Często nad ranem z Kielc do Lublina zmierzam – przez Sycynę, Zwoleń i Czarnolas. Po drodze – jak zawsze – mijam małą wieś Szczęście, nazwaną tak zapewne na cześć Jana Kochanowskiego.
Tak właśnie sobie wyobrażam “wieś spokojną, wieś wesołą”, gdzie mimo chłodu, nie ma głodu, a faunowie skaczą radośnie po lesie, szczęśliwi gospodarze zaś wieczorami liczą wracające z pola ekstatycznie ryczące bydło.
Od czasów wieszcza wiele się tu zmieniło, bo obecnie w Szczęściu – bez względu na porę – ze świecą szukać by bydła jakiegoś. No właśnie, gdzie się podziały te krowy szczęśliwe i święte? Pewnie śpią jeszcze bądź też wyemigrowały. Wyklęte?
Skoro o szczęściu mowa, nie sposób nie poddać się metafizyce i nie wspomnieć o Arystotelesie. Według niego być szczęśliwym, to “dobrze żyć i dobrze się mieć”. Szczęście zatem to bardziej sposób życia niż stan materialny. Szczęście to najwyższe pragnienie wszelkich istot ludzkich.
Skoro zatem szczęście jest w nas, to droga do niego prowadzi poprzez rozważne pielęgnowanie w sobie cnót najszlachetniejszych. Indywidualne szczęście splecione jest też ze szczęściem zbiorowym, z troską o dobro wspólne.
Im bardziej sami jesteśmy szczęśliwi, tym szczęśliwszymi czynimy naszych współobywateli. Być szczęśliwym, to mieć szczęście i potrafić się nim dzielić. Wtedy nigdy nam szczęścia nie zabraknie.
Zimowe Igrzyska Olimpijskie we Włoszech niespełna miesiąc temu dobiegły końca. Skończył się czas niezwykłych wzruszeń i ekscytacji. Przyjemnie było w tym roku oglądać niespodziewane triumfy Polaków. Fantastycznie było widzieć jak nieopierzony dziewiętnastolatek, ku zaskoczeniu wszystkich ekspertów, komentatorów i przede wszystkim kibiców, z prawdziwie stoickim spokojem, niejako mimochodem, zdobywa trzy medale olimpijskie, zupełnie tak jakby to był zwyczajne treningowe zadanie, jedno z wielu na skoczni. Zachowuje przy tym poker face w trakcie komentowania tego co właśnie się wydarzyło, zupełnie jakby była to najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. No bo co dziwnego jest w tym że czasem udaje się wygrać i tym razem to jemu przypadł sukces.
Sukces, którego nie udało się odnieść Damianowi Żurkowi, wielkiemu pechowcowi tych igrzysk, który w panczenach dwukrotnie finiszował tuż a podium. Za pierwszym razem zabrakło mu 0,007 sek., za drugim 0,09 sek. Tyle, czyli mniej niż mgnienie oka, dzieliło go od upragnionego medalu, na który pracował cała swoją sportową karierę. Cóż, taki właśnie jest sport, szczególnie w tak wyrównanej w czołówce dyscyplinie jaką jest łyżwiarstwo szybkie, zdominowane przez nacji na czele z bardzo mocnymi Holendrami, którzy mają doskonała infrastrukturę i wieloletnie tradycje w tym sporcie. O sukces tu jest naprawdę ekstremalnie trudno.
W nocy spadł śnieg.
I jak zawsze w Nowym Jorku, była to fantastyczna wiadomość.
Jęzor zimna, który już wcześniej przywlókł się z Kanady, mimo że sypnął śniegiem, miał powoli odpuszczać i nowojorczycy już od rana mieli powód, by zadzwonić do przyjaciół i wspólnie pozastanawiać się, czy to już ostatni tego roku atak zimy na Manhattanie.
Była niedziela, 13 lutego 1983 roku.
Ludzie wyciągnęli biegówki i gdy szedłem w stronę stacji metra, zaraz zobaczyłem, jak kilku entuzjastów szusuje po zaśnieżonej 3 Alei.
Autobusy nie jeździły, samochody stały przysypane białym puchem, ruch zamarł, miasto znieruchomiało i ucichło…
Nagle poczułem się tak, jakbym wszedł do bajki o Królowej Śniegu i musiałem rozejrzeć się wkoło, by uświadomić sobie, że to jest ciągle Nowy Jork drugiej połowy XX wieku, a ja po prostu, mimo niedzieli, idę do pracowni skończyć pilny projekt. To tylko śnieg…
Na skwerze Cooper Union stał brodaty Afroamerykanin w burym płaszczu, beżowym kapeluszu i znoszonych butach. Na chodniku przed nim leżał afrykański dywanik w kolorowe paski, a na nim ułożone stopniowo, różnej wielkości białe kule. Ludzie przechodzili – tu już było tłoczniej – przystawali, o coś pytali, odchodzili, wzruszając ramionami, ktoś się roześmiał. Już dochodziłem do niego, gdy wpatrzony w to, co leżało na macie, zrozumiałem, że są to po prostu całkiem zgrabnie ulepione śnieżne piguły.
Nowy Jork jest pełen szaleńców, ale tego to naprawdę jeszcze nie było!
– Co pan sprzedaje? – wolałem jednak dopytać.
– Kule śniegowe – odpowiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Manekin z tekturowym wnętrzem, nie mający wpływu na wystawę, z twarzą bez wyrazu, rekami nigdy nie mogacymi zacisnąć się w
Read MoreW otaczającym nas świecie każdy z nas ma swoje marzenia, przeróżne plany i cele. Rodzimy się mniej lub bardziej utalentowani, ale najważniejsze jest to, by dać się ponieść falom fascynacji i możliwości, jakie przynosi nam codzienność.
Kim zostaniemy w przyszłości, jest tajemnicą dopóki nie ukształtuje nas nauka, wiedza i nade wszystko doświadczenie. Jedni rodzą się z talentem muzycznym, ze zdolnością odczytywania nut z szeroko zamkniętymi oczami, inni – z darem artystycznym, gdzie potęga wyobraźni pozwala im z lekkością pędzla malować świat i przedstawiać go w ekspresyjnych barwach.
Potrafią też piórem obrazować świat na kartkach papieru, z niezwykłą kreatywnością i doskonałością przedstawiać emocje, uczucia, historie. Wszystko to stanowi inspirację i pobudza wyobraźnię odbiorców.
Każdy z nas chciałby zostawić po sobie coś niepowtarzalnego – na płótnie, na kartce, w sercach i wyobraźni innych. Niezależnie od tego, co przynosi nam los, chcemy przejść przez nasze życie najlepiej, jak potrafimy i bez lęku, że możemy je zmarnować. Jest zbyt cenne.
To, co wokół jest ulotne, kruche i nietrwałe. W miarę upływu lat każdy z nas ma tego świadomość. Tym niemniej nasze refleksje powinny być optymistyczne i niewątpliwie konieczne jest dobre nastawienie oraz szacunek do tego, co za nami. A to po to, aby nie wzbudzać jakże bolesnych tęsknot za przeszłością, której przecież nie da się już zmienić.
Dbajmy zatem o to, by czuć się spełnionymi, ciesząc się każdą chwilą, każdym nowym dniem, przynoszącym nam nowe doznania i nowe myśli. Oby tych wyjątkowych i niezapomnianych przeżyć było jak najwięcej. Carpe diem, po prostu.
Wenezuelski dyktator Nicolas Maduro obalony, a mija dopiero rok, odkąd DJ Trump usiłuje nas przekonać, że mimo tego coś jednak „źle się dzieje” w państwie duńskim… Widać, słychać, a i czuć to zresztą na ulicach takiej na przykład Kopenhagi. Pomimo zimowej pory porozbierane nieprzyzwoicie Lego-syrenki, przykucnięte przy nabrzeżach, bujają się mimo wszystko frywolnie, z całą pewnością nieświadome, że Dania juz niebawem może znaleźć się w centrum kolejnego poważnego kryzysu międzynarodowego – na skalę wprost nie-wy-o-bra-żal-ną.
A wszystko to za sprawą legotycznie komiksowego prezydenta Trumpa oraz rzeczywistej, będącej duńskim terytorium zależnym, Grenlandii, którą tenże chciałby „sobie wziąć” i uczynić zeń raczej „Amerykę” niż „EUropę” – choćby nawet tego bardzo nie chciała (?).
Coś się zmieniło jednak od roku 2019, gdy Trump gotów był Grenlandię kupić, chociaż nie była wystawiona na sprzedaż ani wtedy, ani teraz. Jak to NIE na sprzedaż? Powiedzenie NIE amerykańskiemu hucpiarzowi urasta niestety ni-stąd-ni-zowąd w dzisiejszych czasach do rangi dyplomatycznego faux pas.
Skoro okazało się, iż o jakimkolwiek „biznesie” w kwestii grenlandzkiej nie było i nie może być mowy, czekamy teraz na kolejnego focha naszego anty-bohatera, który w 2019 odwołał w trybie pilnym planowaną wtedy wizytę oficjalną w Lego-Królestwie Danii. Nie, to nie!
Lego-Królowa Małgorzata naturalnie bardzo się tym przejęła i wpadła w rozpacz tak wielką, iż czem prędzej zarządziła ogólnonarodową Lego-fiestę, która zakończy się (a jakże) konkursem i balem charytatywnym, podczas którego dumni poddani stworzą z klocków gigantyczną Lego-Grenlandię?
Jest noc. Ciemność i cisza wszechwładnie panujące w tej krainie z przerażeniem wsłuchują się w odgłosy nadchodzącej burzy. Gwałtownego uwolnienia sił przyrody. Burzy wiosennej, przeczuwanej, oczekiwanej z nadzieją i przerażeniem. Monolit ciemności, nawet rozjaśniony cienkimi rysami błyskawic, budzi lęk. Ta noc jest jedynym świadkiem twojej samotności. Świadkiem oskarżenia…
Czytam dzieła Nieznanego Pisarza. Nigdy wcześniej nie słyszałeś jego nazwiska. Słowa wypowiadane szeptem tracą wyrazistość. Teraz, zaledwie po kilku stronicach pokrytych małym, niewyraźnym drukiem, wiesz że jest Wielkim Pisarzem.
Wiesz, że nikt nie przerwie ci lektury, ale rejestrujesz każdy, najmniejszy nawet szelest. Tyle razy słyszałeś w nocy odgłos kroków na korytarzu, cichy szloch osamotnionych kobiet, modlitwę… Pamiętasz doskonale te wszystkie opowiadania, nocne rozmowy. Twoi bliscy mogą spać spokojnie. Jesteś bezpieczny. A jednak niespodziewany krzyk ptaka zerwanego ze snu przeszywa twe ciało dreszczem niepokoju.
Utwory Wielkiego Pisarza nie były nigdy drukowane w jego ojczyźnie. W twoim kraju. Szukasz. Chcesz znaleźć usprawiedliwienie. Nie należy zrywać owocu z zakazanego drzewa. Nie, to nie ma dla ciebie żadnego znaczenia, ale chcesz wiedzieć. Ubrany we wspaniały uniform papierowy dokument milczy. Jest pusty. Następny także. Trzeci pali ci dłonie. Dowiadujesz się o „zdradzie – milczeniu twórczym – wynarodowieniu”. O „jadzie i żółci skierowanej ku narodom, co przyniosły wolność” twojej ojczyźnie.