
























































Siedziałem naprzeciw ściany, dokładnie na środku pustej sali, sali bez klamek, bez okien, bez koloru. Sali pustej a rozdętej niemiłosiernie mą obecnością po brzegi. Trwałem tam nieruchomo, ogarnięty stuporem strasznym, terminalnym, wsobnym. Trwałem nieruchomo, wpatrzony w konkretny punkt na ścianie.
Trwałem tak, jak myśleli ci uczeni idioci w białych kitlach, dlatego że ogarnął mnie paraliżujący bezruch (nazywany przez nich po łacinie tremens katatonicus). Myśleli, iż tak znieruchomiałem, bo żaden z mych mięśni nie był w stanie mną poruszyć! Jakże się mylili! Trwałem nieruchomo, bo wszystkie moje mięśnie były napięte do granic możliwości. Wszystkie, dosłownie wszystkie, naprężone niczym postronki utrzymywały me ciało w stanie najwyższego alertu nie dlatego, że wszystko było mi już obojętne.
Przeciwnie! Dlatego właśnie, iż wszystko stało się tak istotne! A najważniejszy był punkt. Punkt na ścianie naprzeciw mnie, jedyna ostoja porządku w otaczającym mnie oceanie chaosu.
Co mnie tu doprowadziło, jak tu dotarłem, ja, młody pąk megapotentny, ja, człowiecze szczenię? Ja, który gotów byłem na wszystko i wszystko było przede mną na wyciągnięcie ręki? Rosłem, żyłem, tętniłem, by rozwijać się wszechpotężnie, dążąc ku przeznaczeniu z impetem i zamaszyście, nieświadom jeszcze niczego. Nic nie zapowiadało tego co się stanie, a co sprawiło, że siedziałem właśnie na niewygodnym jak świeży wyrzut sumienia taborecie oddziału trzeciego, naszej wspaniałej kliniki dla wariatów.

Po lekturze Dziennika oraz korespondencji pisarza – tej opublikowanej i tej nie opublikowanej – powziąłem był podejrzenie, że wszystkie ostentacyjne i dość hałaśliwe jego deklaracje o ateizmie i niedowiarstwie, są jedną z gier autora Ferdydurke, który lubił wprawiać otoczenie w stan neurotyczny, aby następnie stawiać diagnozy moralne, intelektualne, psychiczne i inne.
Wychodzę z założenia, że skoro w innych sprawach zachowywał się prowokacyjnie – co podkreślają mężowie uczeni w piśmie – to czemu w tym jednym wypadku miałby się zachowywać inaczej?
W Argentynie będąc mawiał wszystkim, że jest hrabią, chociaż nim nie był. Czemu uwierzyliśmy mu tak bez najmniejszych zastrzeżeń, że jest ateistą? Skoro reżyserował wokół siebie rzeczywistość, dokonywał różnych zabiegów autokreacyjnych, to czemu te kwestie miałyby stanowić wyjątek?
Z takich to właśnie podstawowych pytań zrodził się niniejszy tekst, w którym – zastrzec muszę – nie chodzi o filozoficzne przekwalifikowanie Gombrowicza; nie chodzi też o uczynienie z niego pisarza religijnego. Takie wysiłki byłyby już w punkcie wyjścia skazane na niepowodzenie. O co więc chodzi?
Chodzi o rzecz zgoła błahą, mianowicie chodzi o osłabienie pewności tych wszystkich, którzy zdecydowanie dają wiarę wyznaniom pisarza, iż religia i Absolut są dla niego obojętne…
