zmieść nas ze sceny istnienia. Zbratani owym lękiem, zjednoczeni losem, współdzielimy chwile, mieszkania, posiłki, odzienie i ową niepewność. Jednoczymy się by się wspierać i pocieszać, by się wybawiać nawzajem od niedającej się udźwignąć w pojedynkę świadomości, od traumy istnienia skazanego na kres. Podajemy sobie ręce i ofiarujemy siebie na codziennych ołtarzach. Czemu? Bo tylko wspólnota jest odpowiedzią na nieskończoną rozpacz świadomości. Przezwycięża ją z mozołem, jeżeli tylko jest prawdziwa.
A Wy? Boicie się? Pewnie, że się boicie, bo jakże tu się nie bać, zadarłszy głowę wysoko ku górze, stanąwszy oko w oko z przestworem niebieskim. Z tą nieskończoną przestrzenią, w której ponoć wirują galaktyki pełne innych światów i nawet drobny pył większy jest od naszej planety, dla nas olbrzymiej.
Jakże się nie bać w obliczu nieskończoności zaczajonej w mroku nad głową, w tym mroku pod powiekami, w mroku rozciągniętym na samym dnie serca. Jakże się nie bać nad głowami mając szalejące ciała niebieskie, niezbadane, wyjące ciszą przestworzy firmamenty. Jakże się nie bać mając w sobie wszechświaty tajemne, złożone z galaktyk komórek, tkanek i mikrobów. Kiedy wszystkie bakterie świata, wszystkie wirusy i grzyby zjednoczone są w zbożnym dziele przemielenia ciała naszego jedynego w proch i zapomnienie. Kiedy wiatraki napędzają huragany ludzkiej nienawiści, a morza i oceany się śmieją zachłystując pijane pianą swych zatrutych wód. Wokół źli knują pod domach, gdzie, kiedy i jaką krzywdę wyrządzić dobrym, złodzieje po kryjomu dorabiają klucze i testują zamki, mordercy ostrzą noże i nabijają pistolety. Jakże się nie bać w świecie tym?! W świecie gdzie krzyże służą do wieszania prania, a pieniądze tak nieznośnie śmierdzą. Gdzie lata coraz gorętsze, a lodowce topnieją ze wstydu, gdzie zatrute rzeki wpadają w brudne oceany, a ryby śpiewają swą łabędzią pieśń. Gdzie telewizory szaleją plując reklamami i seksualną zbrodnią, i w wciąż, jak pijana orkiestra na Titanicu, grają bez końca tę samą melodię. Tu powietrze coraz mocniej pali, a tam plamy na słońcu goreją cicho i beznamiętnie.
Jakże się nie bać, kiedy dwudziesty pierwszy wiek.
Boicie się? Bo ja tak! Boję się każdego dnia! Czego? Sam nie wiem. Strach jest we mnie, mieszka i wypełnia zakamarki mej duszy jak powietrze. Nie tyle dusi, ile zdaje się mnie podtruwać, sącząc się niczym jad.
Boicie się? Bo ja tak. Bardzo się boję! W samotności, trwając w niemożności, w nikczemności, boję się jak diabli! Wiecie dlaczego? Bo zajrzałem w gardziel bestii. Od tej pory jestem przepełniony lękiem, którego nic nie jest w stanie wyleczyć. Dlatego powiem wam teraz, czego się tak naprawdę się boicie.
Boicie się skowytu, bo stoi nad wami wasz egzystencjalny pies. I szczeka. Szczekaniem zwiastuje wam śmierć. Śmierć zaczajoną w przyszłości. Szczeka o bólu, szczeka o chorobie. Wyje o nieznanym i nieodgadnionym losie. Nie znacie dnia ani godziny, nie znacie chwili, nie znacie swego przeznaczenia. Bo wszyscyśmy przeznaczeni chaosowi. A jego żarna mielą nas po cichutku. Prędzej czy później, jednak nieuchronnie, zostanie z nas tylko pył. To wycie jest w nas, skowyt wzbiera z każdym rokiem i narasta w każdej ludzkiej piersi. Boimy się! Wszyscy! Jak jeden, bracia i siostry moje! Bo wszystkim nam pisany ten sam los. Jedyne, co możemy, to jak najlepiej zagospodarować czas jaki nam dano. Pomimo wycia, pomimo skowytu, na pohybel owemu psu. Niech szczeka! Niech wyje, niech skowyczy! Niechaj śpiewa swą pieśń, a my jedźmy dalej! Dalej w czas!
Oto rozpoczyna się opowieść. Opowieść o wędrówce z zaczajonym za plecami psem!
Ja
Nazywam się Nołłan Fromnołłer, a kiedyś, długo przedtem zanim rozkukała się we mnie kukaweczka, nazywałem się Kajetan Teodor Gotkowski i byłem przeznaczony palestrze. Przeznaczony przez siły wyższe i rodową tradycję. Bombastycznie, nieprawdaż?! Jeszcze jak, i jak jeszcze tromtadracko i patetycznie, ludkowie moi najmilejsi. Patos i bombastyczność miałem w sobie zawarte, jak niezbywalny skarb w całkiem niechcianym posagu. Byłem nimi przesiąknięty i wypełniony niczym szlachetną krwią. Gotkowscy byli podobno w siedemnastym wieku najprawdziwszą arystokracją. Nasze korzenie sięgały Prus Wschodnich, ktoś tam przebąkiwał co prawda o jakimś Żydzie, który wżenił się w familię, rodzina była jednak niewątpliwie staropolska, z mcnymi korzeniami i historią. Wiem, brzmi idiotycznie, ale pochodziłem z konserwatywnej, zubożałej rodowej szlachty i nic nie mogłem na to poradzić. Jako syn znanego w okolicy adwokata, sam miałem się kształcić na prawego przedstawiciela zawodu, który sprawiał od pokoleń, że nasza rodzina była powszechnie szanowana i żyła na bardzo przyzwoitym poziomie. Pójście w ślady ojca było oczywistą oczywistością, dogmatem, niepisanym prawem, marzeniem… mego papy. Mnie jednak, po prawdzie rzecz ujmując, adwokatura wydawała się jedynie ciut lepszą odmianą magla, miejscem w którym ludzie marnują czas na jałowe spory i licytują się, kto będzie cwańszy, sprytniejszy, bardziej wygadany. Było w tym coś, co mnie szczerze mierziło i odrzucało już od maleńkości, jako że z konieczności osłuchiwałem się z rozmowami na temat rozpraw, linii obrony, niespotykanych casusów etc… Te wszystkie triki i sztuczki prawne, wszelkie kruczki użyte, by kogoś wybronić, były mi równie dobrze znane jak bajki o Czerwonym Kapturki, czy Kopciuszku i tamże je sytuowałem, w krainie niepoważnych baśni. Wydawało mi się to zupełnie nieadekwatne do potrzeb i skali zjawiska, owo rozbuchanie paragrafów, terminologii prawniczej i całego aparatu wymiaru sprawiedliwości, toteż od wczesnej młodości uważałem, iż służy on w gruncie rzeczy jednemu – pomnażaniu dobrostanu jego członków. Gotkowscy uważali podobnie, choć w odróżnieniu ode mnie nie chcieli się do tego przyznać, a ja jako Gotkowski miałem być kontynuatorem owej wspaniałej linii po mieczu, całego zastępu zręcznych małomiasteczkowych prawników.
I właśnie dlatego pewnego dnia postanowiłem po prostu uciec. Jednak me tajne plany pokrzyżowała choroba. Na tydzień przed maturą dostałem wysokiej temperatury, kaszlu i złożony niemocą bite siedem dni cięgiem leżałem w łóżku. Na egzaminy zawieziono mnie słabego, bladego, słaniającego się na nogach. Półprzytomny pisałem jakieś wypracowania, rozwiązywałem zadania i testy, po czym rozpalony wracałem pod kołdrę, po nową porcję leków przeciwgorączkowych. Najgorsze było to, że szczerze pogardzałem historią, która była głównym przedmiotem, od którego zależał mój los. Daty mi się mieszały, cyferki przeskakiwały przed załzawionymi oczami, zamieniając się miejscami, królowie zamieniali się w postaci rodem z komiksów, a cała przeszłość wydawała się jakąś absurdalną groteską bez ładu i składu. Nie potrafiłem odnaleźć w tym sensu, moje wypociny musiały być zaiste żałosne, bo jako piątkowy uczeń na egzaminie otrzymałem zaledwie mierny. To był cios. Cios dla całego klanu Gotkowskich – ich ambicji, aspiracji i naszej pozycji. Toteż leżałem pod kołdrą i naciągałem ją coraz wyżej na uszy, mimo że temperatura już mi spadła, a kaszel bardziej symulowałem po to, by wzbudzać litość i nie musieć odpowiadać na trudne pytania, niż z rzeczywistej potrzeby wypluwania płuc w jego paroksyzmach.
Przenieśmy się do drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku braciszkowie najmilejsi moi, kamraci i serdeczni towarzysze w uporczywym istnieniu. Jest rok dwa tysiące piętnasty, wszędzie niepodzielnie króluje niepewność. Łamane są wcześniej nienaruszalne zasady i granice, wszystko staje się coraz bardziej względne i teoretyczne.
Ja, młody pąk, a świat wokół. Świat atakuje zewsząd. Jest wszędzie, czai się i bombarduje bodźcami. Zsyła prawdziwe ich lawiny, , każąc nam co rusz zająć stanowisko, ustosunkować się. Przytłoczeni, zalani, zmordowani ciągłym bombardowaniem, ledwie zipiemy pod tą kanonadą zdarzeń, postaw, sytuacji. Chce nam się uciekać, zaszywać, znikać w ekranach smartfonów, w komórkowych wyświetlaczach. Rozpływać gdzieś między pikselami monitorów, by nie musieć istnieć ani reagować tu i teraz. Bierność i stupor pozwalają nam przetrwać nieznośną nawałę i ciągłą konieczność reagowania. Anonimowi, napięci, oczekujący możemy trwać bezpiecznie na końcu machiny komunikacji, jedynie od czasu do czasu wychylając się ze skorupki i pisząc zjadliwy tekst, wysyłając lajka albo niszcząc czyjeś dobre samopoczucie prześmiewczą emotką. Schowani za fajnymi oksami, w stylowych rurkach na tyłkach, spoglądając na smartłocze, kontrolujące nasze tętno i ciśnienie, sprawdzamy, jaką mamy fazę cyklu albo biorytm i ile godzin spaliśmy głęboko. Planujemy nasze następne paroksystyczne wyskoki na insta albo fejsie. Tweetniemy od czasu do czasu, ale generalnie siedzimy, ślęczymy i śledzimy. Jesteśmy świadkami. Nieustannie podglądamy świat przez dziurkę od smartfona. A tu dom, dom nieznośny, dom napęczniały rodzicami, starością, kurzem. Dom wsysający, ta czarna dziura kochającej rodziny z ciągłym wsysaniem wszystkiego, co nierodzinne, inne, osobne. Dom tak ciepły, że gorący, że spocić się można, z tym ciśnieniem na bycie podobnym, na kontynuowanie, na zaprogramowane życie. Dom, z którego trzeba zwiać albo się roztopić. I byłem ja, młody pąk, więc pomyślałem: zakwitnę, niezwykle zakwitnę, i wdarła się we mnie niepospolitość straszna, brzemienna, skrajna. Jeszcze nie wiedziałem, dokąd zdążam, ona jednak właziła we mnie porami, tkwiła już w mych zakamarkach. Chciałem się kształtować, myślałem: jeśli już ma mnie coś zdeterminować, wiadomo przecież, ile rzeczy człowieka ciągle gnębi, to niech to będzie hegemon wybrany, nie los, nie przypadek, ale własny wybór.
Ach, jakiż wtedy byłem, zapytacie. Byłem inny. Piękny, roztętniony, dynamiczny, pełen życia i powabu. Byłem niecierpliwy, gdy czekałem na swą wiosnę, wdychając powietrze zachłannie, mrucząc i czując dreszcz przebiegający po plecach na myśl o wszystkim, co mnie czeka. A wiosna rosła we mnie bez ustanku, rodziło się i rosło wciąż nowe nieskalane, świeże i święte, i byłem tym nieskalaniem, świeżością, tęsknotą byłem cały. Toteż wszystko było nieobojętne, ważkie, pełne obietnic i tak przedzierałem się przez dni i tygodnie, węsząc swą ścieżkę i tropiąc świat w poszukiwaniu śladu, którym zamierzałem pognać wprost przed siebie. Byłem gotów. Roznosiła mnie energia, czułem w sobie moc i tylko trzeba mi było znaleźć kierunek, ustawić azymut, bo wszystko we mnie krzyczało: gnać, gnać choćby na złamanie karku, byle prędzej, byle szybciej, już. Rodził się we mnie paw i krzyczał rozdzierająco, skowronek wzbijał się we mnie i orzeł szybujący, i kormoran. Wznosiłem się w przestworza, śniąc o wielkiej przyszłości, o cudach, stanach i krainach niezwykłych, o miłościach nigdy przez nikogo niezaznanych, a mnie właśnie przeznaczonych. Chciało mi się, pragnęło wszystkiego tego, co inne, niezwyczajne, trudne, a przede wszystkim co rzadkie i niepospolite. O tak, cudności mi było trzeba! Piękna! Jasności i braku banału. Bo banał i mozół wszelki męczyły mnie, nużyły mnie, gasiły mnie i uśmiercały, więc uciekałem we wszystko, co obce, nowe i inne, co niespotykane, a cudne. Uciekałem, szukając miejsca dla siebie, szukając przestrzeni, w której odżyję i rozwinę skrzydła, którą uznam za swoją. Za swój świat.
Byłem jak z obrazka. Ja, spreparowany wolą przodków, rodzicom, światu na pociechę wyrosłem, ukształtowałem siebie w kokon chłopięcy i szczytny. Byłem projekcją wizji ciotek, babek, matek, słowem społecznie wybrany, miałem do spełnienia jasną funkcję, oto miałem wypełniać stare ideały. Ja, omnipotentny dotychczas, teraz miałem wydać owoc. Tyle razy ciosany, setki razy szlifowany, byłem już gotowy wejść w życie jako prawnik mądry, dobry, zaufany. Adwokatem, już od dziecka to wiedziałem, mam obowiązek zostać (mając zaledwie półtora roku, wyciągnąłem bowiem wagę, kiedy to rodzice podali mi pod rękę różne dziwne przedmioty, ja jak zahipnotyzowany sięgnąłem po wagę właśnie, choć obok leżały termometr i długopis). Los był już wybrany, ja go sobie wybrałem, więc i on mnie wybrał, byłem więc wybrany. Wszystko szło dobrze dopóty, dopóki nie zrozumiałem, że jestem. Moje ego było właśnie w fazie dynamicznego rozrostu. Ekspansja pochłaniała mnie bez reszty i czułem, jak wzbiera we mnie nieprzebrany potencjał genialności, która aż kipi, by móc wkrótce się zrealizować i wypłynąć na światło dzienne. Och, jakże przyjemnym uczuciem jest owo rozpieranie w piersiach, sygnalizujące moc i niebanalność, pozwalającą wzbić się ponad szarą egzystencję tłumu. Tak też postanowiłem zrobić już wkrótce. Teraz jednak trzeba było się poświęcić i prześlęczeć ten czas żmudny i nudny do czasu uzyskania pełnej samodzielności. Ach! Ego, ego, ego! Wspaniała rzecz! Człowiek czuje, że żyje. Że jest! Ego, cudny przyjacielu człowieka, tożsamości wyznaczniku, nadziejo samotnych, odskocznio odrzuconych. Już nie: poczuło się, zrobiło się, pomyślało, ale poczułem albo jeszcze więcej: czuję, robię, myślę, nie „się” jest, ale jestem. I ta jakaś swobodna, radosna oddzielność stawała się mą nadrzędną regułą istnienia.
Bo byłem oldskulowy, wintydż, niedzisiejszy. Rzygałem reklamami, które rzygały na mnie luksusem i perfekcją pornograficznych zdjęć z Photoshopa, wmawiając mi, że doskonałe ciało i idealna skóra to moje marzenie na każdy mój dzień. Nie byłem na propsie, na fejsie, na insta, na tubie takiej i owakiej, miałem wyjebane na dziary, wróżbitów w telewizjach, na niuejdżowskie czary-mary. Jadłem czerwone mięso, nosiłem dżinsy, nie paliłem szlugów, nie zaciągałem w parabankach długów, nie miałem jazd na białej łące, kartony mleka kupowałem w Biedronce. Byłem obok, z boku, na aucie. Miałem niemodne buty, czapki, gacie. Od zawsze nie cierpiałem stada. Trudna rada, nie nadawałem się na członka, zioma, kolesia, towarzysza, kamrata. Mierziło mnie dostosowanie, unifikacja, ta cała ludzka marmolada. Nie byłem hiphopowy, nie byłem hipsterowy, nie brały mnie hasztagi, lubiłem chodzić nagi. Ciuchy były mi zbędne, bo krępowały ruchy. Słuchałem Beethovena na zmianę z koncertami Bacha, nie piłem, nie paliłem, nie brałem nigdy macha. O boże, łoooł, wszyscy się wydziarali i wydzierali na fejsie. Dziewczyny się wypinały, wydymały, miały gloniaste usta i tipsy, i szpilki, i apki, i doczepki, i sztuczne biusta. Ja miałem piegi, krosty, dwie blizny i zarost jak skalne porosty. Miałem też strąki, spacniaki i kołtuny, nie miałem niczego, co mieć powinienem. Byłem ogólnie strasznie bylejaki, nieidealny, dla wielu niejadalny. Wcale nie chciałem, nie mogłem i nie gnałem do wzorca, ideału, mięśniaka, brodacza, siłacza, wikinga, drwala, czy wydziaranego cwaniaka. Bo świat oszalał. Byłem o tym przekonany. Byłem uparty jak osioł i wół w jednym ciele. A upór mój nie więził mnie lecz wyzwalał. Trwałem w nim w nieustannej kontrze i w rozterce, w dążeniu ku sobie nieznanemu..
Wszyscy latali do Egiptu, na Malediwy, na Teneryfę. Wszyscy robili sweet focie i wrzucali na fejsa, insta i tweetowali. A ja w dupni miałem fejsy, malediwy, szarm el szejki, insty, srejsy i inne ohasztagowane pierdoły i transkontynentalne par avion rejsy. Ja miałem swoje podróże w głąb. Oni zaliczali Stany Zjednoczone dwa razy do roku i Nowe Jorki, a ja miałem tylko swoje odmienne stany świadomości, wycieczki ciekawskie, non profit i non stop. Wolałem snuć się Solną, Polną, przez Odolany i Ząbkowską. Wolałem blizny Starej Pragi i tani odór Powiśla niż egzotyczne bzdety pełne tłocznej i ordynarnej tandety. Gdzieś miałem modne ciuchy, okulary modne, reklamy, modne smary do skóry i diety pudełkowe. I w dupie lansy, sransy, stare rejbany i nowe vansy. Odporny byłem na masthevy, miałem, co miałem, nie byłem prawy ani lewy. Byłem wsobny, zupełnie osobny, swój, niemodny. Sam na sam ze sobą jak **uj. I było mi źle i dobrze zarazem. I fajnie, i nie do wytrzymania. Inaczej nie umiałem. Nie chciałem. Widocznie tak być musiało i tak się działo. I wcale nie było nudno! Wręcz przeciwnie! Trudno! We mnie wciąż buzowało nowe…

