Pamięć, której nie można zostawić w przeszłości
Drzwi niewielkiego muzeum w Białymstoku otwierają się jak każdego dnia. Tomasz Wiśniowski sam przygotowuje ekspozycję, wita pierwszych odwiedzających i odpowiada na pytania gości. W jego codzienności nie ma wielkich ceremonii ani rozbudowanego zaplecza instytucjonalnego. Jest za to przekonanie, że pamięć o ludziach i miejscach nie przetrwa sama. Ktoś musi o nią zadbać.
Tak kilka lat temu narodziło się prywatne muzeum poświęcone historii białostockich Żydów. Powstało nie dzięki dużym dotacjom czy decyzjom władz, lecz z inicjatywy jednego człowieka oraz grupy przyjaciół i wolontariuszy. Dziś odwiedzają je goście z Polski i z zagranicy, a jego twórca nadal uważa, że najważniejszą częścią tej pracy są codzienne, często niewidoczne obowiązki.
Miasto, które utraciło część swojej pamięci
Tomasz Wiśniowski urodził się w 1958 roku. Podkreśla, że pochodzi z rodziny katolickiej zarówno ze strony ojca, jak i matki. W domu jednak od najmłodszych lat uczono go szacunku wobec ludzi różnych narodowości i religii. Właśnie to wychowanie sprawiło, że zaczął interesować się historią społeczności, które przez stulecia współtworzyły Białystok.
Miasto było kiedyś miejscem spotkania wielu kultur. Obok Polaków mieszkali tu Żydzi, Białorusini, Litwini i Niemcy. Zagłada doprowadziła do zniszczenia żydowskiej społeczności, a kolejne dziesięciolecia sprawiły, że pamięć o niej stopniowo znikała z przestrzeni publicznej.
Wiśniowski patrzył na to nie tylko jako mieszkaniec miasta, lecz także jako filolog i kulturoznawca. Studiował w białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego, a następnie uzyskał doktorat z kulturoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Z czasem doszedł do wniosku, że Białystok wciąż nie posiada miejsca, które w trwały sposób opowiadałoby o wielowiekowej obecności Żydów.
Jak sam wspomina:
„Pomysł muzeum nie był planowany od zawsze. Wynikał z pewnej głębokiej frustracji, że przez całe lata nie udało się w Białymstoku stworzyć niczego trwałego, co dotyczyłoby dziedzictwa żydowskiego. Temat ten leżał odłogiem, nikt go nie ruszał.”
Przez wiele lat próbował zainteresować tym pomysłem miejskie instytucje. Rozmowy nie przyniosły jednak oczekiwanych rezultatów.
„Nie dało się z nimi dogadać.”
W końcu postanowił działać sam. Razem z grupą osób o podobnych zainteresowaniach założył stowarzyszenie non-profit i stworzył muzeum, które funkcjonuje dzięki zaangażowaniu jego twórców oraz wolontariuszy.
Wielokulturowość jako codzienne doświadczenie
Dla Tomasza Wiśniowskiego kultura nigdy nie była zbiorem zamkniętych światów. Przeciwnie — uważa, że przez stulecia różne społeczności wzajemnie na siebie oddziaływały, przejmując język, zwyczaje, sztukę czy kuchnię.
Dlatego opowiadając o kulturze żydowskiej, równie często mówi o jej związkach z tradycją polską, litewską, białoruską czy ukraińską. Jego zdaniem trudno mówić o kulturach całkowicie od siebie oddzielonych.
Dobrym przykładem są potrawy. Żydzi mieszkający w Polsce, na Litwie czy Ukrainie korzystali z lokalnych produktów i receptur, podobnie jak ich sąsiedzi przejmowali elementy kuchni żydowskiej. Podobne zależności można odnaleźć w języku, muzyce czy rzemiośle.
Jednym z tematów, który szczególnie fascynuje Wiśniowskiego, są malowane macewy. Zwraca uwagę, że w dużych miastach, takich jak Warszawa, Łódź czy Lwów, nagrobki miały zazwyczaj prostą, kamienną formę. Inaczej wyglądało to w małych sztetlach.
Tam macewy często pokrywano intensywnymi kolorami. Zdaniem badacza była to część lokalnej tradycji ludowej, nawiązującej do bogato zdobionych wnętrz drewnianych synagog. Dobrym przykładem jest zrekonstruowana synagoga z Gwoźdźca prezentowana w Muzeum POLIN.
Dlaczego malowano macewy?
Wiśniowski poświęcił temu zagadnieniu również swoją książkę Mniejsze cmentarze żydowskie. Podkreśla, że kolorowe macewy nie były wyłącznie elementem dekoracyjnym.
Z jednej strony miały znaczenie religijne. Według jednej z interpretacji jaskrawe barwy mogły ułatwiać zachowanie zasad dotyczących rytualnej czystości przez kohanów.
Istniał także wymiar praktyczny. W niewielkich miejscowościach rzadko było stać lokalne społeczności na kosztowne rzeźbione nagrobki wykonywane z twardego kamienia. Piaskowiec czy wapień były znacznie łatwiejsze w obróbce, a odpowiednio nałożona farba pozwalała uzyskać efekt większej głębi i wyrazistości ornamentów.
Najwięcej takich zabytków zachowało się na Lubelszczyźnie, w dawnych województwach łódzkim i kieleckim oraz na terenach dzisiejszej Ukrainy.
Dla Tomasza Wiśniowskiego są one świadectwem nie tylko historii żydowskiej, lecz także wspólnego dziedzictwa Europy Środkowo-Wschodniej. Pokazują, że kultura rozwijała się poprzez wzajemne kontakty różnych społeczności, a nie w całkowitej izolacji.
Informacja jako sposób na przetrwanie
Rozmawiając o historii Żydów Europy Środkowo-Wschodniej, Tomasz Wiśniowski często zwraca uwagę na znaczenie edukacji. Jego zdaniem przez stulecia społeczność żydowska, pozbawiona własnego państwa i żyjąca jako mniejszość, musiała szukać innych sposobów zapewnienia sobie bezpieczeństwa.
Najcenniejszym kapitałem była wiedza.
Rodzice starali się zapewnić dzieciom wykształcenie, ponieważ tylko ono mogło otworzyć drogę do samodzielności. W wielu sztetlach młodzi ludzie potrafili czytać i pisać, znali podstawy matematyki oraz posługiwali się kilkoma językami – jidysz, hebrajskim i językami swoich sąsiadów.
Zdaniem Wiśniowskiego właśnie znajomość języków oraz szybki przepływ informacji dawały przewagę w handlu.
Obrazuje to prostym przykładem:
„Wyobraźmy sobie handlarza pomarańczami w Białymstoku. Dzięki kontaktom dowiaduje się, że w Żółkwi owoce są znacznie tańsze. Organizuje transport, zanim konkurencja zdąży zareagować. Informacja była i pozostaje jednym z najcenniejszych zasobów.”
Dla Wiśniowskiego historia gospodarcza Żydów pokazuje, jak ogromną rolę odgrywały edukacja, sieć kontaktów i umiejętność współpracy ponad granicami.
Ukraina – historia, która nadal trwa
Szczególne miejsce w działalności Tomasza Wiśniowskiego zajmuje Ukraina. Od wielu lat dokumentuje ślady dawnego życia polskich, żydowskich i ukraińskich społeczności. Realizował filmy między innymi w Humaniu, Żółkwi i dawnym Stanisławowie, rozmawiając z mieszkańcami oraz rejestrując miejsca, które znikają wraz z odchodzącym pokoleniem świadków.
Po rozpoczęciu pełnoskalowej rosyjskiej inwazji w 2022 roku jego zainteresowanie historią połączyło się z konkretnym działaniem. Razem z bliskimi przyjął pod swój dach osoby uciekające z Ukrainy przed wojną.
Pytany o współczesne wydarzenia, podkreśla, że pomoc dla Ukrainy jest dziś moralnym obowiązkiem Europy.
Jednocześnie sprzeciwia się uproszczonym ocenom historii relacji polsko-ukraińskich. Jego zdaniem przeszłość obu narodów jest zbyt złożona, by sprowadzać ją do prostych podziałów na bohaterów i winnych.
Jak mówi, największym zagrożeniem dla wolności narodów Europy Środkowo-Wschodniej pozostaje rosyjski imperializm. To jego osobista ocena, wynikająca zarówno z wieloletnich badań, jak i obserwacji współczesnych wydarzeń.
Muzeum tworzone każdego dnia
Choć Tomasz Wiśniowski posiada stopień doktora i jest autorem publikacji naukowych, o swojej pracy mówi bez patosu.
— Robię wszystkiego po trochu — przyznaje z uśmiechem.
Jednego dnia oprowadza wycieczkę, innego przygotowuje wystawę, nagrywa wywiad albo porządkuje archiwum. W niewielkim muzeum nie ma wyraźnego podziału obowiązków. Każdy zajmuje się tym, co w danej chwili jest najbardziej potrzebne.
Największym wyzwaniem pozostaje brak stałego finansowania. Większość codziennych prac wykonują społecznicy i wolontariusze.
Mimo to muzeum odwiedzają goście z wielu krajów. Najwięcej jest Polaków, ale regularnie przyjeżdżają również osoby żydowskiego pochodzenia poszukujące rodzinnych korzeni, a także odwiedzający z Niemiec i Ukrainy.
Niektóre wizyty przeradzają się w niezwykłe spotkania. Goście przynoszą fotografie, dokumenty lub rodzinne wspomnienia. Jeśli wyrażają zgodę, Wiśniowski nagrywa ich relacje i publikuje je w internecie, tworząc archiwum pamięci dostępne dla kolejnych pokoleń.
Dlaczego warto pamiętać
Tomasz Wiśniowski nie oczekuje, że działalność muzeum zmieni całe społeczeństwo. Wie, że dziś zainteresowanie historią często przegrywa z krótkimi przekazami obecnymi w mediach społecznościowych.
Mimo to dostrzega powody do ostrożnego optymizmu.
Przez trzy lata funkcjonowania muzeum nie doszło do żadnego aktu wandalizmu. Nikt nie zniszczył ekspozycji ani nie pojawiły się antysemickie napisy.
Nie wie, z czego to wynika. Być może mieszkańcy szanują miejsce stworzone z autentycznego zaangażowania. Być może rzeczywistość okazuje się spokojniejsza niż obraz wyłaniający się z internetowych sporów.
Dla niego najważniejsze jest jednak coś innego.
Historia Holocaustu nie powinna być wyłącznie przedmiotem szkolnych lekcji. Ma przypominać, do czego prowadzą uprzedzenia, nienawiść i obojętność. Pamięć o przeszłości nie zmienia świata sama w sobie, ale może pomóc uniknąć powtarzania dawnych błędów.
Powody do dumy
Na zakończenie pytam Tomasza Wiśniowskiego, z czego jest najbardziej dumny.
Nie zastanawia się długo.
„Wyłącznie z tego, że to muzeum w ogóle istnieje i funkcjonuje.”
Po chwili dodaje, że równie ważni są ludzie, którzy od początku wspierają tę inicjatywę.
Wolontariusze poświęcają swój czas, pomagają oprowadzać gości, porządkują zbiory i organizują kolejne wydarzenia. To dzięki ich pracy niewielkie muzeum każdego dnia pozostaje otwarte.
Patrząc na Tomasza Wiśniowskiego trudno odnieść wrażenie, że zależy mu na osobistym uznaniu. Znacznie częściej mówi o miejscach, ludziach i historiach niż o sobie. Być może właśnie dlatego jego muzeum stało się czymś więcej niż zbiorem eksponatów. Jest miejscem rozmowy o pamięci, odpowiedzialności i wspólnej historii mieszkańców tej części Europy.

