W Polsce w ostatnich dniach, pomiędzy pałacem prezydenckim a rządem toczyła się burzliwa debata, a właściwie przepychanka na argumenty dotycząca programu „Safe”. Co mamy wybrać: czy nasz polski zero procentowy, pochodzący rodem z NBP „Safe”, czy może gwarantowany przez wstrętną i podstępną (jak twierdzi prawica) Unię Europejską, próbującą za wszelką cenę uwiązać nas na smyczy poprawności politycznej „Safe” europejski (oprocentowany na 3 %). Czy nasz sejf zapewni nam bezpieczeństwo? Czy będziemy „sejf” bez europejskiego programu „Safe”?
Europa, co jest główną osią krytyki prawicy, obwarowała swe pożyczki (i bardzo słusznie) pewnymi kryteriami, po to by pieniądze te zostały wydane zgodnie z ich jedynym przeznaczeniem, jakim jest zasilenie przemysłu i potencjału obronnego Europy Prezydent Nawrocki, nie podpisując rządowej ustawy, przeciągał w nieskończoność decyzję, na którą czekała polska armia. Pytanie zatem, dlaczego to robił? Wszak na stole było nisko oprocentowane 44 miliardów Euro do wzięcia od zaraz. Trywializując, może po prostu było tak, jak w znanym powiedzeniu: ”jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze” Ale, o które? Te które proponuje nam Unia, czy może, te które leżą w naszym sejfie w NBP?
Propozycja sfinansowania wydatków na obronność z rezerw NBP w taki sposób, żeby te rezerwy pozostały nienaruszone, to klasyczna bajka o żelaznym wilku, czyli opowieść z mchu i paproci. Nawet przedszkolaki wiedzą, że nie można zjeść ciastka i mieć ciastko. Cudów (szczególnie w ekonomi) po prostu nie ma.
W otaczającym nas świecie każdy z nas ma swoje marzenia, przeróżne plany i cele. Rodzimy się mniej lub bardziej utalentowani, ale najważniejsze jest to, by dać się ponieść falom fascynacji i możliwości, jakie przynosi nam codzienność.
Kim zostaniemy w przyszłości, jest tajemnicą dopóki nie ukształtuje nas nauka, wiedza i nade wszystko doświadczenie. Jedni rodzą się z talentem muzycznym, ze zdolnością odczytywania nut z szeroko zamkniętymi oczami, inni – z darem artystycznym, gdzie potęga wyobraźni pozwala im z lekkością pędzla malować świat i przedstawiać go w ekspresyjnych barwach.
Potrafią też piórem obrazować świat na kartkach papieru, z niezwykłą kreatywnością i doskonałością przedstawiać emocje, uczucia, historie. Wszystko to stanowi inspirację i pobudza wyobraźnię odbiorców.
Każdy z nas chciałby zostawić po sobie coś niepowtarzalnego – na płótnie, na kartce, w sercach i wyobraźni innych. Niezależnie od tego, co przynosi nam los, chcemy przejść przez nasze życie najlepiej, jak potrafimy i bez lęku, że możemy je zmarnować. Jest zbyt cenne.
To, co wokół jest ulotne, kruche i nietrwałe. W miarę upływu lat każdy z nas ma tego świadomość. Tym niemniej nasze refleksje powinny być optymistyczne i niewątpliwie konieczne jest dobre nastawienie oraz szacunek do tego, co za nami. A to po to, aby nie wzbudzać jakże bolesnych tęsknot za przeszłością, której przecież nie da się już zmienić.
Dbajmy zatem o to, by czuć się spełnionymi, ciesząc się każdą chwilą, każdym nowym dniem, przynoszącym nam nowe doznania i nowe myśli. Oby tych wyjątkowych i niezapomnianych przeżyć było jak najwięcej. Carpe diem, po prostu.
Zimowe Igrzyska Olimpijskie we Włoszech niespełna miesiąc temu dobiegły końca. Skończył się czas niezwykłych wzruszeń i ekscytacji. Przyjemnie było w tym roku oglądać niespodziewane triumfy Polaków. Fantastycznie było widzieć jak nieopierzony dziewiętnastolatek, ku zaskoczeniu wszystkich ekspertów, komentatorów i przede wszystkim kibiców, z prawdziwie stoickim spokojem, niejako mimochodem, zdobywa trzy medale olimpijskie, zupełnie tak jakby to był zwyczajne treningowe zadanie, jedno z wielu na skoczni. Zachowuje przy tym poker face w trakcie komentowania tego co właśnie się wydarzyło, zupełnie jakby była to najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. No bo co dziwnego jest w tym że czasem udaje się wygrać i tym razem to jemu przypadł sukces.
Sukces, którego nie udało się odnieść Damianowi Żurkowi, wielkiemu pechowcowi tych igrzysk, który w panczenach dwukrotnie finiszował tuż a podium. Za pierwszym razem zabrakło mu 0,007 sek., za drugim 0,09 sek. Tyle, czyli mniej niż mgnienie oka, dzieliło go od upragnionego medalu, na który pracował cała swoją sportową karierę. Cóż, taki właśnie jest sport, szczególnie w tak wyrównanej w czołówce dyscyplinie jaką jest łyżwiarstwo szybkie, zdominowane przez nacji na czele z bardzo mocnymi Holendrami, którzy mają doskonała infrastrukturę i wieloletnie tradycje w tym sporcie. O sukces tu jest naprawdę ekstremalnie trudno.
W nocy spadł śnieg.
I jak zawsze w Nowym Jorku, była to fantastyczna wiadomość.
Jęzor zimna, który już wcześniej przywlókł się z Kanady, mimo że sypnął śniegiem, miał powoli odpuszczać i nowojorczycy już od rana mieli powód, by zadzwonić do przyjaciół i wspólnie pozastanawiać się, czy to już ostatni tego roku atak zimy na Manhattanie.
Była niedziela, 13 lutego 1983 roku.
Ludzie wyciągnęli biegówki i gdy szedłem w stronę stacji metra, zaraz zobaczyłem, jak kilku entuzjastów szusuje po zaśnieżonej 3 Alei.
Autobusy nie jeździły, samochody stały przysypane białym puchem, ruch zamarł, miasto znieruchomiało i ucichło…
Nagle poczułem się tak, jakbym wszedł do bajki o Królowej Śniegu i musiałem rozejrzeć się wkoło, by uświadomić sobie, że to jest ciągle Nowy Jork drugiej połowy XX wieku, a ja po prostu, mimo niedzieli, idę do pracowni skończyć pilny projekt. To tylko śnieg…
Na skwerze Cooper Union stał brodaty Afroamerykanin w burym płaszczu, beżowym kapeluszu i znoszonych butach. Na chodniku przed nim leżał afrykański dywanik w kolorowe paski, a na nim ułożone stopniowo, różnej wielkości białe kule. Ludzie przechodzili – tu już było tłoczniej – przystawali, o coś pytali, odchodzili, wzruszając ramionami, ktoś się roześmiał. Już dochodziłem do niego, gdy wpatrzony w to, co leżało na macie, zrozumiałem, że są to po prostu całkiem zgrabnie ulepione śnieżne piguły.
Nowy Jork jest pełen szaleńców, ale tego to naprawdę jeszcze nie było!
– Co pan sprzedaje? – wolałem jednak dopytać.
– Kule śniegowe – odpowiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Manekin z tekturowym wnętrzem, nie mający wpływu na wystawę, z twarzą bez wyrazu, rekami nigdy nie mogacymi zacisnąć się w
Read More