AktualnościOpowiadanie

Talafon

Kolejny dzień piekła poczynał się upałem nieznośnym, od  zarania dławiącym i brudnym. Powietrze nabrzmiałe od potencji zbędnej przytłaczało bezsensownym nadmiarem, obfitością durną rozpasaną i butną, która zdawała się w ekspansji swej nieuzasadniona i nienasycona. Drżało dziko w wewnętrznym wibrato nasycone żarem, który poczynał kiełkować kroplami potu na mych skroniach i pod oczami, umęczonymi patrzeniem na świat, palony płomieniem tajemnej żądzy zniszczenia – niejasnej i złudnej. Miałem na takie dni swój sposób: siedzieć i patrzeć w  sufit – to uspokaja – afirmować ciszę istnienia zupełnie nieruchomo. Jednak tego dnia nie było mi dane okiełznać czające się demony tak po prostu i z marszu.

Niezdrowa energia  kosmosu  czaiła się w  zakamarkach  pokoju, wnikała w ściany, przesączała w głąb mego jestestwa niczym potentny eliksir elektryzując  wszystko i wprowadzając w stan drapieżnego wzbudzenia. Och, wszystko to byłoby inne, gdyby nie owa cisza, owa niemożność, owa niemoc obecna zawsze w dni takie, ta przemożna indolencja – niezdolność od czegokolwiek tak silna, iż granicząca z bezwładem!  Paradoks  tego stanu impotentnej potencji  wprowadzał zawsze mnie w rodzaj rozstroju pełnego dzikiego napięcia – człowiek sam sobie jest w stanie zaszkodzić choć nie stać go na gest najbłahszy, a wypełniony jest grozą po brzegi. I poczęła mnie ogarniać zwolna przemożna chętka na  ruch jakiś, ruch śmiały co przerwie ten flak czasu pustego, tego oczekiwania. Tak, te  dwie godziny poranka sprawiły, iż poczułem się niczym pod prasą, która mnie miażdży bezsensem.

Musiałem wyjść na miasto coś załatwić! Jakaś sprawa w urzędzie, nieprzewidziana kolejka, potem awaria systemu komputerowego i zakupy zatrzymały mnie na tyle długo bym nabawił sie słonecznego światłowstrętu i nabrał po raz kolejny odrazy i niechcianego przecież obrzydzenia do całego rodzaju ludzkiego. Nie lubiłem siebie z tych dni, swych reakcji wyolbrzymionych, frustracji swych i sądów pochopnych, lekkich, a na wyrost poczynionych w ułamkach sekund, często niesprawiedliwych bardzo i tej emocjonalnej histerii, która wdawała mi się gdy byłem zmęczony, czy raczej wyczerpany przemożnością przeciwności losu skumulowanych na przestrzeni czasu zbyt małej bym wytrzymał tę gęstość. Wróciłem do po niespełna godzinie domu poważnie wzburzony. Nic dziwnego pomimo wielokrotnych obietnic dawanych samemu sobie zrobiłem to, znowu to zrobiłem. pomimo tego że klęcząc przysięgałem na wszystkie świętości, czyli na jedną prawdziwą świętość – na cosinus – że więcej tego nie zrobię i to pod żadnym pozorem, choćby wydawało się, że zrobić to koniecznie należy że nie ma innej możliwości, że zrobienie tego jest absolutnie bezdyskusyjnie i ponad wszelką wątpliwość nader konieczne – ja miałem oprzeć się słabości i tego  nie zrobić.

A jednak znowu to zrobiłem. Posiadłem ją po raz wtóry. Toteż nijako mi  było i nijak, nie mogłem sobie z tą niesubordynacją sobie jakkolwiek poradzić. Odniosłem nieprzyjemne wrażenie jakby nagle wszystko, całe moje mieszkanie, wszystkie w nim przedmioty, urządzenia, cały mój dobytek, słowem, jeszcze nie tak dawno oaza spokoju, jedyne miejsce zdolne do ukojenia moich zszarganych nerwów, zdawało się teraz istnieć obok mnie z wyrzutem i niejaką pretensją. Rzeczy moje osobiste, owi niemi świadkowie mych solennych obietnic, które tak niefrasobliwie lekko i nieroztropnie zostały złamane zdawały się emanować swoistym wyrzutem zawiedzionego tłumu gapiów.  Lustro patrzyło na mnie wzrokiem kogoś oszukanego i rozczarowanego, lodówka była ewidentnie nadąsana, a zlew zdawał się sarkastycznie pochrząkiwać w stylu: „znowu to samo”, „a nie mówiłem”. Dom mój stał mi się nagle nieznośny i obcy – w każdym sprzęcie wyczuwałem zaczajoną wrogość i źle skrywana niechęć, jaką zwykła żywić służba do swego niezbyt rozgarniętego pana. Tak jawiła mi się moja domowa rzeczywistość sprzętów i urządzeń codziennego użytku kiedy nagle usłyszałem dzwonek!

– Ki diabeł?!  –pomyślałem, bo wydał mi się inny niż  zwykle, jakby kpiący, prześmiewczy, pełen gorzkiej ironii. Po chwili uświadomiłem sobie, że to nie mógł być dzwonek do drzwi(ten zepsuł się dokładnie wczoraj). To dzwonił talafon! Jak to, teraz z samego rana dzwoni mi talafon – kiedy wszyscy moi znajomi wiedzą, iż śpię, albo spać powinienem i nie wolno mnie niepokoić! Bo zwykle talafon mój jest wyłączony. To musiała być ona, tylko ona wiedziała że czekam. Dźwięk świdrujący, nader dzisiaj nieznośny wwiercał mi się w czaszkę. To musi być ona! Podbiegłem chyżo, podniosłem słuchawkę i krzyknąłem stanowczo zbyt glośno: halo! Cisza. W słuchawce panowała absolutna cisza. Wsłuchiwałem się w nią ponad minutę, aż w końcu odłożyłem słuchawkę. Dziwne, pomyłka i to akurat teraz. Teraz, kiedy tak bardzo czekam na  telefon.

Poszedłem pod prysznic, chciałem jak najszybciej zmyć z siebie nieprzyjemne wrażenia i powrócić do normalności. Ciepła woda skutecznie rozmiękczyła moje napięcie, tak iż po dziesięciu minutach byłem zrelaksowany i odświeżony, gotów zacząć dzień niejako od nowa. Tego było mi trzeba. Przechodząc przez pokój spojrzałem ku górze jak wznosi się oczy kiedy człowiek jest wypoczęty i odruchowo szuka wzrokiem słońca. Żarandol wisiał jak zwykle, jednak wydał mi się nieco ciemniejszy, jakby pozostawał w niewidzialnej smudze cienia, co zresztą było możliwe, bo o tej porze dnia światło kładło się bardzo nisko. W końcu była dopiero połowa stycznia i słońce ledwie wznosiło nad horyzont. Talafon  talafonem, ale czemu żarandol tak dziwnie wisiał –  nie wiedziałem!  Znów dopadło mnie przygnębienie z powodu tego, co zrobiłem. To czego nie miałem już nigdy zrobić – jednak zrobiłem (tajemnica, którą dla własnego dobra wypierałem tak usilnie, że nawet przed sobą  nie wymawiałem na głos mego haniebnego czynu). Jak pogodzić się ze swoją własną niesubordynacją, kiedy tu przedmioty poczynały wariować?! 

Poszedłem na zakupy. Musiałem kupić coś do jedzenia, lodówka świeciła pustkami,  chleb nadawał się do wbijania gwoździ, słowem nic na ząb a trzewia domagały swej porcji codziennej daniny. W warzywniaku był ten co zwykle garbaty fac sprzedający ziemniaki i marchew  na wagę. Przywitałem się ładnie: – Dzień dubry, czy ma pan jakieś pomidory? – Pomidory w styczniu? Jasne ale hiszpańskie, pięć pięćdziesiąt za sztukę! – Odpowiedział zupełnie ignorując moje przejęzyczenie(dlaczego do licha powiedziałem: Dzień dubry?!!! – Przecież to absurdalne!!!. – Biorę dwie – powiedziałem niedbale,  jakbym sam chciał się doprowadzić do ruiny. Wróciłem omalże biegiem do psutego (nie psutego, ale pustego przecież) mieszkania. Chwyciłem gałkę radia, bo natychmiast chciałem usłyszeć jak mówi się poprawnie, bezbłędnie, przepiękną polszczyzną. przekręciłem ją jednak zbyt gwałtownie i radio milczało. Zrozumiałem, że źle, że głupio, bez sensu postępuję i ta durność zawisła nade mną niczym odroczona  egzekucja.

Dlatego chwyciłem gałkę po raz drugi, odkręciłem ja powoi i z pietyzmem, jednak radio uparcie milczało. Wkradł się chaos, a ja by go okiełznać w zarodku, zdusić go, począłem szarpać raz gałką raz wtyczką, raz  guzikiem u koszuli. Sapałem kraśniałem, kląłem pod nosem, mieszając sens z nonsensem i zamiast chaos okiełznać pogłębiałem go tylko. Odnosiłem z każdą sekundą potęgujące się wrażenie, że zupełnie niechcący karmię jakiegoś demona absurdu i dlatego właśnie  wokół mnie robi się  jakieś piekło alogiki, idiotyczności, oddefiniowania. Ja zaś każdym swoim gestem tylko je pogłębiałem. Kreśliłem gdzieś w powietrzu nad sobą esy floresy próbując odgonić wyimaginowaną muchę, niczym nowe znaki zapytania, jakbym sam siebie chciał zakwestionować i zamiast się określić, tylko bardziej się ośmieszałem. Absurd wiódł mnie na pokuszenie, a jego rozpędzone rydwany coraz szybciej  mnie wiozły w głąb tego idiotycznego piekła. W furii uniosłem palec wskazujący ku górze, jakby grożąc niebu, ale było to jakbym na siebie wskazał i gestem tym  rozwiał wątpliwości, kto tu jest naprawdę winien. W desperacji wykrzyknąłem, a raczej wybąbiłem na całe gardło „gupie rydio”! Ta gałka, to kręcenie pokrętne i ja ogłupiały, tego było zbyt wiele.

Oklapłem na fotel i  próbując rozpaczliwie ratować sytuację  powiedziałem: pardon! Lecz najwyraźniej było już za późno. Na dodatek wszystko to wyszło nielogicznie. Ostatkiem woli jeszcze raz rękę uniosłem na moment do góry, jakbym zamierzał niewidzialną bestię stłamsić, przydusić niczym czapką. Lecz znieruchomiałem i nieśmiało po sekundzie wybąkałem tylko: szósta! Szósta, była prawie szósta pod wieczór,   kiedy zerknąłem na cyferbłat wskazówka krótka wskazywała dokładnie punkt pomiędzy cyframi pięć i sześć, jakby niepewna rzeczywistego upływu czasu.  Musiałem odpocząć, walka ta kosztowała mnie zbyt wiele, chcąc pokryć zmieszanie zapaliłem papierosa. Miałem nadzieję, że papieros jak cudzysłów, wszystko może przebaczyć i cała sytuacja rozpłynie się powietrzu zmieszana z tytoniowym dymem. Te biało-szare kłęby mogły mnie ocalić. Paliłem lewą ręką, podczas gdy prawa ręka, ta z zegarkiem, zwisała bezwładnie, jak martwa pod ciężarem czasu. Myślałem intensywnie, co tu się mogło wydarzyć. Jakimże to dziwnym zbiegiem okoliczności wpadłem w tę spiralę wypadków, przyczynowo – skutkową kaskadę wydarzeń, których strumień absurdalnych następstw zaprowadził mnie w  ślepą uliczkę w tym labiryncie sensu.

Zagubiłem się w niej toteż nic dziwnego, że więzić mnie poczęły czynności i słowa i wszystko szło samotrzeć lawiną następstw, bezwzględnym impetem konsekwencji. Najwyraźniej stało się to przez jedną chwilę nieuwagi, w której rozrosła się szalona zmutowana rzeczywistość w szablon tak ścisły, jak szuflada, albo cyrkowa beczka śmierci, a bezwładność z niej wynikająca ubezwłasnowolniła mnie i powiodła w każde następne głupstwo, jak na nowy szafot. Widocznie tak to się kotłowało: gwałt na mej woli,  z głupotą własną płodziły wciąż nowe głupstwa jak bękarty sensu. Rozigrane, dzikie, rozdokazywane niczym rozpanoszony żywioł pochłaniały wszystko i wichrowały wszystko. Przeszłość zmutowana  była matką przyszłości,   narzucała i determinowała wszystko. Czułem jak bym wpadł jakieś ruchome piaski, albo wsysające bagno i miałem wrażenie, że się pogrążam w coraz nową, coraz gorszą, coraz bardziej żałosną inercję wewnętrzną. Lecz jeszcze wierzgałem, oczami przewracałem rozpaczliwie i dziko. Byłem prawie u kresu.

Cóż za dezintegracja, jakiż rozpad mnie dopadł. Jeden słowny lapsus, jeden zwykły talafon  uruchomił zarówno moją wewnętrzną implozję jak i cały ten rozrastający się wokół chaos! Było to przejęzyczenie, ot po prostu, zamiast telefon powiedziało mi się talafon, tyle! I talafon ten,  niczym drapieżny wirus, rozsadził mnie od środka. Wciąż jeszcze nie mogłem uwierzyć w to co się stało, wciąż walczyłem , nie poddawałem się jeszcze, rozpaczliwie próbując wytrzymać chwiejną równowagę następujących po sobie pustych interwałów ciszy. Musiałem dać odpór zarówno ciszy tej i słowom zwichrowanym, czynnie im się przeciwstawić. Jakże heroiczny potrafi być idiota! Jakże zdolny się poświęcać, składać na ołtarze, niczym męczennik dla byle symbolu gotów oddać treść żywota. Niczym święty, który uczyni wszystko byle tylko wypełnić swą misję mistyczną przemieniania wszystkiego w życiodajny strumień  sensu, tak i ja musiałem dokończyć swego dzieła.

Podniosłem więc rękę na próbę, tyle tylko by sprawdzić na ile władam sobą, jaką mam nad członkami swymi pozostałą mi władzę.  Lecz choć chwiałem się w pozycji tej niewygodnej, nienaturalnej, wypiętej, to ponad wszelką wątpliwość czułem, że rękę podniosłem – lecz jakoś niewyraźnie podniosłem ją jak nie swoją. Co więcej, w trakcie tego wyciągania zrobiło mi się słabo, dziwnie słabo i jakoś nieswojo. Usiadłem, opuściłem zdrętwiałą dłoń i oklapłem już całkiem. Powoli docierało do mnie, że zostałem zdradzony. Ewidentnie przegrałem. Najwyraźniej zostałem oszukany przez swe własne ciało! Na stoliku przede mną, leżał on, mój wróg śmiertelny. Triumfujący, groźny, do bólu konkretny. Symbol zwycięstwa rzeczy martwych. Milczący talafon!