






























































— Wystarczy po prostu działać. Każda podjęta decyzja jest aktem odwagi. Nie bój się odpowiedzialności, a będziesz dzielna cały czas.
Zastanawiam się nad jego słowami, lecz do głowy nie przychodzi mi żaden trafny komentarz.
Siedzimy w ciszy. Im więcej czasu mija, tym bardziej wydaje mi się, że on nie oczekuje ode mnie żadnej odpowiedzi.
Dziękuję mu za rozmowę. Nasze kubki są puste, więc zabieram je do zlewu.
— To ja dziękuję. Nie sądziłem, że interesuje cię ten temat — odpowiada.
Zamyślone, brązowe spojrzenie mój dziadek kieruje w bliżej nieokreślony punkt w oddali. Uśmiecha się pod nosem. Pewnie wciąż wspomina czasy, gdy był częścią największej w kraju organizacji pracowniczej.
Być może w głębi duszy, po tych wszystkich latach, nadal uważa się za jednego z jej członków. Bo czymże byłaby solidarność, jeżeli nie szczerym poczuciem wspólnoty, utrzymującym się mimo upływu czasu? Właśnie to poczucie, wraz z odpowiedzialnością i gotowością do działania było fundamentem dla ,,Solidarności’’.
Niesamowicie trwałym fundamentem, na którym dzielni ludzie stworzyli niemalże legendarny ruch społeczny, będący iskierką nadziei w czasach, w których iskierka wystarczała, aby wzniecić pożar buntu i działania.

Po lekturze Dziennika oraz korespondencji pisarza – tej opublikowanej i tej nie opublikowanej – powziąłem był podejrzenie, że wszystkie ostentacyjne i dość hałaśliwe jego deklaracje o ateizmie i niedowiarstwie, są jedną z gier autora Ferdydurke, który lubił wprawiać otoczenie w stan neurotyczny, aby następnie stawiać diagnozy moralne, intelektualne, psychiczne i inne.
Wychodzę z założenia, że skoro w innych sprawach zachowywał się prowokacyjnie – co podkreślają mężowie uczeni w piśmie – to czemu w tym jednym wypadku miałby się zachowywać inaczej?
W Argentynie będąc mawiał wszystkim, że jest hrabią, chociaż nim nie był. Czemu uwierzyliśmy mu tak bez najmniejszych zastrzeżeń, że jest ateistą? Skoro reżyserował wokół siebie rzeczywistość, dokonywał różnych zabiegów autokreacyjnych, to czemu te kwestie miałyby stanowić wyjątek?
Z takich to właśnie podstawowych pytań zrodził się niniejszy tekst, w którym – zastrzec muszę – nie chodzi o filozoficzne przekwalifikowanie Gombrowicza; nie chodzi też o uczynienie z niego pisarza religijnego. Takie wysiłki byłyby już w punkcie wyjścia skazane na niepowodzenie. O co więc chodzi?
Chodzi o rzecz zgoła błahą, mianowicie chodzi o osłabienie pewności tych wszystkich, którzy zdecydowanie dają wiarę wyznaniom pisarza, iż religia i Absolut są dla niego obojętne…
