Era manekinów trwa
Manekin z tekturowym wnętrzem, nie mający wpływu na wystawę, z twarzą bez wyrazu, rekami nigdy nie mogacymi zacisnąć się w
Read MoreManekin z tekturowym wnętrzem, nie mający wpływu na wystawę, z twarzą bez wyrazu, rekami nigdy nie mogacymi zacisnąć się w
Read MoreW otaczającym nas świecie każdy z nas ma swoje marzenia, przeróżne plany i cele. Rodzimy się mniej lub bardziej utalentowani, ale najważniejsze jest to, by dać się ponieść falom fascynacji i możliwości, jakie przynosi nam codzienność.
Kim zostaniemy w przyszłości, jest tajemnicą dopóki nie ukształtuje nas nauka, wiedza i nade wszystko doświadczenie. Jedni rodzą się z talentem muzycznym, ze zdolnością odczytywania nut z szeroko zamkniętymi oczami, inni – z darem artystycznym, gdzie potęga wyobraźni pozwala im z lekkością pędzla malować świat i przedstawiać go w ekspresyjnych barwach.
Potrafią też piórem obrazować świat na kartkach papieru, z niezwykłą kreatywnością i doskonałością przedstawiać emocje, uczucia, historie. Wszystko to stanowi inspirację i pobudza wyobraźnię odbiorców.
Każdy z nas chciałby zostawić po sobie coś niepowtarzalnego – na płótnie, na kartce, w sercach i wyobraźni innych. Niezależnie od tego, co przynosi nam los, chcemy przejść przez nasze życie najlepiej, jak potrafimy i bez lęku, że możemy je zmarnować. Jest zbyt cenne.
To, co wokół jest ulotne, kruche i nietrwałe. W miarę upływu lat każdy z nas ma tego świadomość. Tym niemniej nasze refleksje powinny być optymistyczne i niewątpliwie konieczne jest dobre nastawienie oraz szacunek do tego, co za nami. A to po to, aby nie wzbudzać jakże bolesnych tęsknot za przeszłością, której przecież nie da się już zmienić.
Dbajmy zatem o to, by czuć się spełnionymi, ciesząc się każdą chwilą, każdym nowym dniem, przynoszącym nam nowe doznania i nowe myśli. Oby tych wyjątkowych i niezapomnianych przeżyć było jak najwięcej. Carpe diem, po prostu.
Wenezuelski dyktator Nicolas Maduro obalony, a mija dopiero rok, odkąd DJ Trump usiłuje nas przekonać, że mimo tego coś jednak „źle się dzieje” w państwie duńskim… Widać, słychać, a i czuć to zresztą na ulicach takiej na przykład Kopenhagi. Pomimo zimowej pory porozbierane nieprzyzwoicie Lego-syrenki, przykucnięte przy nabrzeżach, bujają się mimo wszystko frywolnie, z całą pewnością nieświadome, że Dania juz niebawem może znaleźć się w centrum kolejnego poważnego kryzysu międzynarodowego – na skalę wprost nie-wy-o-bra-żal-ną.
A wszystko to za sprawą legotycznie komiksowego prezydenta Trumpa oraz rzeczywistej, będącej duńskim terytorium zależnym, Grenlandii, którą tenże chciałby „sobie wziąć” i uczynić zeń raczej „Amerykę” niż „EUropę” – choćby nawet tego bardzo nie chciała (?).
Coś się zmieniło jednak od roku 2019, gdy Trump gotów był Grenlandię kupić, chociaż nie była wystawiona na sprzedaż ani wtedy, ani teraz. Jak to NIE na sprzedaż? Powiedzenie NIE amerykańskiemu hucpiarzowi urasta niestety ni-stąd-ni-zowąd w dzisiejszych czasach do rangi dyplomatycznego faux pas.
Skoro okazało się, iż o jakimkolwiek „biznesie” w kwestii grenlandzkiej nie było i nie może być mowy, czekamy teraz na kolejnego focha naszego anty-bohatera, który w 2019 odwołał w trybie pilnym planowaną wtedy wizytę oficjalną w Lego-Królestwie Danii. Nie, to nie!
Lego-Królowa Małgorzata naturalnie bardzo się tym przejęła i wpadła w rozpacz tak wielką, iż czem prędzej zarządziła ogólnonarodową Lego-fiestę, która zakończy się (a jakże) konkursem i balem charytatywnym, podczas którego dumni poddani stworzą z klocków gigantyczną Lego-Grenlandię?
Kiedyś pewna osoba powiedziała mi, że w idealnym świecie byłoby inaczej. Mniej kolejek w urzędach, więcej uśmiechów na ulicach, a może i kawa zawsze smakowałaby jak we włoskiej kawiarni. Brzmi pięknie, prawda? Tylko że, jak wiadomo, nie ma raju na Ziemi. I tu pojawia się pytanie: czy w perfekcyjnym świecie czulibyśmy się bardziej spełnieni?
W wyidealizowanym świecie z pewnością nie odczuwalibyśmy smutku, złości czy rozczarowania. Niemniej jednak cierpienie jest nieodłącznym elementem ludzkiego doświadczenia i bez niego nie bylibyśmy w stanie w pełni docenić chwil radości. Życie bez cienia byłoby jak obraz bez kontrastu — piękne, ale płaskie. Każdy z nas przechodzi przez życie, pokonując różne przeciwności losu niczym Odyseusz podczas swojej tułaczki. Często znajdujemy się między Scyllą a Charybdą, a wszystkie niepowodzenia — w mniejszy bądź większy sposób — nas kształtują albo sprawiają, że w niedalekiej przyszłości spotkamy odpowiednie osoby na naszej ścieżce życiowej czy otrzymamy niespodziewaną szansę od losu, o jakiej nawet nam się nie śniło.
Można śmiało stwierdzić, że życie to wędrówka z punktu A do punktu B, podczas której tułamy się stąd dotąd… Zamiast pocztówek czy magnesów na lodówkę zbieramy doświadczenia, które zostają z nami na zawsze — jak blizny na kolanach po niefortunnych upadkach z dzieciństwa. Nadają nam kształt, którego nie da się powielić.
Może więc niedoskonałość świata to wcale nie wada, a jego największy atut? A z dwojga złego — przynajmniej mamy czym wypełnić niezręczną ciszę przy stole, kiedy temat pogody zostanie wyczerpany.
Jest noc. Ciemność i cisza wszechwładnie panujące w tej krainie z przerażeniem wsłuchują się w odgłosy nadchodzącej burzy. Gwałtownego uwolnienia sił przyrody. Burzy wiosennej, przeczuwanej, oczekiwanej z nadzieją i przerażeniem. Monolit ciemności, nawet rozjaśniony cienkimi rysami błyskawic, budzi lęk. Ta noc jest jedynym świadkiem twojej samotności. Świadkiem oskarżenia…
Czytam dzieła Nieznanego Pisarza. Nigdy wcześniej nie słyszałeś jego nazwiska. Słowa wypowiadane szeptem tracą wyrazistość. Teraz, zaledwie po kilku stronicach pokrytych małym, niewyraźnym drukiem, wiesz że jest Wielkim Pisarzem.
Wiesz, że nikt nie przerwie ci lektury, ale rejestrujesz każdy, najmniejszy nawet szelest. Tyle razy słyszałeś w nocy odgłos kroków na korytarzu, cichy szloch osamotnionych kobiet, modlitwę… Pamiętasz doskonale te wszystkie opowiadania, nocne rozmowy. Twoi bliscy mogą spać spokojnie. Jesteś bezpieczny. A jednak niespodziewany krzyk ptaka zerwanego ze snu przeszywa twe ciało dreszczem niepokoju.
Utwory Wielkiego Pisarza nie były nigdy drukowane w jego ojczyźnie. W twoim kraju. Szukasz. Chcesz znaleźć usprawiedliwienie. Nie należy zrywać owocu z zakazanego drzewa. Nie, to nie ma dla ciebie żadnego znaczenia, ale chcesz wiedzieć. Ubrany we wspaniały uniform papierowy dokument milczy. Jest pusty. Następny także. Trzeci pali ci dłonie. Dowiadujesz się o „zdradzie – milczeniu twórczym – wynarodowieniu”. O „jadzie i żółci skierowanej ku narodom, co przyniosły wolność” twojej ojczyźnie.
Kiedy czekałam na koniec pracy męża, uwagę moją zwracała jak gdyby przeniesiona z horroru przeraźliwie chuda, kobieca postać z nogami owiniętymi grubym bandażem, stojąca przy taśmie z ruchami jakby w zwolnionym tempie, za to wciąż rozprawiająca po angielsku bez względu czy ktoś słuchał czy nie jej ciągłego gderania…
Spytałam męża – co to za zjawisko? To Marry! Ponad osiemdziesięcioletnia kobieta, która w pralni pracowała od lat czterdziestych tj. momentu założenia fabryki. Czy nie ma z czego żyć ? Musi pracować? Przecież system socjalny dawał godziwe warunki egzystencji emerytom!
-Nie, odpowiedział mąż, nie musi! To przywilej jaki otrzymała Marry od właścicieli i managerów zakładu. Ma prawo przychodzić i stać przy taśmie w miejscu gdzie spędziła ponad 50 lat swojego życia!
Dziwne zwyczaje w kapitalizmie, w którym rzekomo panował wyzysk i brak szacunku dla pracowniczych przywilejów, pomyślałam Przecież tak wbijano do głowy mnie i mojemu pokoleniu..
Minęło 24 lata od widoku Marry i nie sądziłam, że kiedykolwiek jej postać stanie mi przed oczyma, a jednak dzisiejsza debata dotycząca red. Magdaleny Smożewskiej-Wójcikiewicz oraz red. Ewy Okońskiej przywołuje obraz osoby, która całe swoje życie poświęciła jednemu miejscu, a prawa do niego nie ośmielił się jej zabrać ani kapitalistyczny wyzysk, ani ekonomiczny rachunek i nieubłagana starość, która naznaczyła ją mocnym piętnem!
Dedykuję to wspomnienie, odpowiedzialnym za wszystkie podejmowane decyzje w Radio Kielce. Te, które nie mieszczą się w katalogu zysku także…
13. stycznia 2026r. w przededniu siódmej rocznicy zamordowania prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza znów jest ciemno, smutno i cicho. Wsłuchując się w ciszę, paradoksalnie czuję, że jestem pod ścianą płaczu. Wydaje się, iż przed tą nieznośną przeznaczoną nam ciszą nie ma ucieczki. W ciszy można jednak jeszcze coś szeptać. Cisza jest modlitwą. Modlitwa jest ciszą.
Według wyklętego poety Edwarda Stachury “życie to jest (i nie jest) teatr.” Wobec piękna, miłości i kolorowej “maskarady” życia, blednie zaś nawet sama śmierć. Na scenie życia wszyscy jesteśmy niczym zakochany i boski antyczny Chór. Arystoteles powiedziałby, iż jesteśmy “idealnymi widzami”, tańcem i muzyką wyrażającymi zarówno radość jak i smutek.
W tragedii greckiej kluczowym i najważniejszym momentem jest katharsis, oczyszczenie, które choć przeszywa na wskroś niepojętym bólem, to jednak pozwala żyć dalej. Reszta jest milczeniem i ciszą. Nie pozostaje nic innego, jak wsłuchać się w jej brzmienie, po to by codziennie przezwyciężać wszechobecny hejt…
Wysłuchawszy cierpliwie sylwestrowego orędzia prezydenta RP, natychmiast zamarzył mi się długi spacer po Domu Historii Europejskiej w Brukseli. A wszystko po to, by uciec choćby na chwilę (i jak najdalej) od przaśnego i siermiężnego prezydenckiego przekazu ostatniego dniu roku 2025. Tenże „Dom Europy” jest miejscem doskonałym i na swój sposób wyzwalającym. Myśląc bowiem o historii nabieramy niezbędnego dystansu, by mierzyć się raz po raz z nabzdyczoną, nudnawą, usilnie zakłamywaną nadwiślańską codziennością.
Dla równowagi oddaję się zatem magii metafor, symboli, legend i mitów. Naturalnie od razu przychodzi mi na myśl Owidiusz i jego mitologiczne metamorfozy, w których to z chaosu – po wielu przemianach i perypetiach – zawsze wyłania się w końcu jakaś spójna i szczęśliwa całość. I zapewne – mimo wszystko – tak też będzie z naszą czasoprzestrzenią kulturową w roku 2026.
Jeśli wierzyć Owidiuszowi, porwana przez (zmienionego w dorodnego Byka) Zeusa przepiękna Europa wydaje się być wystraszona i zachwycona jednocześnie, jakby zdając sobie sprawę, iż pomimo podróży w nieznane wszystko i tak dobrze się skończy. Na Krecie. Zapytajcie przy okazji współczesnych Kreteńczyków o tajemniczą grotę, która stała się schronieniem dla Europy, uwiedzionej przez niewątpliwie zakochanego w niej po uszy Zeusa.
Ktoś powie, że to było dawno i nieprawda, że to wszystko są opowieści dziwnej treści, na miarę na przykład tych z tysiąca i jednej nocy. Szeherezada to Szeherezada, a Europa to Europa, Miłość to Miłość, koniec i kropka, i nie ma tu nad czym się rozwodzić. Wszystko i tak znajdzie prędzej czy później swój kres – czego na razie nie przyjmuje do wiadomości rozkrzyczany prezydent Nawrocki vel Trumpski… Poczekamy, ale czy doczekamy? Oto jest pytanie.
Nie można jednak spokojnie myśleć o końcu bez refleksji nad początkiem. Nie można zrozumieć tego, co jest, bez znajomości tego, co za nami. Pomiędzy jest droga, na której przebycie jesteśmy skazani. Ciągle idziemy, nie zawsze wiedząc dokąd i po co. Życie to jest taki niekończący się peripatetikon. Lecz warto iść aż po horyzontu kres (mimo łez), bo podróże kształcą.