Zimowe Igrzyska Olimpijskie we Włoszech
O TYM CO NAJWAŻNIEJSZE
Zimowe Igrzyska Olimpijskie we Włoszech niespełna miesiąc temu dobiegły końca. Skończył się czas niezwykłych wzruszeń i ekscytacji. Przyjemnie było w tym roku oglądać niespodziewane triumfy Polaków. Fantastycznie było widzieć jak nieopierzony dziewiętnastolatek, ku zaskoczeniu wszystkich ekspertów, komentatorów i przede wszystkim kibiców, z prawdziwie stoickim spokojem, niejako mimochodem, zdobywa trzy medale olimpijskie, zupełnie tak jakby to był zwyczajne treningowe zadanie, jedno z wielu na skoczni. Zachowuje przy tym poker face w trakcie komentowania tego co właśnie się wydarzyło, zupełnie jakby była to najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. No bo co dziwnego jest w tym że czasem udaje się wygrać i tym razem to jemu przypadł sukces.
Sukces, którego nie udało się odnieść Damianowi Żurkowi, wielkiemu pechowcowi tych igrzysk, który w panczenach dwukrotnie finiszował tuż a podium. Za pierwszym razem zabrakło mu 0,007 sek., za drugim 0,09 sek. Tyle, czyli mniej niż mgnienie oka, dzieliło go od upragnionego medalu, na który pracował cała swoją sportową karierę. Cóż, taki właśnie jest sport, szczególnie w tak wyrównanej w czołówce dyscyplinie jaką jest łyżwiarstwo szybkie, zdominowane przez nacji na czele z bardzo mocnymi Holendrami, którzy mają doskonała infrastrukturę i wieloletnie tradycje w tym sporcie. O sukces tu jest naprawdę ekstremalnie trudno.
Olimpiada jawi się czasem pogoni za sukcesem, to sukces na niej jest tym co napędza tysiące sportowych herosów, którzy codziennie przez wiele lat, katorżniczą pracą, determinacją i olbrzymią samodyscypliną, okupioną tysiącami wyrzeczeń, uparcie doskonalą swe umiejętności. Czynią to często z narażeniem zdrowia, a nawet życia, przekraczając kolejne granice swoich możliwości i ograniczenia ludzkiego organizmu. Czasem kończy się to niestety tak jak w przypadku multimedalistki i światowej ikony narciarstwa alpejskiego Lindsey Vonn. Tym razem legenda zapłaciła ogromną cenę za przekraczanie owych granic nie tylko wytrzymałości własnego organizmu, ale być może również elementarnego zdrowego rozsądku.
Stało się to gdy postanowiła wystartować w tak ekstremalnie wymagającej i niebezpiecznej konkurencji jak zjazd alpejski (prędkości na stoku przekraczają tu 150 km/h) z zerwanym wiązadłem krzyżowym przednim w lewym kolanie. Ta kontrowersyjna decyzja zawodniczki była kontestowana przez ortopedów na całym świecie i została przyjęta z mieszanymi uczuciami. Komentarzom towarzyszyła wielka doza wyrozumiałości dla legendarnej sportsmenki, jednak samo życie napisało swój scenariusz recenzujący, pokazując, że nawet najwięksi powinni posiadać elementarną pokorę dla praw natury i ograniczeń swego ciała. Po raz kolejny okazało się bowiem, że nie należy lekceważyć praw fizyki i zwykłej racjonalności, która każe cofnąć się obliczu sytuacji beznadziejnych i nawet zupełnie zrozumiałe marzenie o kolejnym wielkim sukcesie, medalu, czy przejściu do historii z powodu kolejnego sportowego wyczynu, nie jest wtedy wystarczającym kontrargumentem.
W to dramatyczne teatrum ludzkich wyrobów i trudnych życiowych decyzji, oraz ich konsekwencji, doskonale wpisuje się dramat polskiej narciarki startującej w bardzo świeżej, bo po raz pierwszy rozgrywanej na olimpiadzie dyscyplinie sportowej jaką jest skialpinizm. Mowa oczywiście o Iwonie Januszyk, naszej jedynej reprezentantce, plasującej się na listach rankingowych w tej konkurencji w okolicach dziesiątego miejsca w pucharze świata. Pani Iwonie niestety nie udało się awansować do półfinału igrzysk. Widzieliśmy jej wielką rozpacz, kiedy po przekroczeniu mety długo nie mogła zapanować nad emocjami. Nie pomogły nawet bardzo ciepłe gesty ze strony rywalek, pocieszających ją tuż za linią mety. Najbardziej wzruszający był jednak jej późniejszy wywiad, w którym zdradziła kulisy swojego słabego występu, którego przyczyną miał być błąd serwisu, konkretnie niewłaściwe smarowanie foków. W efekcie śnieg, który przykleił się do nart zawodniczki uniemożliwił jej rywalizację na odpowiednim poziomie.
Pani Iwona w szczerym i bardzo emocjonalnym przekazie powiedziała słowa bardzo poruszające, stwierdzając, że żałuje swojego poświęcenia, godzin morderczych treningów, a przede wszystkim czasu, którego nie mogła spędzić ze swoim synkiem, bo wie, że nigdy nie zdoła już tego nadrobić. Było w tym wyznaniu coś niezwykle chwytającego za serce i niezwykle ludzkiego. To było ujmujące świadectwo człowieka, który potrafi wartościować i w hierarchii istotności własnych wyborów, to drugi człowiek jest tu szczycie. Nie sukces sportowy, nie medal, ani sława, ale właśnie człowiek, w tym wypadku synek sportsmenki. To piękne świadectwo człowieczeństwa i bardzo odważne wyznanie, które pomimo, że w jakimś sensie deprecjonujące wagę medali zdobytych na olimpijskich arenach, jest jak najbardziej w duchu olimpijskim.
Przypomina ono, że w centrum olimpijskiej idei, jest i zawsze powinien być drugi człowiek. O tym, że duch właśnie tak rozumianego olimpizmu trzyma się całkiem dobrze świadczyły również liczne piękne gesty braterstwa pomiędzy zawodnikami. Na każdym kroku widać było sportowców okazujących sobie szacunek i sympatię. Tegoroczna olimpiada pełna była tego rodzaju obrazków. To tym istotniejsze, że odbywała się w czasie kiedy na świecie toczą się krwawe wojny i część sportowców nie mogła reprezentować barw swojego kraju.
Pięknym przejawem solidarności, z tymi którzy walczą o wolność swojej ojczyzny, był gest ukraińskiego saneczkarza, który by oddać cześć poległym pobratymcom, ukraińskim sportowcom poległym na froncie, umieścił ich podobizny na swoim kasku. Kiedy MKOL zabronił mu występu w tak ozdobionym kasku, sportowiec postanowił zrezygnować w ogóle ze startu. Uznał, że w hierarchii jego wartości wyżej znajduje się honor poległych, niż pragnienie odniesienia sukcesu na olimpiadzie. To kolejne piękne świadectwo człowieczeństwa, które zasługuje na podkreślenie (zupełnie przy tym nie polemizując z zasadnością przepisów olimpijskich, które skądinąd słusznie zabraniają mieszania w jakiejkolwiek formie polityki do rywalizacji sportowej).
Dramatycznie wyglądał również wypadek polskiej łyżwiarki Kamili Sellier występującej w short tracku, która po feralnym upadku została ranna w policzek i skończył zawody ze złamaniem kości jarzmowej. Wszystko to pokazuje jak przewrotny (dosłownie i w przenośni) bywa sport, jak nieprzewidywalne są scenariusze wydarzeń, ile pokory wymaga każdy start od biorących udział w igrzyskach zawodników. To prawdziwa alegoria życia. W pewnym sensie igrzyska są swoistym teatrem, na scenie którego rozgrywają się te samy dramaty, których my wszyscy doświadczamy na co dzień. Są one skompresowane do kilkunastu zaledwie dni, dzięki czemu ogniskują wszystko, to co składa się codzienną walka człowieka z przeciwnościami losu. Tym olimpijskim dramatom towarzyszą doskonale nam wszystkim znane emocje. I nie będzie przesadą stwierdzenie, że to właśnie emocje są i zawsze będą głównym bohaterem igrzysk i to właśnie dla nich spędzamy długie godziny przed telewizorem.
Chcemy te emocje dzielić, przeżywać i doświadczać ich na równi z bohaterami olimpijskich aren. Co, poza oczywiście zwycięzcami i niewątpliwym pięknem takich chwil, jak chociażby tradycyjne pokazy mistrzów w tańcu na lodzie, zapamiętamy zatem po zakończonych właśnie zimowych igrzyskach olimpijskich we Włoszech,. Dla mnie osobiście będą to niewątpliwie łzy i wzruszające wyznanie Iwony Januszyk, dramatyczne wypadki Lindsey Vonn i Kamili Sellier, postawa ukraińskiego skeletonisty Władysława Heraskiewicza, ascetyczna radość naszego niespotykanie spokojnego skoczka narciarskiego, multimedalisty Kacpra Tomasika. Na zawsze pozostaną w mojej pamięci piękne kadry pokazujące niezwykłą wspólnotę olimpijczyków, wspierających się, pocieszających się i radujących się wspólnie młodych szczęśliwych ludzi z całego świata, cieszących się po prostu życiem.
Takich właśnie obrazów potrzebujemy szczególnie w czasach gdy wielkie zło podnosi po raz kolejny w historii głowę. Pozostaje nam więc mieć nadzieję, że nie trzeba kolejnej wielkiej wojny, by ludzkość przypomniała sobie co jest najważniejsze. Bo przecież nie da się zapomnieć, że poza walką o sportowe laury w tle toczy się inna walka, o wiele ważniejsza, nieustanna walka dobra ze złem (o czym przypomniała ceremonia zamknięcia igrzysk z widowiskową alegorią piekła i nieba). Strzeżmy się też, by nie ogarnęła na lodowata obojętność (której tak piękną i widowiskową metaforę pokazali na zakończenie igrzysk artyści) i dbajmy o to płonął w nas niegasnący płomień nadziei i wiary w lepsze jutro. O tym, po raz kolejny przypomniała nam olimpiada, płonący znicz olimpijki i przesłanie barona de Coubertina: że najważniejsze nie jest wcale zwycięstwo, ale sam udział w rywalizacji i dążenie do samodoskonalenia i czynienia świata lepszym.

